Kinga Dunin czyta, Weekend

Zła wojna, dobre chłopaki. Czy naprawdę dobre?

To dobrze napisana książka, autor dostał za nią National Booker Award, jednak kilka razy miałam ochotę rzucić ją w kąt, wykasować z czytnika. Nie ze względu na przemoc czy dwuznaczność w opisywaniu tej wojny, ale z powodu „złego testosteronu”.

Phil Klay, Przerzut, przeł. Krzysztof Cieślik, Cyranka 2023

Zabijaliśmy psy. Nie przypadkiem. Robiliśmy to celowo, nazywaliśmy operacją „Scooby”. Jestem psiarzem, więc dużo na ten temat myślałem.

Wojna w Iraku. Psy chłepczą krew zabitych Irakijczyków, marines źle to znoszą, więc do nich strzelają. Bohater wraca do domu, wita go ukochany, bardzo stary pies. Niedługo trzeba będzie zakończyć jego życie. Weteran nie chce, żeby robił to weterynarz. Robi to sam, jest dobrym strzelcem, pies nie cierpi. Ta decyzja nie budzi chyba naszych wątpliwości, ale czym się różni emocjonalnie od strzelania do psów na pustyni?

W kolejnych opowiadaniach – kolejne historie wojenne i zawsze podobny bohater, żołnierz piechoty morskiej, marines, typ refleksyjny. Niekoniecznie taki, który bierze bezpośredni udział w walkach. Może być kapelanem albo należeć do jednostki ds. odzyskiwania personelu (zbierania zwłok) i procedur związanych z pochówkiem, albo zajmować się wojną psychologiczną, albo być urzędnikiem mającym pomagać w odbudowie kraju. Szkoda, że 90 proc. pomocy jest rozkradane, no ale zostaje jeszcze 10. Jest trochę lepiej? – jest! Może też być już weteranem – z PTSD, nierozumianym przez społeczeństwo, częściej niż inni popełniającym samobójstwo.

Od inwazji do państwa upadłego: demokracja nie przysłużyła się Irakowi

Wszyscy oni żyją jednak wśród opowieści o walce, niebezpieczeństwie i zabijaniu. Życie żołnierza składa się z nudy i strachu oraz rzadkiej ekscytacji, kiedy kogoś osobiście zabije. Ale co to znaczy „osobiście”? Jeśli do wystrzelenia z haubicy potrzebna jest czteroosobowa załoga, spece od logistyki decydujący o jej nakierowaniu, a pocisk pada dziesięć kilometrów dalej i podobno zabił cały oddział powstańców, a może jednak zabił ich wcześniejszy pocisk. To kto zabił? Jeśli tylko ładowałeś pocisk, ale nie nacisnąłeś guzika, to czy kogoś zabiłeś, czy nie? A jeśli to nie byli powstańcy? Zabijając, stajesz się chwalonym „kilerem”, jeśli zginiesz – narodowym bohaterem, szczególne wrażenie robi jednak, gdy zabijesz nożem albo zatłuczesz na śmierć.

Niektóre absurdy tej wojny śmieszą, a żarty, jak to żołdackie żarty, nie są wybredne: „Nie widziałem tyle krwi, odkąd ruchałem twoją starą, jak miała okres”. To pozwala się rozluźnić. Żołnierzy łączy wyjątkowa więź, chociaż niektórzy dowódcy są brutalni albo są idiotami. Można też poprześladować kolegę, który jest nieco inny, ale i tak wszyscy w istocie rzeczy się kochają.

Po co tam w ogóle są, po co wstąpili do armii? Bo potem można dostać się na studia? Żeby uciec z jakiejś zapadłej mieściny? Zabijać złych turbaniarzy, którzy mają coś wspólnego z atakiem na WTC? Mało kto wierzy w „kocopoły o walce dobra ze złem. Demokracji z islamem”. I zazwyczaj nikt o to nie pyta. Liczy się wykonanie kolejnego zadania, lojalność grupy.

Te opowiadania nie należą jednak do tego samego gatunku co Rzeźnia numer 5 czy Paragraf 22. I nie jest to jakakolwiek wojna, tylko bezsensowna, głupia wojna z Irakiem, która spowodowała ogrom ofiar. Nie ma jednoznacznych danych, ale skala jest oczywista – kilka tysięcy zabitych amerykańskich żołnierzy i kilkaset tysięcy ofiar wśród Irakijczyków, spowodowanych także walkami wewnętrznymi, terroryzmem, głodem, zniszczeniem infrastruktury.

Colin Powell okłamał miliony ludzi, by usprawiedliwić zbrodnię

Akcja większości opowiadań toczy w się w Al Falludży, mieście w centralnym Iraku i miejscu wielu walk. Przed inwazją amerykańską miało ono 435 tys. mieszkańców, obecnie 350 tys. Owszem, Saddam Husajn był krwawym dyktatorem, może dzisiejsza bardzo kulawa demokracja jest lepsza, ale nikt za nią Amerykanom nie jest wdzięczny. Na czasem jeszcze pojawiające się informacje o kolejnych zamachach terrorystycznych w Bagdadzie nawet już nie zwracamy uwagi. Ostatni amerykańscy żołnierze szkolący irakijskich wojskowych opuścili ten kraj w 2021 roku. A jedynym krajem, który na tej wojnie zyskał, jest Iran.

Autor tej wojny nie broni, ale – nie da się tego ukryć – broni udziału w niej. Co wydaje się paradoksalne i było dla mnie trudne do przełknięcia. Ale czasami niewygodne lektury są właśnie ciekawsze niż te jedynie słuszne.

Klay służył w marines, w Iraku od 2007 do 2008 roku, zaczął pisać dzięki programowi dla weteranów, ale nie pochodzi z biednej rodziny, tylko takiej, której członkowie zawsze związani byli ze służbą publiczną. Kim jest, czemu się na to zdecydował, wiedząc, że najpewniej czeka go służba za morzem? Nie walczył, zajmował się public relations. Kiedy jeden z bohaterów tłumaczy swój udział słowami „nie wierzyłem w wojnę, gdy się rozpoczęła, choć wierzyłem w służbę państwową”, podkreśliłam to zdanie, bo jakoś pasowało mi do autora. Chciałam się dowiedzieć o nim więcej. I bez większego trudu znalazłam jego esej The Citizen-Soldier. Moral Risk and the Modern Military. Znajdziemy tam wyłożoną całą ideologię, która stoi za tą powieścią.

Czy USA zabija więcej cywilów niż Rosja?

Tak wyjaśnia w nim swoją decyzję złożenia przysięgi:

„Podniosłem rękę i złożyłem przysięgę 11 maja 2005 roku. Było to półtora roku po schwytaniu Saddama Husajna. Broni masowego rażenia nie znaleziono. Powstanie rosło. Wątpliwości budziła nie tylko mądrość inwazji, ale także kompetencje decydentów. Ówczesnemu sekretarzowi obrony Donaldowi Rumsfeldowi udowodniono, że mylił się w prawie każdej ważnej decyzji podjętej po inwazji, od poziomu wojsk po fundusze na powojenną odbudowę. Każdy, kto uważnie się temu przyjrzał, zauważał, że Irak pogrąża się w chaosie, a niegdyś radosne nastroje społeczne związane z naszym zaangażowaniem w wojnę, z ponad 70 procentami Amerykanów w 2003 roku, które kiwały głowami z aprobatą, pogorszyły się. Ale możliwość niepowodzenia i przerażające koszty, jeśli chodzi o życie ludzkie, jakie pociągałoby za sobą niepowodzenie, tylko upewniły mnie, dlaczego powinienem robić to, co do mnie należy. To była moja wielka sprawa, mój sprawdzian obywatelstwa”.

I dalej pisze:

„Dla mnie z tego, że wojna była niesprawiedliwa, nie wynikało, że jako kraj zostaliśmy zwolnieni z naszych obowiązków i mogliśmy szczęśliwie pozostawić Irakijczyków ich żałosnemu losowi, bezpieczni, ze świadomością, że nasze ręce są czyste, o ile nie głosowaliśmy na George’a W. Busha w 2000 roku. Najwyraźniej nie wywiązaliśmy się z naszych zobowiązań dotyczących zapobieżenia chaosowi w następstwie naszej inwazji na Irak”.

Zostawmy na boku to, ile w tym wszystkim racjonalizacji po latach. Ale oczywiście – zrobiłeś bałagan, to go posprzątaj. Niezbyt się to udało. Ale Klay nadal uważa, że służba wojskowa jest, albo przynajmniej powinna być, wyrazem postawy obywatelskiej. Chociaż najlepiej by było, żeby wszyscy rozumieli cel walki, która jest też sprawą ogółu obywateli. Jego zdaniem ci, którzy wstępują do armii, często tym kierują, i jest to wyraz zaufania do państwa, że dobrze wykorzysta ich życie. Przecież wszyscy kochamy Amerykę.

