Gospodarka

Uwaga, spojler: nigdy nie dogonimy Niemiec

polska-niemcy-pkb

Najprawdopodobniej nigdy nie dogonimy Niemiec pod względem poziomu rozwoju gospodarczego. Ale to wcale nie jest zła wiadomość – ślepe gonienie niemieckiego PKB nijak się ma do poprawy jakości życia Polek i Polaków. Oto dlaczego.

Kompleksy Polek i Polaków najlepiej chyba widać w stosunku do Niemiec. Niechętny stosunek do Niemców bez wątpienia nie wynika jedynie z historycznych zaszłości, ale też kompleksu niższości cywilizacyjnej, dosyć nieumiejętnie maskowanego narracją o rzekomej wyższości. Już niesławna endecja na początku XX wieku wolała układać się z rosyjskim, a nie z niemieckim zaborcą. Paktowanie z Rosją już wówczas miało być bezpieczniejsze dla zachowania polskiej tożsamości – mało który Polak będzie się chciał stać Rosjaninem, za to Niemcem – pewnie niejeden. Współcześnie ten kompleks ujawnia się na inne, czasem niezwykle zabawne sposoby.

Znienawidzony wzór

W latach 90. do Niemiec wyemigrowało z przyczyn ekonomicznych wielu mieszkańców Śląska. W tamtych czasach większość czasu przesiadywałem na śląskich podwórkach, więc miałem okazję obserwować okazjonalne przyjazdy tych świeżo upieczonych emigrantów w rodzinne strony. Pomimo że jeszcze kilka lat wcześniej byli zwyczajnymi kolegami lub sąsiadami, jako rezydenci Niemiec wielu z nich zmieniło się nie do poznania. Patrzyli z góry na niedawnych osiedlowych towarzyszy, niczym biali kolonialiści na tubylców, a odpowiedzi na liczne pytania o niemieckie realia poprzedzali grymasem politowania. Mówili z silnym niemieckim akcentem, choć nie było możliwości, by w parę lat stracili rodzimy. W wypowiedzi co rusz bez przyczyny wplatali niezrozumiałe dla nas niemieckie słowa, choć za Odrą niejeden tamtejszy Turek lub Marokańczyk zawstydziłby ich znajomością niemieckiego. Generalnie na każdym kroku dawali nam odczuć, że oni są już kimś innym (czytaj: lepszym).

Obecnie polscy gastarbeiterzy już nieco ochłonęli i da się z nimi normalnie porozmawiać, za to kompleks niższości widać wśród mieszkańców Polski. Naszym narodowym sportem jest śledzenie tego, jak Niemcy przedstawiają Polaków – jeśli tylko zrobią to niewłaściwie, rozpoczyna się wirtualna burza.

Każdy komentarz niemieckiego polityka dotyczący polityki Polski jest pieczołowicie wychwytywany, opisywany w prawicowych pismach i okraszany komentarzem, że oto znów Niemcy wtrącają się w nasze sprawy. Nie przeszkadza to tym samym osobom nieustannie komentować niemiecką politykę imigracyjną albo wyśmiewać liberalizm współczesnych Niemek i Niemców. Nic tak nie rozgrzewa polskiej dumy jak wspomnienia nielicznych zwycięstw nad Niemcami albo przeżywanie jeszcze rzadszych zwycięstw nad niemieckimi drużynami sportowymi. Mimo to na polskich ulicach dominują niemieckie pojazdy, bo przecież nie będziemy jeździć „francuzem”, a najpopularniejszym modelem wśród polskich patriotów jest Volkswagen Golf.

Nic więc dziwnego, że w krajowej publicystyce od lat głównym celem politycznym Polski jest kultowe „dogonienie Niemców”. Polska sieć pełna jest artykułów, które przedstawiają przeróżne scenariusze tego procesu i wskazują najbardziej prawdopodobny termin zrównania naszego PKB na głowę z niemieckim. Polskie płace nieustannie porównywane są z niemieckimi, a niemiecki model ekonomiczno-społeczny jest stawiany za wzór racjonalności i gospodarności. Głównym pytaniem, które trapi polską wspólnotę, jest więc: „kiedy będziemy tak bogaci jak Niemcy?”.

