Film

Saga z torebki [„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie”]

Star Wars: The Rise of Skywalker. Lucasfilm materiały prasowe

Finał sagi rodu Skywalkerów właśnie przekroczył magiczną granicę miliarda zarobionych dolarów. Nie zmienia to faktu, że to film na wskroś odtwórczy i nieznośnie zachowawczy. Cynicznie gra na najbardziej zgranych motywach, w nadziei, że przykryją one mierność wizji twórców.

Skywalker. Odrodzenie miał przed sobą ogromne wyzwania. Twórcy musieli zakończyć całą, składającą się z 9 części sagę Skywalkerów, podsumować nową trylogię oraz przedstawić samodzielny i spójny film. Niestety żadnego z tych zadań nie udało im się w pełni wykonać, a Skywalker. Odrodzenie jest jednym z najgorszych filmów całego uniwersum.


Przebudzenie mocy, które było pierwszym filmem z nowej serii, to dzieło niezwykle bezpieczne i oparte na schematach z pierwszego filmu całej sagi – Nowej nadziei z 1977 roku. J. J. Abrams zastąpił Imperium Nowym Porządkiem, a Rebelię Ruchem Oporu, ale uniwersum zostało de facto zresetowane, tak aby na tej podstawie można było swobodnie stworzyć coś nowego. Trylogia wprowadziła nowe postacie – Rey, Poe i Finna, które miały zastąpić legendarne trio Luke’a, Lei i Hana, choć ci wciąż pojawiali się w kolejnych filmach, ale raczej w charakterze mentorów, a nie protagonistów.

Gwiezdne wojny 7: Nic nowego pod żadnym ze słońc [Majmurek]

Na fundamentach wyłożonych przez Przebudzenie mocy swój projekt zbudował Rian Johnson, reżyser Ostatniego Jedi, ósmego epizodu Gwiezdnych wojen. Twórca miał odwagę zmierzyć się z dziedzictwem całej franczyzy i obalił niektóre z aksjomatów sagi, co wywołało ogromne kontrowersje wśród widzów. Powstał autorski i odważny obraz, któremu zawdzięczamy najciekawszą kreację Luke’a Skywalkera w historii. Poznaliśmy historię upadłego bohatera, który stał się na tyle cyniczny, że odciął się od Mocy i bliskich oraz stracił wiarę w idee Jedi. Zamiast lukrowanej hagiografii znanej z książek i komiksów z tzw. uniwersum legend dostajemy ludzką opowieść o porażce, odkupieniu i nowej nadziei dla rozbitego Ruchu Oporu.

„Prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu”

Film Johnsona spolaryzował środowisko związane z Gwiezdnymi wojnami, w internecie przetoczyły się tysiące kłótni na temat tego, czy był obrazoburczym gniotem, arcydziełem czy jednak czymś pomiędzy. Lucasfilm, będący częścią imperium rozrywkowego Disneya, zdecydował, że za kamerą finałowego epizodu nowej trylogii ponownie stanie Abrams, co sugerowało, że produkcja będzie podobnie niekontrowersyjna i wygładzona jak epizod siódmy. Chociaż przed seansem udało mi się uniknąć spoilerów, to spotkałem się z wieloma negatywnymi opiniami na temat Skywalker. Odrodzenie. Nie było to jednak zaskakujące, bo fani Gwiezdnych wojen są podzieloną i dość toksyczną grupą, wśród której znane jest powiedzenie, że „nikt nienawidzi GW bardziej niż ich własny fandom”.

Przez pierwsze 40 minut seansu trudno mi było zrozumieć krytyczną reakcję części widzów. Początek, chociaż chaotyczny i wypełniony sekwencjami akcji, nie zwiastuje tragedii. Niestety potem jest już znacznie gorzej. Akcja trwającego ponad dwie godziny filmu gna na złamanie karku, chcąc zakończyć wszystkie wątki, a jednocześnie niemiłosiernie nuży widza. Dylematy i rozwój poszczególnych postaci zostały strywializowane na rzecz schematycznej fabuły, która każe bohaterom uganiać się po całej galaktyce w poszukiwaniu kolejnych mniej lub bardziej istotnych dla historii osób i artefaktów.

