Historia, Kraj

Złota era po 1989? Buahaha!

balcerowicz-kaczynski-magia

Pokolenie '89 ocenia polską transformację gospodarczą przez pryzmat jej skutków, a nie jej przebiegu.

Historia sukcesu, niezwykły wzrost, polski cud – w taki sposób ekonomiści Banku Światowego nazywają okres transformacji gospodarczej w Polsce w wydanej w 2017 roku publikacji: Lessons from Poland, Insights for Poland (Lekcje z Polski, wnioski dla Polski). Określają ścieżkę rozwoju polskiej gospodarki po 1990 roku jako wzór do naśladowania dla innych państw przechodzących transformację gospodarczą. […]

[Czy ten obraz] świetnie rozwijającego się w ostatnich latach kraju, będącego obecnie w ścisłym gronie najbogatszych państw na świecie – to jest perspektywa pokolenia ‘89? Nie, raczej nie. Niedowierzanie, zaskoczenie, śmiech, ironia – to najczęstsze reakcje osób, z którymi przeprowadziłem wywiady, gdy cytowałem im przytoczone na początku rozdziału fragmenty z raportów Banku Światowego. „Złota era? Poważnie? Skąd oni to wzięli?”. Lub: „Może łatwo tak pisać jakiemuś panu w ładnym garniturze, siedzącemu w jakimś biurze w Nowym Jorku albo Londynie. Ciekawe, czy był kiedyś w jakimś przeciętnym polskim mieście?” – to niektóre odpowiedzi. Tylko w kilku przypadkach mój rozmówca wyraził aprobatę dla bardzo pozytywnej oceny polskiej transformacji. Dla większości przedstawicieli pokolenia ‘89 taka opinia jest obca.

1989, czyli niedokończona rewolucja

Kluczowe dla zrozumienia postawy mojego pokolenia wobec rezultatów polskiej transformacji gospodarczej są dwa fakty.

Po pierwsze, my nie pamiętamy tego, jak wyglądała Polska lat 80. czy 90. Jesteśmy pod tym względem pierwszym pokoleniem, bo nawet osoby urodzone na początku lat 80. (tzw. drugi wyż demograficzny) przynajmniej dorastały w warunkach mocno jeszcze transformującego się kraju. Dla nas przeżywana w pełni świadomie historia gospodarcza Polski zaczęła się najwcześniej w 2004 roku – w momencie wstąpienia do Unii Europejskiej (a dla tych młodszych przedstawicieli mojego pokolenia nawet po 2010 roku). To, co dokonało się wcześniej, nie ma zatem dla nas większego znaczenia. Całą naszą wiedzę o tym, jak działa polska gospodarka (pierwsza praca, wypłata, zakup samochodu, mieszkania itd.), zyskaliśmy już w państwie zaliczanym do grupy państw o wysokim dochodzie – i dlatego mamy wobec życia w tym kraju takie, a nie inne oczekiwania.

Ktoś powie, że powinniśmy jednak mieć jakąś wiedzę o transformacji wyniesioną ze szkoły albo uzyskaną z relacji rodziców czy dziadków. Z tą szkołą to bez żartów proszę – większość z nas trzy razy „przerobiła” na historii garnki z Mezopotamii (podstawówka, gimnazjum, liceum), ale do czasów PRL nigdy nie dotarliśmy (o samej transformacji nie wspominając). Z tymi opowieściami starszych pokoleń to też średnio – jeśli już mamy jakąś wiedzę, to są to raczej płytkie slogany wyczytane w internecie, takie jak „zagranica nas rozkradła”.

Po drugie, nawet jeśli 85% ludzi na świecie żyje w państwach biedniejszych od Polski, to my i tak porównujemy się wyłącznie do tych 15% bogatszych państw. Co więcej, pół biedy, gdybyśmy porównywali się do tylko odrobinę bogatszych od nas Czechów. Punktami odniesienia dla mojego pokolenia są jednak Niemcy, Wielka Brytania i inne państwa Europy Zachodniej. Czyli kraje należące do ścisłej światowej czołówki, jeśli chodzi o poziom rozwoju. Warto wiedzieć, że tylko 6% światowej populacji żyje w państwach o PKB na osobę wyższym niż nasz bliski sąsiad – Niemcy (z tego 2/3 w USA). W ciągu ostatnich 30 lat znacząco zbliżyliśmy się gospodarczo do tego kraju – PKB na osobę w Polsce zwiększyło się z około 30% do około 60% tego, co w Niemczech.