Sukces bez zwycięstwa

W niedawnym wywiadzie Grzegorza Sroczyńskiego dla Gazety.pl dr Maciej Grodzicki już w pierwszym swoim zdaniu stwierdził, że „nie będziemy Niemcami”, a na pytanie, czy nasz kraj kiedyś ich dogoni pod względem rozwoju gospodarczego, odpowiedział krótko, że nie.

Trudno się z tym trzeźwym spojrzeniem nie zgodzić, nawet jeśli te tezy są wiadrem zimnej wody wylanym na nasze rozpalone dumą głowy. Powojenna historia gospodarcza pokazuje, że dogonienie krajów bogatych przez biedne jest piekielnie trudne i w zasadzie nikomu się to jeszcze nie udało. Co najwyżej niektórym udało się wyrwać z biedy.

Prawdopodobnie największym „cudem gospodarczym” w historii był skok cywilizacyjny Korei Południowej, rozpoczęty w latach 60. Korea Południowa w błyskawicznym tempie stała się krajem średnio rozwiniętym i w kolejnych latach wciąż utrzymywała znakomity wzrost, z małą przerwą na „kryzys azjatycki” z 1997 r.

Skok ten był okupiony gigantycznymi wyrzeczeniami Koreańczyków, których dyscyplina i zdolność do poświęceń są zupełnie nieporównywalne z charakterem Europejczyków. Koreańczycy wciąż pracują zdecydowanie najwięcej wśród mieszkańców krajów rozwiniętych, ale dzięki agresywnej polityce przemysłowej są gigantami eksportowymi. Ich produkty są rozchwytywane, a marki takie jak LG, Samsung czy Hyundai zna każdy na Zachodzie. Jednak mimo dekad wielkich poświęceń i sukcesów Korea Południowa wciąż pod względem PKB per capita liczonego według parytetu siły nabywczej (PSN) jest 11 tysięcy euro za Niemcami, a poziomem dochodów przypomina raczej Izrael i Czechy, a nie Danię czy Holandię.

Skoro dogonienie Niemiec przez ponad pół wieku nie udało się nawet niezwykle karnym, pomysłowym i pracowitym Koreańczykom, to trudno przypuszczać, by mogła tego dokonać dużo bardziej anarchiczna i egoistyczna Polska. W 2006 r. nasz PKB na głowę (według tego samego wskaźnika PSN) był na poziomie 44 proc. niemieckiego, a w 2017 r. 56 proc. Nadgoniliśmy więc 12 punktów procentowych przez dekadę z okładem, choć był to okres nieustannego wzrostu nad Wisłą, a Niemcy mieli w tym czasie kilka lat z recesją lub stagnacją.

Nadrabianie pozostałych 44 punktów procentowych będzie coraz trudniejsze. Z uwagi na naszą pozycję w globalnym łańcuchu wartości koniunktura w Polsce jest silnie związana z sytuacją gospodarczą w Niemczech, więc ewentualne problemy Niemiec dotkną i nas. Nie mamy Samsunga ani Hyundaia, żeby samodzielnie podbijać światowe rynki. Mamy za to szereg poddostawców dla niemieckich koncernów, którzy potrafią tę rolę świetnie wykorzystywać, ale w razie ograniczenia zamówień od niemieckich kontrahentów automatycznie ich dochody spadną. Jak w sytuacji tak bliskich powiązań wygenerować o tyle większy wzrost, żeby nadrobić nasze zapóźnienie?

