Kraj

Kobiety są karane za posiadanie dzieci

To kara finansowa, jednak w wolnorynkowym kapitalizmie to jeden z najgorszych wymiarów kary. Nic więc dziwnego, że do macierzyństwa jakoś przesadnie się nie palą.

Jeśli ktoś nie do końca rozpoznaje różnice między konserwatywną a socjaldemokratyczną polityką socjalną, to właśnie nadarzyła się okazja, by te braki nadrobić. Dokładnie rzecz biorąc, na przykładzie polityki prorodzinnej zaprezentowanej przez PiS w Polskim Ładzie oraz Lewicę podczas niedawnej konwencji programowej. W Polskim Ładzie sztandarowym konkretem dla rodzin z dziećmi jest Kapitał Opiekuńczy, czyli mechanizm finansowy zapewniający łącznie 12 tys. zł dla rodziców dzieci między 12. a 36. miesiącem życia. Miałby on być wypłacany co miesiąc przez okres dwóch lat, mówimy więc o dodatkowym 500+ dla rodziców dzieci w wieku żłobkowym.

To odpowiedź partii rządzącej na faktyczny problem luki opiekuńczej, jaka występuje między ukończeniem przez dziecko pierwszego i trzeciego roku życia. Do ukończenia przez dziecko pierwszego roku rodzice, choć w praktyce  niemal wyłącznie matki, mogą korzystać z urlopu rodzicielskiego. Gdy on się kończy, pojawia się problem. Dostęp do tanich miejsc w żłobkach w większości gmin jest fatalny, więc mama nie ma jak wrócić na rynek pracy.

Organizacja sieci dostępnych żłobków to skomplikowane zadanie, zamiast tego więc polskie państwo woli wypłacać „ekwiwalent” za opiekę nad maluchem. Przypomina to nieco kapitulację w zakresie polityki mieszkaniowej, w której również partia rządząca przyznała się do imposybilizmu, tak wcześniej piętnowanego u poprzedników, i zamiast budować tanie mieszkania na wynajem, zamierza po prostu ułatwić dostęp do kredytu.

Lewica ma nieco inną odpowiedź na problem „luki opiekuńczej” − skoro nie ma miejsc w żłobkach, może po prostu utwórzmy miejsca w żłobkach. A dokładnie 200 tys. nowych miejsc.

Właśnie tym Lewica różni się od PiS

Różnica jest więc fundamentalna – Lewica zamierza oprzeć politykę prorodzinną na usługach publicznych, natomiast PiS chce kontynuować politykę transferową, według której rodziny same sobie spożytkują pieniądze wedle uznania.

Oczywiście świadczenia pieniężne dla rodzin same w sobie mają szereg zalet – bez wątpienia przyczyniają się chociażby do poprawy dobrostanu dzieci. Niestety w ostatnich latach mogliśmy się przekonać, że ich wpływ na dzietność jest mocno przereklamowany. Za to żłobki sprawdzają się całkiem nieźle.

Hojna Polska

Efekt 500+ dosyć szybko się wypalił. Początkowo nadwiślański wskaźnik dzietności wzrósł całkiem przyzwoicie – z 1,3 w 2015 r. do 1,5 w 2017 r. Problem w tym, że od 2018 zaczął znów spadać i obecnie wynosi nieco ponad 1,4. We Francji wskaźnik dzietności to niecałe 1,9, natomiast w Danii i Szwecji 1,7. Obywatelki i obywatele zlaicyzowanych państw Europy Zachodniej i Północnej znacznie chętniej posiadają dzieci niż w konserwatywnej i katolickiej Polsce. Najwyraźniej bogoojczyźniane apele o poświęcenie się nie przekonują Polek do posiadania dzieci. Sprawne instytucje wydają się jednak skuteczniejsze. Oczywiście klasycznym prawicowym argumentem jest to, że w Europie Zachodniej nasprowadzali imigrantów i to oni obecnie się mnożą na potęgę. Jednak tej tezy nie da się łatwo obronić − w Niemczech (wskaźnik dzietności 1,5) to nie działa, choć Merkel podobno sprowadziła miliard imigrantów z Syrii. A w pełnej imigrantów Hiszpanii dzietność zupełnie leży (1,2) i jest obecnie najniższa w UE. Prawdopodobnie chodzi jednak o różnice w polityce prorodzinnej.