Pretekstowy scenariusz nie musiał być z definicji wadą filmu, szczególnie adresowanego do tak szerokiej publiczności, gdyby twórcy skupili się na pogłębieniu psychologii postaci. Tak się jednak nie dzieje, a obecny na ekranie chaos skutecznie broni nas przed zaangażowaniem się w wydarzenia. Dlatego nawet podczas wzruszających i przełomowych dla całej sagi scen część widowni parskała śmiechem.

Ponadto czyny bohaterów praktycznie nie wywołują konsekwencji, co tylko wzmacnia naszą obojętność na ich los. Jaskrawym tego przykładem jest konfrontacja głównego antagonisty Kylo Rena i Rey, wykreowanej na główną postać tej sagi, na jednej z pustynnych planet. Podczas walki bohaterka przez moment korzysta z ciemnej strony Mocy i nieumyślnie doprowadza do śmierci Chewbacki, jednej z ikonicznych postaci całej sagi. Szok i żałoba Rey trwają jednak tylko chwilę, bo zaledwie kilka minut później okazuje się, że Chewie jednak przeżył.

Ten sam schemat występuje w wątku C-3PO, złotego droida protokolarnego, który musiał zostać pozbawiony pamięci, co oznaczało wymazanie wszystkich wspomnień bohaterów sagi. Sekwencja jest pokazana w ckliwej scenie pożegnania, która okazuje się tanią emocjonalną zagrywką, bo robot przed końcem filmu odzyskuje pamięć. Dlatego kiedy Rey umiera w finałowym starciu z Imperatorem, wiemy już, że scenarzyści nie są zdolni do odważnych decyzji, a jej zmartwychwstanie można skwitować tylko wzruszeniem ramion. Film wielokrotnie cynicznie wykorzystuje relacje widzów ze znanymi od lat postaciami, aby wywołać określone uczucia, a następnie bawi się naszym kosztem, odwracając to, co właśnie zobaczyliśmy na ekranie.

Zniżkowanie mocy

Nostalgia łata dziury w scenariuszu

Abrams zdecydował się również na odtworzenie najbardziej oklepanych motywów z sagi, a mimo wszystko (a raczej właśnie z tego powodu) nie zdołał stworzyć dobrego filmu. Widz skacze po kolejnych planetach jak przez disneyowski park rozrywki. Spełnianie życzeń fanów (tzw. fanserwis), chociaż obowiązkowe dla każdej dużej marki, powinno być jednak stosowane z umiarem. Tu mamy pod tym względem jazdę bez trzymanki i zaliczamy cały zestaw starych trików. Wyciąganie X-winga z wody za pomocą Mocy – jest. Duszenie krnąbrnego oficera, który kwestionuje potęgę Sithów – jest. Imperator pokazuje głównej bohaterce, jak jej przyjaciele giną podczas finałowej bitwy w kosmosie – odhaczone. Han Solo, który wstaje z martwych tylko po to, żeby jeszcze raz wypowiedzieć swoje legendarne „I know” – jest. Przez tak dużą liczbę scen, które uderzają w najbardziej prymitywne nuty nostalgii, ich emocjonalny ciężar zostaje zdewaluowany.

„Gwiezdne Wojny” z Leninem w tle

To nie problem, że niektóre rozwiązania są inspirowane poprzednimi epizodami lub trochę naciągane. Gwiezdne wojny od zawsze były przepełnione naiwnymi motywami, charakterystycznymi dla każdej baśni, a już szczególnie takiej o samurajach w kosmosie. Chociaż spora część fandomu dostawała białej gorączki, kiedy Rey przez pierwsze dwa filmy nowej trylogii dysponowała ogromną potęgą Mocy niemal bez żadnego szkolenia, to podobne rozwiązania możemy znaleźć w samej Nowej nadziei. Luke Skywalker to przecież wieśniak, który pomaga na farmie wujostwa i bez żadnego doświadczenia wojskowego dołącza do rebeliantów. Podczas narady wojennej przed starciem z Imperium argumentuje, że nadaje się do samobójczej misji, bo polował na szczury na Tatooine. Następnie podczas finałowej bitwy za pomocą Mocy oddaje strzał „jeden na milion” i niszczy Gwiazdę Śmierci, najpotężniejszą broń w galaktyce. Logika nigdy nie była mocną stroną tego uniwersum.