Oczywiście można marzyć, że niedługo doczekamy się naszych rodzimych czempionów, dzięki czemu nie będziemy musieli już liczyć na niemieckie zlecenia. Tylko że ostatnio w tym obszarze notujemy głównie zawiedzione nadzieje. Nasza chluba narodowa, czyli producent pojazdów szynowych Pesa, wpadła w takie tarapaty, że musiała zostać znacjonalizowana. Inny nasz diament rodowy, czyli Solaris, został sprzedany Hiszpanom. Nawet w stosunkowo prostej sprzedaży detalicznej spotkała nas przykra niespodzianka w postaci upadku sieci Piotr i Paweł. Potrafimy robić niezłe gry komputerowe, meble, okna czy jachty, ale te branże nie przyniosą tyle kapitału, ile czołowi producenci samochodów czy elektroniki.

Czas więc stanąć w prawdzie i pogodzić się z faktem, że Niemiec nie dogonimy nigdy. Ale dobra wiadomość jest taka, że wcale nie musimy ich dogonić, żeby uczynić życie w kraju nad Wisłą szczęśliwszym.

Kanadyjski znak jakości

Po inspirację wystarczy rzut oka za ocean. Poziom rozwoju gospodarczego liczony jako PKB na głowę wcale nie przesądza o poziomie życia. Kanada jest pod tym względem wyraźnie biedniejsza od USA – różnica między nimi to 13 tys. dolarów (między Polską a Niemcami 20 tys.). Kanada nie posiada też czołowych globalnych koncernów, a mimo to mało który Kanadyjczyk marzy o uczynieniu ze swojego kraju drugich USA. To raczej Amerykanie miewają kompleksy wobec Kanadyjczyków, chociażby z powodu ogólnodostępnej, sprawnie działającej służby zdrowia. Wszystkie kompleksowe wskaźniki dobrobytu społecznego pokazują, że to w Kanadzie żyje się lepiej.

Według najpopularniejszego, czyli Human Development Index (HDI), Kanada wyprzedza USA o jedno oczko, choć w tym wskaźniku poza PKB na głowę brane są pod uwagę tylko dwa inne czynniki – średnia długość życia oraz wskaźnik skolaryzacji. Dużo bardziej kompleksowy jest Better Life Index OECD, który mierzy poziom życia aż w 11 obszarach, a na każdy z nich składa się kilka dodatkowych wskaźników. Także według OECD życie w Kanadzie jest na wyższym poziomie niż w USA, choć zarówno pod względem dochodów, jak i miejsc pracy to te drugie wyraźnie górują. Kanada wyprzedza za to USA w niemal wszystkich ważnych dla życia obszarach (poza warunkami mieszkaniowymi): jest tam lepiej pod względem edukacji, bezpieczeństwa, stanu środowiska, aktywności obywatelskiej, relacji społecznych, możliwości łączenia pracy z życiem prywatnym, satysfakcji z życia i oczywiście poziomu zdrowia publicznego.

Doskonałym przykładem tego, że PKB na głowę nie przesądza o poziomie życia w kraju, jest też… Polska. Choć pod względem PKB per capita zajmujemy 45 miejsce, to wskaźnik HDI plasuje nas na 33 miejscu na świecie. Wyprzedzamy chociażby dużo bogatsze od nas kraje arabskie. Także według Better Life Index wyprzedzamy niektóre zamożniejsze od nas kraje, np. opisywaną wyżej Koreę Południową oraz Portugalię, a niewiele brakuje nam do Włochów. Choć w poziomie dochodów wypadamy fatalnie, ciągną nas w górę edukacja oraz bezpieczeństwo, które są na poziomie najlepszych. Nieźle wypadamy też w poziomie zdrowia, za to dużo gorzej w warunkach mieszkaniowych czy stanie środowiska.

Innym krajem, w którym poziom życia jest wyraźnie wyższy niż wskazywałby na to PKB na głowę, jest Słowenia. Według Better Life Index pod względem poziomu życia ten alpejski kraj niewiele ustępuje Francji, choć pod względem PKB na głowę traci do niej aż 10 tys. dolarów. Słoweńcy również fatalnie wypadają pod względem dochodów, za to pod względem warunków mieszkaniowych, edukacji, zdrowia i bezpieczeństwa są w ścisłej światowej czołówce.

Życie zamiast wzrostu

Niski PKB na głowę jest główną przyczyną fatalnych warunków życiowych w krajach ubogich, jednak od pewnego poziomu przestaje on wywierać kluczowy wpływ na ogólny poziom życia. Gdy dochody coraz większej części społeczeństwa są już odpowiednio wysokie, ich wzrost przestaje być realnie odczuwalny. Kate Pickett i Richard Wilkinson w Duchu równości określili ten poziom na 20 tys. dolarów na głowę. To było jakąś dekadę temu, ale nie wydaje się, żeby obecnie próg ten był wyższy niż 30 tys. dolarów.

W 2018 r. PKB na głowę w Polsce wyniósł 32 tys. dolarów, więc najpewniej przekroczyliśmy już granicę, poza którą inne czynniki wpływają na poziom życia w większym stopniu niż poziom rozwoju gospodarczego. Oczywiście to wcale nie znaczy, że powinniśmy zupełnie machnąć ręką na doganianie pod względem PKB zachodu Europy. Czas jednak wreszcie zatroszczyć się o te obszary, które rzeczywiście decydują o tym, jak dobrze nam się żyje. Przez lata otaczaliśmy kultem wzrost gospodarczy, napędzani mrzonką o „dogonieniu Niemców”, tymczasem kluczowe usługi publiczne leżały odłogiem. Nakłady na służbę zdrowia są w Polsce jednymi z najniższych w UE, komunikacja zbiorowa na prowincji niemal nie istnieje, podobnie jak mieszkalnictwo komunalne. Zresztą cały sektor publiczny jest koszmarnie niedoinwestowany, czego efektem kolejne protesty grup zawodowych.

Gdybyśmy podnieśli dochody finansów publicznych do poziomu średniej unijnej (czyli z 41 proc. PKB do 45 proc.), nasz sektor publiczny zyskałby ok. 80 mld złotych co roku. Za taką kwotę można podnieść finansowanie służby zdrowia do 6 proc. PKB, wyraźnie podnieść zarobki nie tylko nauczycieli, ale też pracowników socjalnych, sądowych, szeregowych urzędników i wielu innych grup, których dochody od lat nie nadążają za ogólnym wzrostem płac, wprowadzić program mieszkaniowy z prawdziwego zdarzenia, a nie atrapę, rozwinąć komunikację zbiorową w całym kraju i rozpocząć podpinanie do centralnego ogrzewania wszystkich budynków ogrzewanych piecami powodującymi smog.

Czy ten wzrost podatków obniżyłby poziom wzrostu PKB? Być może, ale co z tego, skoro skorzystałby na tym nasz poziom życia? Oczywiście najmniej zarabiający Polacy wciąż potrzebują wzrostu dochodów, ale wprowadzenie silnej progresji podatkowej obniżyłoby ich daniny publiczne, a więc podniosło płace netto. A ci zamożniejsi, którzy pokryliby ten wzrost dochodów budżetowych, realnie nawet by tego nie odczuli, bo w ich przypadku dochody przestały być kluczowe.

Może w ciągu dwóch dekad uda nam się osiągnąć PKB na głowę na poziomie 90 proc. średniej unijnej. Do Niemiec wciąż tracilibyśmy więc ponad połowę obecnego dystansu. Tylko że w kraju z czystym powietrzem, sprawnymi usługami publicznymi i niskimi nierównościami nikt poważny tym faktem nie powinien się przejmować. Być może ucierpiałaby duma narodowa szczególnie rozgorączkowanej patriotycznie części społeczeństwa, ale to świadczy tylko o tym, że coś jest nie tak z tą dumą.

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.