Pod względem ogólnych wydatków na politykę prorodzinną Polska wypada niezwykle wręcz szczodrze. W 2019 roku, a więc już po rozszerzeniu 500+ na pierwsze dziecko, wydawaliśmy na ten cel 2,8 proc. PKB, co było czwartym wynikiem w UE – po Danii (4,2 proc. PKB), Luksemburgu i Finlandii (3 proc.). Szwecja i Francja na politykę prorodzinną przeznaczają ok. 2,5 proc. PKB, a Niemcy i Austria po 2 proc.

Polska jest też bardzo hojna w zakresie urlopów macierzyńskich. Zapewniamy matkom, łącznie z urlopem rodzicielskim, 80 proc. wcześniejszej pensji przez 52 tygodnie od urodzenia dziecka, co daje ekwiwalent niecałych 42 tygodni pełnej pensji. To niemal tyle co Niemcy (43 tygodnie), choć mniej od Austrii (49 tygodni). W Danii młode matki na macierzyńskim mogą liczyć tylko na ekwiwalent wynagrodzenia za 27 tygodni pracy, natomiast w Szwecji za 35 tygodni. Francuzki mogą liczyć jedynie na urlop macierzyńsko-rodzicielski długości 43 tygodni, przy świadczeniu niższym niż połowa pensji, co daje ekwiwalent za ledwie 18 tygodni pracy. A jednak to Dunki, Szwedki i Francuzki decydują się na dzieci znacznie częściej niż Polki, Niemki i Austriaczki.

Oczywiście 32 tygodnie urlopu rodzicielskiego w Polsce może równie dobrze wybrać ojciec dziecka. Jednak w praktyce takie sytuacje są zupełnie marginalne. Na sto kobiet będących na urlopie rodzicielskim przypada jeden mężczyzna. W związku z tym niektóre państwa zmodyfikowały urlopy rodzicielskie w taki sposób, by część mógł wybrać jedynie ojciec. Tak jest właśnie np. w Szwecji, gdzie dla mężczyzny zarezerwowanych jest 13 tygodni urlopu rodzicielskiego ze świadczeniem wysokości trzech czwartych pensji. W Austrii dla ojca zarezerwowane jest dziewięć tygodni za trzy czwarte pensji.

Dzięki temu rozłożenie ciężarów opieki nad dzieckiem w pierwszych miesiącach życia nie spoczywa jedynie na matce. Większość państw UE jak na razie tego rozwiązania jednak nie stosuje, wprowadzając co najwyżej dodatkowe krótkie urlopy ojcowskie (np. w Polsce to dwa tygodnie). To powinno się zmienić już niedługo, bo w 2023 roku, gdy wejdzie w życie dyrektywa nakładająca obowiązek rezerwacji przynajmniej dwóch miesięcy z urlopu rodzicielskiego jedynie dla ojca.

Świadczenia świadczeniom nierówne

Najwyraźniej pieniądze przeznaczane na politykę prorodzinną można spożytkować w różny sposób. Można je po prostu przekazać rodzinom lub zaoferować im usługi publiczne, głównie w zakresie instytucjonalnej opieki nad najmłodszymi. Nad Wisłą przyjęliśmy ten pierwszy model i to w dość radykalnej formie. Aż 75 proc. nakładów na politykę prorodzinną przeznaczanych jest na świadczenia pieniężne. Podobnie, choć na nieco mniejszą skalę, jest w Austrii i Niemczech, gdzie na transfery przeznacza się odpowiednio 70 i 60 proc. wydatków na politykę prorodzinną. We Francji transfery odpowiadają za połowę wydatków, natomiast w Szwecji i Danii jedynie za 40 proc.