Nieprzemyślane powroty i jeszcze większy bałagan

Ostatni film sagi jest niespójny nie tylko wewnętrznie, ale również w stosunku do poprzednich filmów z własnej trylogii. Postać cynicznego przemytnika DJ, w którą w poprzednim epizodzie wcielał się Benicio Del Toro, zniknęła, a Rose Tico, kierująca się górnolotnymi ideami mechaniczka Ruchu Oporu, grana przez Kelly Marie Tran, na ekranie wypowiada zaledwie kilka kwestii.

W przypadku Rose jest to szczególnie rażące, biorąc pod uwagę, że była to pierwsza postać pochodzenia azjatyckiego w uniwersum i jedna z głównych (i najbardziej kontrowersyjnych) ról Ostatniego Jedi. Jeśli Disney chciał wyjść naprzeciw oczekiwaniom fanów, to mógł inaczej pokierować jej wątkiem, który był naiwny, ale konsekwentnie prowadzony. Trudno nie ulec wrażeniu, że twórcy poddali się naciskom najbardziej toksycznej grupy fanów, którzy po premierze poprzedniego filmu skierowali w stronę aktorki tyle rasistowskich i seksistowskich komentarzy, że zdecydowała się ona usunąć swoje profile z mediów społecznościowych. Swoje traumatyczne doświadczenia z przemocą w sieci opisała na łamach „The New York Times”.

Finn, który w poprzedniej części sagi przez większość filmu towarzyszył Rose, również został zmarginalizowany, w Odrodzeniu nie powierzono mu żadnej konkretnej roli. Kwestia odkupienia jego służby w szeregach Nowego Porządku została sprowadzona do jednej pogadanki z innymi szturmowcami, którzy również postanowili dołączyć do rebeliantów. Nie zdecydowano się również na wprowadzenie wątku romantycznego pomiędzy Finnem i Poe, którzy mogliby zostać pierwszą homoseksualną parą w uniwersum. Taką decyzję sugerował Oscar Isaac, który wcielał się w Poe, ale decydenci z Disneya odrzucili pomysł. Reprezentacja osób LGBT w wydaniu korporacji, która rzekomo dba o równościowy przekaz swoich produkcji, sprowadza się więc do jednego ujęcia całujących się kobiet, które widzimy wtedy na ekranie po raz pierwszy i ostatni. Zresztą nie wszyscy, bo fragment został wycięty w wersji wyświetlanej w Singapurze i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Podobnie zmarnowany został wątek samego Poe. W poprzednim filmie bohater przechodzi związaną z porażką misji na Canto Bight przemianę ze skłonnego do ryzyka zawadiaki w dowódcę, który mógłby stanąć na czele sił rebeliantów. Jednak w finale postać zalicza regres. Poe ponownie zostaje sprowadzony do roli uczniaka, który w decydującym momencie traci nadzieję i nie sprawdza się jako przywódca, a jego jedynym ratunkiem jest Lando Calrissian, słynny przemytnik, który po raz pierwszy pojawił się na ekranie w Imperium kontratakuje w 1980 roku. (Swoją drogą powrót tej postaci również trudno uzasadnić, bo poza byciem cool Lando nie oferuje żadnej wartości dodanej).

Za największą porażkę scenarzystów można uznać rozwój postaci Kylo Rena, syna Hana Solo i Lei Organy. W przypadku głównego antagonisty jest to szczególnie niezrozumiałe Przez dwa ostatnie filmy Kylo Ren przeszedł drogę, która definiowała go jako głównego przeciwnika Rey i pełnokrwisty szwarccharakter. Zamordował swojego ojca i chciał zabić wuja Skywalkera, który był jego nauczycielem. Wyzwolił się od ciążącej na nim przeszłości, co symbolizowało zniszczenie maski zbudowanej na podobieństwo dziadka Vadera. To jego wątek pozostaje najbardziej zmarnowanym potencjałem finałowej części, bo też rola Adama Drivera jest jej najmocniejszym punktem. Widać to szczególnie we wspólnych scenach z Rey i kiedy jego gesty i mimika są bliźniaczo podobne do tych, które odgrywał Harrison Ford jako Han Solo.

Tu wypada jeszcze wspomnieć o jakże oryginalnym wykwicie imperialnego zmysłu technicznego – floty gwiezdnych niszczycieli, które za pomocą jednego wystrzału mogą zniszczyć planetę. Przed seansem obawiałem się, że zobaczę na ekranie czwartą Gwiazdę Śmierci, ale okazało się, że Disney zbudował ich kilka tysięcy.