Był zbrodniarzem nieznającym litości. Donald Rumsfeld zmarł nie tam, gdzie powinien

Tylko trudno to wpasować w coś tak bezsensownego (i niezgodnego z prawem międzynarodowym) jak inwazja na Irak. Zawsze można jednak powiedzieć, że udało się choć trochę pchnąć sprawy w dobrą stronę. Jak w opowiadaniu Pieniądze jako system uzbrojenia. Mimo olbrzymich środków, którymi teoretycznie dysponują urzędnicy, udaje się z wielkim trudem utrzymać tylko poradnię dla kobiet. Reszta zostaje zmarnowana, rozkradziona, na przeszkodzie stają walki między różnymi muzułmańskimi ugrupowaniami. Ale to już coś.

Nie jestem pewna, czy rzeczywiście amerykańscy żołnierze są tymi wymarzonymi przez autora obywatelami. No i niegarnący się do służby cywile mogą też przedstawiać to jako akt obywatelskiej odmowy wzięcia udziału w niesprawiedliwej wojnie. Ale to nie jest kierunek myślenia Klaya. On chce powiedzieć społeczeństwu, że powinno być solidarne ze swoimi żołnierzami i weteranami, którzy zapłacili za wojnę prawdziwą cenę. Jego marzenia pewno spełniłaby wojna w Ukrainie, obronna, sprawiedliwa, w której wszyscy wiedzą, o co walczą, i popierają swoje państwo.

Ale każda wojna, także ta najsprawiedliwsza, niesie za sobą nie tylko ryzyko fizyczne i emocjonalne, ale także moralne, i to jest kwestia, która bardzo zajmuje autora i w książce, i w eseju. Nie ma co ulegać złudzeniom, że nowoczesna wojna to najnowsza technika plus jakiś Rambo, który jej użyje, zawsze precyzyjnie trafiając w cel, czyli w kogoś bardzo złego. „Żadna liczba filmowych przedstawień komandosów zabijających złoczyńców nie może sprawić, że zapomnimy o prostej rzeczywistości, że Irak jest zniszczony, panuje tam niewyobrażalne cierpienie, a my jako kraj porzuciliśmy nawet większość tłumaczy, którzy ryzykowali dla nas życie”.

I tu trzeba dodać, że Klay jest katolikiem i nieobca jest mu koncepcja grzechu, nie zbiorowego, ale tego indywidualnego. Zresztą widać to w jego opowiadaniach. Zabiłeś człowieka – zgrzeszyłeś, nieważne, w jakiej wojnie. Nic dziwnego, że czujesz się winny i należy to odpokutować. Klay jest republikańskim idealistą, chociaż przypuszczam, że głosuje na demokratów. Można go podejrzewać o naiwność (bo jednak nie o hipokryzję, jakoś wierzę w jego szczerość), ale ostatecznie ta opowieść, w której brak miejsca dla głosów Irakijczyków, w której służba w wojsku jest idealizowana, choć nie ukrywa się wszystkich ciemnych stron wojny, etycznie się jakoś broni. Jest jednak coś, co autor w książce opisuje, a w eseju już tego nie widzi, i co budzi we mnie odruch obrzydzenia.

Formowało nas doświadczenie międzynarodowej bezsilności [rozmowa o wojnie w Iraku]

To ta cała wojskowa subkultura macho. Całe to męskie braterstwo, które objawia się gadaniem o ruchaniu i żartami z pedałów, żeby tylko nikt nie pomyślał, że ktoś jest gejem. Agresja, fascynacja zabijaniem i przemocą. Brutalny i wulgarny język. Puszenie się samców alfa. Ostentacyjny cynizm. W jednym z opowiadań bohater mówi o tym, jak psychologicznie załatwił dowodzoną przez pewnego szejka grupę, którą trzeba było wywabić z kryjówki. Przez megafon opowiadał, że mają jego żonę i córki i co dokładnie będą z nimi robili. Ku radości kolegów, którzy rechocząc, rzucają kolejne pomysły. Zdaje sobie sprawę, że to okropna historia, którą nie ma co się chwalić, ale robił to. Tych pomysłów nie brano z podręczników strategii, tylko z męskiej wyobraźni mizoginicznej i seksistowskiej. Oczywiście pod tym wszystkim kryje się wrażliwość, poczucie winy, ludzkie słabości, traumy, tęsknota za żoną. Podobno. Jednak to ta forma tworzy żołnierza. Nie jest niewinna, jest kwintesencją toksycznej męskości.

To dobrze napisana książka, autor dostał za nią National Booker Award, jednak kilka razy miałam ochotę rzucić ją w kąt, wykasować z czytnika. Nie ze względu na przemoc czy dwuznaczność w opisywaniu tej wojny, ale właśnie z powodu „złego testosteronu”. Nie twierdzę, że autor to pochwala, ale chyba uważa za naturalne, realistyczne. I, co gorsza, może mieć rację.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Kinga Dunin
Kinga Dunin
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".
Zamknij