Szwedki, Dunki i Francuzki nie mogą więc liczyć na szczególnie hojne świadczenia, jednak bez większych problemów mogą oddać malucha pod opiekę na czas pracy. We Francji instytucjonalną opieką objętych jest prawie 60 proc. dzieci do dwóch lat. W Danii 55 proc., a w Szwecji prawie połowa. W Niemczech już jedynie jedna trzecia najmłodszych dzieci korzysta z instytucjonalnej opieki, w Austrii tylko jedna piąta, natomiast w Polsce ledwie jedna dziesiąta.

Szwedki, Dunki i Francuzki mogą więc szybko wrócić na rynek pracy i kontynuować swoją aktywność zawodową. Dlaczego to w ogóle jest ważne? Ponieważ każdy rok poświęcony na opiekę nad dzieckiem oznacza gorszą sytuację ekonomiczną i zawodową kobiety. Młode matki czasem na kilka lat wypadają z rynku pracy, przez co pomijane są w podwyżkach i awansach, cierpi na tym ich staż pracy liczący się do emerytury oraz doświadczenie. Wracając do pracy po przerwie związanej z wychowaniem dziecka, zaczynają czasem nawet od zera, a zwykle od poziomu, na którym są znacznie młodsi od nich koledzy. Mówimy więc o zjawisku „child penalty”, czyli karze za dziecko. Chodzi o długotrwały, bardzo wyraźny spadek dochodów matek względem tego, co mogłyby zarabiać, gdyby na dziecko lub dzieci się nie zdecydowały.

Fejfer: Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo macierzyństwo różnicuje szanse na rynku pracy

Kobiety są więc zwyczajnie karane za posiadanie dzieci. Co prawda chodzi o karę finansową, jednak w wolnorynkowym kapitalizmie to jeden z najgorszych wymiarów kary. Nic dziwnego, że się do tych dzieci jakoś przesadnie nie palą. Nie dość, że zdecydowana większość obowiązków związanych z opieką spadnie na nie, to jeszcze w długim terminie będą znacznie mniej zarabiać.

Rozwinięte usługi opiekuńcze pozwalają więc Szwedkom i Dunkom szybko wrócić do pracy. Oczywiście one również są karane, ale nieco mniej surowo. Tak wynika z badania Child penalties across countries, w którym grupa ekonomistów przyjrzała się karom za dzieci w kilku państwach, w tym w Szwecji, Danii, Austrii i Niemczech.

W pierwszych 12 miesiącach po narodzeniu dziecka wynagrodzenia Dunek i Szwedek wyraźnie spadają, ale później względnie szybko odbijają. W perspektywie 10 lat Dunka traci jedną piątą swoich zarobków względem tego, co mogłaby zarabiać, gdyby nie zdecydowała się na macierzyństwo. Szwedka traci jedną czwartą, więc nieco więcej, ale wciąż jeszcze niedramatycznie. Inaczej jest w przypadku Austriaczek i Niemek. Ich pensje głęboko nurkują w ciągu pierwszych 12 miesięcy od narodzenia dziecka, a odbicie następujące w drugim roku jest niemrawe. W perspektywie 10 lat dochody Austriaczek są niższe o połowę od potencjalnych, a Niemek aż o 61 proc.

Jak jest nad Wisłą, dokładnie nie wiemy. Można jednak przypuszczać, że kara za dziecko w Polsce jest nawet wyższa niż w Niemczech i Austrii. Skorygowana płciowa luka płacowa w Polsce (17 proc.) jest przecież około dwukrotnie wyższa niż w obu państwach (Niemcy 8 proc., Austria 9 proc.).