Dystans wciąż jest jednak ogromny i większość z nas to widzi. To pewien paradoks – nasze nieszczęście w szczęściu polega na tym, że żyjemy w jednym z najbogatszych regionów świata i przez członkostwo w Unii Europejskiej jesteśmy z innymi państwami tego regionu silnie zintegrowani. To pomaga nam się rozwijać, ale jednocześnie utrudnia racjonalną ocenę tego, w jakim punkcie rozwoju jesteśmy – nic dziwnego, że nie porównujemy się z Meksykiem czy Argentyną. Nie porównujemy się nawet z Ukrainą (większość mojego pokolenia nie ma pojęcia, jaka przepaść rozwojowa dzieli nas od wschodnich sąsiadów), mimo że ze względu na historię polityczną i gospodarczą takie zestawienie byłoby bardziej zasadne niż konfrontowanie się z Niemcami.

Mam świadomość, że te dwie opisane postawy nie są atrybutami tylko mojego pokolenia. Starsi od nas, nawet jeśli świadomie przeszli przez lata 80. czy 90., i tak cierpią na zbiorową krótką pamięć. Ludzka natura skonstruowana jest też w ten sposób, że wciąż chcemy więcej i więcej, w związku z czym mamy tendencję do wybierania ambitnych punktów odniesienia. Mam jednak przekonanie, że w moim pokoleniu te dwie postawy są szczególnie widoczne. Po pierwsze, nawet nie mieliśmy szansy, żeby w naszej pamięci zapisało się jakiekolwiek doświadczenie początków transformacji. Po drugie, całe nasze dorosłe życie spędziliśmy już w warunkach otwartych granic z innymi państwami Unii Europejskiej, dzięki czemu częściej jeździmy na Zachód do pracy i na wakacje, bierzemy udział w szkolnych i studenckich wymianach, rozmawiamy ze znajomymi z innych państw albo z Polakami, którzy zdecydowali się na emigrację. Mamy też internet i globalne marki, więc doskonale wiemy, jak wygląda zachodni styl życia. W naszym pokoleniu ten punkt odniesienia jest więc od początku inaczej (silniej) osadzony. […] My oceniamy polską transformację gospodarczą przez pryzmat jej skutków, a nie jej przebiegu.

Maciek (rocznik ’98) jest jednym z nielicznych moich rozmówców, który zgodził się z bardzo pozytywną oceną polskiej transformacji przedstawianą w raportach międzynarodowych instytucji (a tak się składa, że to akurat najmłodsza osoba, z którą przeprowadziłem wywiad). Na pytanie, dlaczego większość młodych postrzega to inaczej, odpowiada porównaniem:

– Przedstawiciele pierwszej fali imigracji do Francji z państw północnej Afryki byli pod wrażeniem zastanej różnicy w poziomie rozwoju i posłusznie wykonywali swoją pracę. Ich dzieci, drugie pokolenie, nie mają jednak tego porównania co ich rodzice, więc buntują się przeciwko niższym zarobkom niż biali, rdzenni Francuzi. Młode pokolenia w Polsce mają podobnie – nie pamiętamy czasów PRL-u i początków transformacji, więc nie mamy porównania do tego, co było w przeszłości. Tymi, obok których stawiamy się teraz, są dla nas rówieśnicy z państw Europy Zachodniej. W erze internetu i globalizacji wszyscy dążymy do podobnego poziomu życia. W Polsce wciąż trudniej go osiągnąć niż w większości państw Unii Europejskiej, i to jest główne źródło niezadowolenia.

Co ciekawe, tym osobom z mojego pokolenia, które miały okazję wyjechać gdzieś poza „bogatą” część świata, łatwiej zmienić perspektywę i punkt odniesienia. Z Justyną (rocznik ‘90) rozmawiam tuż po jej powrocie z podróży do Kambodży:

– To, co uderza w pierwszym momencie, to zupełny brak higieny. Brudne, nagie dzieci żebrzące na ulicach, plastikowe talerze myte wielokrotnie w tej samej wodzie na ulicznych targach. Po kilku dniach orientujesz się jednak, że ludzie nie dbają o higienę wtedy, kiedy nie mają zaspokojonych najbardziej podstawowych potrzeb – regularnych posiłków czy porządnego schronienia. Kiedy ich sposób bycia sprowadza się do nieustannej walki o przeżycie. Wtedy czyste rączki nie mają znaczenia. My w Europie zupełnie nie jesteśmy w stanie tego zrozumieć. Wielu moim znajomym przydałaby się taka podróż do innego świata – bo to jest inny świat…

A ja myślę, że nie trzeba wysyłać ludzi aż do Azji. Dla wielu wystarczającą wycieczką edukacyjną byłaby podróż kilkaset kilometrów za naszą wschodnią granicę.

Dlaczego nie zarabiamy tyle, co Niemcy?

Czy chcę przez to powiedzieć, że moje pokolenie po prostu nie docenia rezultatów polskiej transformacji gospodarczej? Nie mam wątpliwości, że częściowo tak właśnie jest. Nasza perspektywa w większości przypadków jest po prostu zbyt wąska. Często spotykam się z tak uproszczonymi wizjami świata: powinniśmy zarabiać tyle, co Niemcy. Skoro nie zarabiamy, to znaczy, że jest źle. I kropka.

Nie ma w tym żadnej głębszej analizy: gdzie była polska gospodarka 30 lat temu, jak wygląda podział bogactwa na świecie, skąd się bierze to bogactwo, jak długo trwa proces jego tworzenia, od czego zależą płace itd. Podam przykład komentarza pod jednym z moich wpisów na blogu: „Zrównać nasze zarobki i koszty życia z tymi w krajach starej Unii Europejskiej, do tego zmienić prawo i młodzi Polacy nie będą wyjeżdżać na emigrację zarobkową”. Jakże prosta recepta na sukces: ot tak, po prostu zrównajmy zarobki…

Może warto więc, żebym pokrótce wyjaśnił, dlaczego wciąż zarabiamy mniej niż Niemcy. […] Nasze płace zależą przede wszystkim od tego, co i ile produkuje się w ciągu godziny pracy w naszej gospodarce. Dowód? Według danych Eurostatu Niemcy rzeczywiście zarabiają aż czterokrotnie więcej niż Polacy – w 2016 roku przeciętne godzinowe koszty pracy wyniosły u nich 33,0 euro wobec 8,6 euro w Polsce.

Niemcy więcej płacą jednak także za towary i usługi w sklepach. Jeżeli porównamy ceny dla szerokiego koszyka dóbr konsumenckich (a nie dla kilku wybranych towarów, jak lubią robić to media), to okaże się, że ceny w Niemczech są prawie dwukrotnie wyższe niż w Polsce (dokładnie o 93%, dane za 2016 rok). Z tego wynika, że Polak za swoje godzinowe wynagrodzenie jest w stanie kupić 50% tego, co Niemiec. I podobna różnica jest w przeciętnej produktywności pracy Polaka i Niemca – w 2016 roku produktywność na godzinę pracy w Polsce wyniosła 46% tego, co w Niemczech.

Żeby była jasność – ta wyższa wydajność Niemców nie wynika z tego, że są oni bardziej pracowici. Wręcz przeciwnie, średnio przepracowują w roku mniej godzin niż Polacy. […]

 

Uwaga, spojler: nigdy nie dogonimy Niemiec

Co więc jest nie tak?

Polska przez 30 lat transformacji rozwijała się w bardzo dobrym tempie – jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) wśród wszystkich państw przechodzących transformację gospodarczą w podobnym do naszego czasie. Dziś należymy do grona najbogatszych państw świata. Moje pokolenie nie dostrzega trafności powyższych stwierdzeń, bo: a) nie pamięta, jak wyglądała Polska w latach 80. czy nawet 90., b) bardzo wysoko stawia poprzeczkę, porównując się tylko z kilkoma państwami z absolutnego światowego topu. Do tego różnice w zarobkach między Polską a np. Niemcami są uzasadnione, a na zbudowanie majątku potrzebujemy po prostu więcej czasu.

Na tym etapie mógłbym więc zakończyć – napisać, że transformacja była sukcesem i tylko moje niewdzięczne i marudne pokolenie nie potrafi tego docenić. Jakoś jednak trudno jest mi przejść obojętnie obok problemów, które dostrzegam, które sygnalizują moi znajomi i które podnosili moi rozmówcy. Znaczna część tych problemów nie wynika bowiem z tego, że jesteśmy po prostu biedniejsi niż Europa Zachodnia i nie wszystko możemy od razu dostać. Jest szereg rzeczy, na które powinno być nas stać przy tym poziomie rozwoju, a mimo to są dla nas trudno osiągalne. Problemy te wynikają ze złej polityki państwa i, co boli szczególnie, z niewielkiej obecności problemów mojego pokolenia w debacie publicznej. My po prostu w okresie transformacji nie byliśmy dla polityków ważni. Dlatego warto, żebyśmy w końcu zabrali głos w swojej sprawie.

Trudno na przykład pominąć temat emigracji. To najważniejszy objaw niechęci mojego pokolenia do polskiej gospodarki. Według danych Eurostatu w 2004 roku 0,7 miliona polskich obywateli było rezydentami krajów szeroko rozumianej Europy Zachodniej (czyli państw tak zwanej „starej piętnastki” UE oraz Norwegii i Szwajcarii). W 2016 roku było to już 2,4 miliona osób, co oznacza, że po wstąpieniu Polski do UE na Zachód wyemigrowało co najmniej 1,7 miliona Polaków! Emigracja dotyczy przede wszystkim dwóch pokoleń – mojego oraz pokolenia osób urodzonych w okolicach przełomu lat 70. i 80. W ten sposób pokazaliśmy, że owoce polskiej transformacji niekoniecznie nam odpowiadają.

Problem emigracji dotyczy nie tylko Polski, ale też innych państw Europy Środkowo-Wschodniej, które wstąpiły do UE. Główną przyczyną są duże różnice w poziomie rozwoju między Europą Zachodnią a nowymi państwami członkowskimi. Przykładowo w 2004 roku, gdy wchodziliśmy do Unii, PKB na osobę w Polsce stanowiło tylko 46% tego, co w Wielkiej Brytanii. Mimo że w ciągu 12 lat – do 2016 roku – ta różnica zmalała do 66%, to dystans wciąż jest kolosalny. Wynikające z tego dysproporcje w wysokości płac są dla osób młodych główną motywacją do wyjazdu. Ale niejedyną. Skala emigracji jest bowiem różna między różnymi państwami. Weźmy za grupę porównawczą kraje Grupy Wyszehradzkiej, czyli te, które są do nas najbardziej podobne pod względem wielkości i poziomu rozwoju. W przypadku Polski te 1,7 miliona osób, o które zwiększyła się wielkość emigracji do państw Europy Zachodniej w latach 2004–2016, to 5% populacji naszego kraju. Na Węgrzech emigracja zwiększyła się o 3% populacji, na Słowacji też o 3%, a w Czechach tylko o 1% (patrz wykres). Spośród wszystkich 11 państw EŚW większy odsetek niż Polska odnotowały tylko Bułgaria i Rumunia (dwa najbiedniejsze państwa UE, a więc z największą motywacją do emigracji) oraz Litwa i Łotwa (państwa małe, porównywalne pod względem populacji z samą Warszawą).

Co więc z tą Polską jest nie tak?

Na samym dole piramidy potrzeb Maslowa są dwa rodzaje potrzeb niższego rzędu (czyli potrzeb wynikających z braku czegoś) – fizjologiczne oraz bezpieczeństwa. Bez wątpienia polska transformacja gospodarcza umożliwiła mojemu pokoleniu zaspokojenie potrzeb fizjologicznych (jedzenie, picie, podstawowe schronienie, odzież, ciepło), ale wiele osób młodych wciąż doświadcza trudności w zaspokojeniu potrzeb drugiego poziomu – potrzeb bezpieczeństwa. To o tyle istotne, że według teorii Maslowa zaspokojenie potrzeb fizjologicznych i bezpieczeństwa jest warunkiem realizacji kolejnych – przynależności i miłości, szacunku i uznania, samorealizacji – zwanych także potrzebami rozwoju. Bezpieczeństwo jest więc na drabinie potrzeb kluczowe dla rozwoju osobistego i osiągnięcia życiowej satysfakcji. W szerszym wymiarze chodzi o rozwój i jakość życia całego pokolenia. Co ważne, jak wskazałem parę akapitów temu, w wielu aspektach problem niezaspokojonych potrzeb młodego pokolenia na tym podstawowym poziomie nie wynika z biedy naszego kraju. Przy obecnym stanie rozwoju gospodarki powinniśmy móc je bez większych trudności zaspokoić. Wynika z konkretnej polityki państwa (albo jej braku) w ostatnich 30 latach.

**
Jest to fragment książki Pokolenie ’89 Jakuba Sawulskiego.

Książki na trzydziestolecie…

30-lecie-seria… no właśnie, czego? Niektórzy powiedzą – demokracji. Inni – wolności. Są też takie, które będą się upierać, że lata 1989–2019 to czas triumfu dzikiej reprywatyzacji, agresywnego kapitalizmu i gwałtownego wzrostu nierówności społecznych. Między czarnym a białym mamy tutaj sporo odcieni szarości. Dlatego z okazji okrągłej rocznicy chcemy pokazać okres transformacji z różnych stron, na podstawie różnych opinii i przez pryzmat różnych losów. Przygotowaliśmy serię książek. Każda z nich jest inna. Wszystkie warte uwagi.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.