Film, zamiast rozwijać dalej stworzone przez siebie wątki, ratuje się oklepanym motywami, które wbrew zamierzeniu twórców pokazują, jak płytka jest ta produkcja.

Czemu nie przeszkadzają mi czarne elfy

Wszystko zostaje w rodzinie

Cierpi na tym również samo zagadnienie Mocy, które przez lata było różnie interpretowane. W tzw. trylogii prequeli (Mroczne widmo, Atak klonów, Zemsta Sithów) została ona sprowadzona do kwestii biologiczno-naukowej. Ten, kto miał więcej midichlorianów we krwi, był potężniejszym Jedi, co oznaczało, że potencjał Mocy jest dziedziczony.

Z tym konceptem zerwał Ostatni Jedi, na powrót przedstawiając Moc jako mistyczną siłę, którą może odnaleźć każdy, nawet w najbardziej odległym krańcu galaktyki. Twórcy wrócili do filozoficznych korzeni tego zjawiska i pokazali, że nie jest ono zarezerwowane dla błękitnokrwistych wybrańców. To rozwiązanie było również uzupełnieniem wątku Rey, dziewczyny porzuconej przez rodziców, którzy według Kylo Rena byli tylko „brudnymi handlarzami złomu”. Wątek ten częściowo unieważnia najnowszy film, bo Rey okazuje się wnuczką imperatora Palpatine’a, a jej potęga to po prostu kwestia dobrych genów.

To rozwiązanie kłóci się z przesłaniem dwóch poprzednich filmów, które zakładało, że nasza przeszłość i pochodzenie nie mają znaczenia, bo każdy może wybrać własną drogę. Tymczasem Rey nie dość, że pochodzi z jednego z najpotężniejszych rodów w całej galaktyce, to na końcu przybiera nazwisko Skywalker. Można oczywiście argumentować, że to w jakiś sposób udowadnia, że więzy krwi nie są determinujące, ale mieszając różne rozwiązania i próbując dogodzić każdemu, film sprawia, że na końcu zadowolony nie jest nikt.

Ekspozycja kontratakuje

Abrams, zamiast podsumowywać i kończyć wątki, ucina je bez wyjaśnienia i wprowadza nowe. Ten galimatias zdarzeń i osób przy niedostatkach czasu skutkuje nadmiarem ekspozycji. Apogeum tego mechanizmu obserwujemy w końcowej sekwencji, kiedy Imperator Palpatine wykłada Rey całą historię, której nie zdołali nam pokazać twórcy.

Mieszając różne rozwiązania i próbując dogodzić każdemu, film sprawia, że na końcu zadowolony nie jest nikt.

Sam comeback tej postaci w sklonowanej formie to koszmar zapożyczony z komiksowego uniwersum legend. O tym, że Imperator przeżył, dowiadujemy się z napisów początkowych, ale trudno nie odnieść wrażenia, że cały ten zabieg to pójście na łatwiznę, do tego zupełnie zbędne. Ale nawet takie uproszczenia nie sprawiają, że film staje się łatwiejszy w odbiorze.

Bo jak wyjaśnić to, że Rey odbudowała swój miecz, który został zniszczony w poprzednim filmie? W jaki sposób imperator pozyskał nową flotę i jakim cudem Nowy Porządek dysponował personelem do jej obsadzenia? Kim są (i po co istnieją) rycerze Ren? Skąd wzięła się gigantyczna flota rebeliantów, która na końcu ratuje cały sojusz? Co Finn chciał powiedzieć Rey? To są pytania, na które w filmie nie znajdziemy odpowiedzi.

Nie ma złota w Szarych Górach [Dunin ogląda „Wiedźmina”]

Niektóre z tych kwestii zostały wyjaśnione przez samego reżysera, pozostałe zapewne będą szerzej omówione w kolejnych książkach i komiksach. Wiemy już, że niepokojąca scena końcowa z Lando, w której przemytnik zalotnie zwraca się do Jannah, to w rzeczywistości spotkanie ojca i córki. Nie jest to jednak usprawiedliwienie niedbałego scenopisarstwa, które sprawia, że dla niedzielnego widza film jest niezrozumiały.

Pustka nowej trylogii

Zasadniczą wadą całej nowej trylogii jest to, że w małym stopniu wzbogaca ona całe uniwersum. Przy całej karykaturalności prequeli – pokazywały one zupełnie inny obraz galaktyki niż ten znany z pierwszych filmów. Obserwowaliśmy kulisy polityki, zepsucie i upadek państwa, jakim była stara Republika, przemianę Anakina i intrygi Imperatora.

W nowych filmach dostaliśmy remake starej trylogii, z którego po części wyłamał się Ostatni Jedi. Nawet scena, w której Rey zabija Imperatora, nie ma w sobie emocji, które mogliśmy obserwować w lustrzanej konfrontacji Luke’a z Palpatine’em w szóstym epizodzie, gdzie kluczowym elementem było kuszenie bohatera ciemną stroną mocy. W Skywalker. Odrodzenie ten pojedynek został sprowadzony do siłowej konfrontacji, w której Darth Sidious zostaje pokonany dokładnie w ten sam sposób co w Zemście Sithów i Powrocie Jedi – za pomocą własnych błyskawic. Wraz z jego porażką upada Imperium (Nowy i/lub Ostateczny Porządek), Rebelianci (Ruch Oporu) triumfują, zakon Jedi ma szansę przetrwać, a franczyza zjadła własny ogon.

To, co udało się rozwinąć, to wspomniany już wątek Mocy, ale również przeformułowanie pojedynków na miecze świetlne. W klasycznych filmach były one dosyć statyczne i mało finezyjne, a w prequelach przypominały połączenie akrobatyki artystycznej z szermierką. W filmach Abramsa i Johnsona bez wyjątku widać, że pokonanie przeciwnika wymaga ogromnego wysiłku, postacie męczą się podczas walki, a używanie miecza nie sprowadza się jedynie do efektownych piruetów.

Ewakuacja ze złotej klatki

Ostatecznie jednak widać, że Disneyowi zabrakło osoby, jaką w Marvelu jest Kevin Feige. Kogoś odpowiedzialnego za spójną wizję całego uniwersum, które tworzą poszczególne filmy. Trudno zaryzykować stwierdzenie, że George Lucas jest dobrym scenarzystą – stara trylogia jest pełna nieścisłości – ale zarys fabularny, nawet w przypadku niesławnych prequeli, był ciekawy. Nie sposób tego samego powiedzieć o trylogii Disneya.

Niesprawiedliwe jest też obwiniane J. J. Abramsa za efekt końcowy, który trafił do kin. To do producentów należały ostateczne decyzje w sprawie kluczowych rozwiązań fabularnych i rozwoju bohaterów, a jak głoszą plotki, zmian było dużo, i to w zasadniczych kwestiach. Cenniejsza od anonimowych pogłosek jest wypowiedź Maryann Brandon, jednej z montażystek filmu i wieloletniej współpracowniczki Abramsa. Według Brandon twórcy działali pod silną presją czasu ze strony Disneya, a montaż filmu odbywał się podczas (!) trwania zdjęć.

Jak będzie wyglądał koniec świata?

Chociaż wszystkie filmy z nowej trylogii odniosły niekwestionowany sukces finansowy, to Disney pokazał, że nie miał na nią planu albo kompletnie pogubił się we wprowadzanych zmianach. Poza banałem o zwycięstwie dobra nad złem nie ma tu nic, czego można byłoby oczekiwać od zwieńczenia liczącej 40 lat sagi Skywalkerów, która stała się jedną z najsłynniejszych historii całej popkultury.

Pozostaje wierzyć, że podczas zapowiadanej co najmniej pięcioletniej przerwy od kolejnych filmów w uniwersum Disney stworzy własną wizję Gwiezdnych wojen, na które warto będzie czekać. Według nieoficjalnych informacji akcja nowych produkcji (nie kolejnych trylogii, a luźno powiązanych ze sobą filmów) ma być osadzona w czasach Wysokiej Republiki – na 400 lat przed opowieścią o rodzinie Skywalkerów. Jeśli ta decyzja się potwierdzi, to twórcy będą mieć dużą swobodę w tworzeniu wątków i postaci.

Nostalgia, którą przepełniona była trylogia sequeli, przyciągnęła przed ekrany kilka pokoleń widzów sentymentalnie związanych z marką. Ale wieczny recykling znanych motywów, chociaż na krótką metę zyskowny, nie przyciąga nowych widzów, a u fanów wywołuje zobojętnienie. Wyjście z tej złotej klatki jest dla Disneya największym wyzwaniem na przyszłość.


**
Jakub Bodziony – zastępca sekretarza redakcji „Kultury Liberalnej”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.