Antynatalizm późnego kapitalizmu

Przez długi czas wydawało się, że wystarczy po prostu zapewnić młodym matkom ryczałt za wychowanie dziecka, by je skłonić do macierzyństwa. Właśnie dlatego państwa na świecie wprowadzały coraz dłuższe urlopy macierzyńskie, a następnie świadczenia na dzieci, czasem bardzo hojne. Dokładnie ten model postanowiła zastosować również Polska. W ostatnich latach w radykalnej wręcz wersji. Postawiliśmy na bardzo hojne wypłacanie diet matkom za wychowanie dzieci, tymczasem okazało się, że to niespecjalnie działa.

Skoro „kara za dziecko” ma charakter finansowy, to dlaczego pieniądze rządowe nie są dla potencjalnych matek wystarczająco atrakcyjne? Ponieważ ich wysokość w żaden sposób nie rekompensuje spadku dochodów w długim terminie. Tym bardziej że świadczenia na dzieci są wypłacane maksymalnie przez 18 lat, tymczasem kobiety pozostają na rynku pracy jeszcze długo po osiągnięciu pełnoletniości przez ich potomstwo.

Idźcie na urlop, panowie!

Poza tym kara za dziecko nie wiąże się jedynie ze spadkiem dochodów, ale też gorszą pozycją zawodową i społeczną w ogóle. Młoda matka spada w hierarchii korporacyjnej, a co gorsza, zaczyna być zależna finansowo od partnera. W kapitalizmie to pozycja zawodowa jest źródłem prestiżu, a nie macierzyństwo – i nie zmieni tego nawet milion programów paraedukacyjnych w TVP Info. To pozycja zawodowa wpływa na to, w jakim miejscu drabiny społecznej jesteśmy i w jakiej klasie się znajdujemy, a nie posiadanie dzieci. Rezygnacja z prestiżu, jaki wiąże się z dobrą pozycją zawodową, w imię macierzyństwa, w sytuacji gdy wszyscy dookoła niezdrowo podniecają się bogactwem, ludzi fetuje się wyłącznie za ich osiągnięcia zawodowe, a sukces finansowy to synonim szczęścia − jest niemalże heroizmem.

Tak więc póki nie zmienimy systemu, w którym żyjemy, jesteśmy skazani na ujemny przyrost naturalny, gdyż kary za dziecko nie da się wyeliminować zupełnie. W późnym kapitalizmie wskaźnik dzietności państw rozwiniętych musi zmierzać, jeśli nie w kierunku zera, to przynajmniej w kierunku jedynki. Możemy na ten proces wpłynąć, tak jak robią to we Francji, Danii czy Szwecji. Należy po prostu ściągnąć z młodych matek jak najwięcej obowiązków opiekuńczych, żeby posiadanie dziecka nie ograniczało ich wolności oraz perspektyw zawodowych. Najprostszym sposobem jest wciągnięcie w opiekę nad dziećmi ojców i rozbudowa usług opiekuńczych.

Niewystarczająca zmiana na lepsze

Uczciwie trzeba przyznać, że w ostatnich latach zanotowaliśmy w tej kwestii postęp. Szczególnie w roku 2019. Według GUS liczba placówek opieki instytucjonalnej nad dziećmi do lat trzech wzrosła o 15 proc., a liczba miejsc w tychże placówkach nawet o 16 proc. Wskaźnik liczby podopiecznych wzrósł ze 105 do 124 na tysiąc. Tak więc opieką instytucjonalną jest obecnie objętych już ponad 12 proc. dzieci w wieku do lat trzech. Mowa nie tylko o żłobkach, ale też klubach dziecięcych.

Główna różnica jest taka, że w żłobku dziecko może przebywać 10 godzin, a czasem nawet dłużej, a klubie dziecięcym jedynie pięć godzin. Ten drugi jest więc opcją dla matek (lub ojców) pracujących na pół etatu. Przy czym i tak zdecydowaną większość placówek stanowią żłobki, które odpowiadają za 83 proc. placówek opieki nad najmłodszymi. Ten postęp, wyraźny, choć zdecydowanie niewystarczający, zaszedł głównie dzięki programowi Maluch+, który rozpoczęła jeszcze poprzednia koalicja (wtedy jeszcze jako Maluch), ale PiS go solidnie dofinansował.

Pandemia podrzuca kobietom dodatkowe argumenty, żeby nie rodzić dzieci

Problem w tym, że w Polsce nadal dominują placówki prywatne. Aż 78 proc. placówek opieki instytucjonalnej nad dziećmi do lat trzech należy do sektora prywatnego. Mowa głównie o małych podmiotach, prowadzonych przez osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą. Tymczasem placówki prywatne są zwykle kilkukrotnie droższe niż komunalne. Przykładowo w żłobku miejskim w Tychach opłata wynosi 220 zł miesięcznie + 6,50 zł za wyżywienie dziennie. W prywatnym żłobku w Tychach opłata miesięczna wynosi 500 zł plus 9 zł za każdy dzień z tytułu wyżywienia. To i tak nieźle – w stolicy ceny dochodzą nawet do ok. dwóch tysięcy. W 130-tysięcznych Tychach funkcjonuje jeden żłobek miejski. Tymczasem gdy byłem dzieckiem, tylko na moim osiedlu działały dwa – a osiedli w Tychach jest od A do Z. Można więc sobie wyobrazić, jaki regres w tej kwestii nastąpił od czasów PRL.

Czas na zmianę akcentów

Niestety w programie Polski Ład w kwestii żłobków partia rządząca nie zaproponowała właściwie niczego nowego. Zapowiedziała jedynie rozszerzenie programu Maluch+ o osobną ścieżkę dla dużych przedsiębiorstw, które będą chciały założyć żłobek dla dzieci swojej załogi. Oprócz tego PiS proponuje młodym rodzicom dodatkowe dwuletnie 500+, a także, uwaga, elastyczne zatrudnienie w sytuacji, gdyby nie mieli dostępu do żłobka.

Rządzący nie zadeklarowali stworzenia nowych miejsc, a sam program Maluch+ im tego nie umożliwia. On jedynie dofinansowuje tworzenie placówek opiekuńczych przez te podmioty (gminy i sektor prywatny), które z własnej woli o to zawnioskują.

Zaproponowany przez Lewicę projekt utworzenia przez państwo 200 tys. miejsc w żłobkach zwiększyłby ich liczbę ponad dwukrotnie. Oczywiście o ile byłby faktycznie zrealizowany.

Szczęśliwe macierzyństwo to pułapka na kobiety

Uruchomienie 500+ było bez wątpienia racjonalne. W sytuacji zbliżającego się kryzysu demograficznego i zupełnie niedomagającej polityki prorodzinnej należało działać szybko, a zaletą 500+ była właśnie prostota i krótki czas realizacji. Problem w tym, że PiS zafiksował się na transferach i brnie w nie dalej, czego wyrazem jest pomysł wprowadzenia Kapitału Opiekuńczego, choć już teraz nasza polityka prorodzinna jest przechylona w stronę świadczeń pieniężnych jak mało gdzie. Na program Maluch+ przeznaczamy rocznie ok. 450 mln zł. Na 500+ jakieś sto razy więcej.

Polska polityka rodzinna powinna gruntownie zmienić akcenty, niestety na to się raczej nie zanosi. W najbliższych latach liczba miejsc w placówkach opiekuńczych nad najmłodszymi nadal będzie niewystarczająca, a Polki nadal będą karane finansowo za posiadanie dzieci. Bo też warto sobie przyswoić, że 500+ nie jest wcale nagrodą za dziecko, lecz co najwyżej obniżeniem wymiaru kary.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij