Kraj

Walka klasowa na piłkarskich trybunach. Chuligani, czyli mała klasa panująca

Klasa chuliganów w wielu kwestiach ma decydujący głos i często wykorzystuje „klasę robotniczą”, czyli pozostałych fanów, którzy pracują na rzecz środowiska kibicowskiego – mówi Radosław Kossakowski, badacz kultury kibicowskiej w Polsce.

Joanna Wiśniowska: Artykuł Walka klasowa na piłkarskich trybunach. Chuligańska burżuazja i nie-chuligański proletariat powstała dzięki współpracy dwóch socjologów zajmujących się badaniem kultury kibicowania w Polsce, Mateusza Grodeckiego i twojej. Jak wam się udało połączyć marksistowską retorykę ze stadionowymi chuliganami?

Radosław Kossakowski: To był szalony pomysł, ale korzystaliśmy z tego, że teoretyczna rama marksistowska na Zachodzie nie wiąże się z takim ostracyzmem i kontrowersjami jak w Polsce. Wykorzystywana jest, bo od lat mówi się o komercjalizacji i utowarowieniu futbolu. Podkreślają to zwłaszcza badacze angielskiej Premier League. Piłka nożna to towar, a główny odbiorca, którym była klasa robotnicza, został pozbawiony tej rozrywki. Teoria Marksa mówi też o panowaniu jednej klasy nad drugą, a to funkcjonuje w futbolu i postanowiliśmy tę teorię wykorzystać. Nikt w Polsce wcześniej nie mówił o piłce nożnej w tym kontekście.

Kochając sport, kochasz kapitalizm

Na tym polega świeżość waszego badania?

Przyłożyliśmy ramę marksistowską do świata kibiców. Najczęściej mówi się o tym, że biznes żeruje na kibicach, ale my doszliśmy do wniosku, że w środowisku kibiców też jest taka mała klasa panująca, burżuazja. To klasa chuliganów, która w wielu kwestiach ma decydujący głos i często wykorzystuje tę „klasę robotniczą”, czyli pozostałych fanów, którzy pracują na rzecz środowiska kibicowskiego.

Oczami wyobraźni widzę polskich chuliganów, którzy dowiadują się, że zostali wtłoczeni w marksistowskie ramy…

W Polsce Marks nie jest popularny, ale my podchodzimy do tego analitycznie, po prostu mówimy o pewnym stosunku dominacji. To dobra rama interpretacyjna do opisywania pewnego zjawiska empirycznego. Tylko tyle i aż tyle.

Lewandowski jako produkt, kibice jako klienci

Co kontrolują chuligani, że są klasą burżuazyjną?

Przede wszystkim środki materialne. Znany jest casus kibiców Ruchu Chorzów, którzy w związku z wyjazdem na mecz finału Pucharu Polski mieli zysk ok. 100 tysięcy złotych. Ten zysk oczywiście nie został rozparcelowany na wszystkich kibiców, tylko trafił do kieszeni uprzywilejowanej garstki. Materialne kwestie to dystrybucja biletów czy gadżetów. W przypadku Wisły Kraków grupa chuliganów Sharks żyła z prowadzenia klubów sztuki walki, więc jeśli chciałeś trenować, dawałeś im zarabiać. Jak się potem okazało, mieli też kontrolę nad dystrybucją biletów. Chuligani monopolizują także rynek np. narkotyków. Ale jest też symboliczne panowanie, w wielu przypadkach ultrasi muszą uzgadniać oprawy z grupami chuligańskimi. Mamy więc do czynienia z hegemonią na wielu poziomach.

Jak bandyci przejęli Wisłę Kraków

Jak odróżnić ultrasa od chuligana?

Grupy chuligańskie są wyspecjalizowane i wytrenowane, bardzo dobrze znają sztuki walki, nie ma w ich strukturach przypadkowych osób. Ultrasi są zaangażowani w doping, machają flagami, ale często nie są wysportowani, nie mają szans w konfrontacji z chuliganami. Ci ostatni natomiast skupiają się na tych, którzy są wysportowani, bo tylko taki osobnik daje przewagę nad przeciwnikiem.

Jak doszło do rozwoju w Polsce ruchów chuligańskich? Wykorzystali brak zainteresowania państwa podczas transformacji?

Trochę tak. Po ’89 państwo nie kontrolowało sytuacji na stadionach. Pierwsza wersja ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych powstała w roku 1997. Przez lata była jednak martwa. Państwo z opóźnieniem zaczęło inwigilować to środowisko. Ale to także dlatego, że to bardzo hermetyczna grupa, która żyła swoim życiem i nie pchała się na afisze. Ich wybryki nie zaburzały życia państwa. Państwo miało inne priorytety, przecież trzeba było się zająć gigantycznym bezrobociem, a nie grupką agresywnych kibiców.

Kiedy problem chuliganów znalazł się na wokandzie społecznej?

Gdy rozpoczęły się działania wokół organizacji Euro 2012. Wówczas stało się to kwestią publiczną, w końcu szykowano święto piłki nożnej. Wtedy także dziennikarze zaczęli częściej pisać o problemie, przyglądać mu się. Był to akurat czas, kiedy profesjonalizacja chuliganów zaczęła nabierać tempa. Dzisiaj wydaje się w szczytowym momencie.

Na czym polegała ta profesjonalizacja?

Uregulowano pewne zachowania. Chuligani to bardzo scementowane grupy, z silnym naciskiem na trening, wymagają od swoich członków pełnego zaangażowania. Jest takie hasło kibiców Górnika Zabrze: „Nie jeździsz, nie ćwiczysz, to się nie liczysz”. Nie można być chuliganem stojącym przy budce z piwem. To nie jest grupka, w której możesz powiedzieć, że gdzieś nie jedziesz, bo ci się nie chce. Jest pewna granica i jeśli ją przekroczysz, nie masz możliwości wyjścia. W końcu w ten sposób zdobywasz pewne informacje o nielegalnej aktywności.

Funkcjonowanie chuliganów bardziej przypomina mafię czy wojsko?

Połączyłbym te dwie metafory. Wojsko, bo to oddział zhierarchizowany, są „generałowie” i grupa oddanych żołnierzy. Mafia, bo to częstokroć nielegalna struktura, która nie współpracuje z policją, obowiązuje w niej kodeks związany z karaniem fizycznym i wykluczeniem.

Poglądy mają znaczenie?

Idee polityczne nie są głównym elementem, który cementuje te grupy. Bardziej chodzi o interesy. Nigdy od żadnego z chuliganów nie usłyszałem, że rekrutowano go na podstawie poglądów. Ale przypuszczam, że skoro ktoś odnajduje się w tak zhierarchizowanej strukturze, to jest pewnie osobą o konserwatywnych poglądach, takiej osobie jest łatwiej.

Piłka nożna to coś więcej niż rozrywka

Po marszach niepodległości mówi się o chuliganach walczących z policją. To chuligani ze stadionów sportowych się tam pojawiają?

Słowo „chuligan” kojarzymy z występkami chuligańskimi. Natomiast biorąc pod uwagę to środowisko, im nieszczególnie zależy na braniu aktywnego udziału w takich wydarzeniach. Przecież mogą zostać zwinięci przez policję, a to ryzyko, że „wyjdzie” coś dodatkowego. Oczywiście to nie znaczy, że kibiców tam nie ma, ale w większości to ultrasi, którzy poszukują wrażeń ulicznych, czegoś, czego na stadionach już nie ma, tego dreszczu adrenaliny, konfrontacji, walki z systemem. Chuligani mają za dużo do stracenia.

Co, jeśli ktoś doniesie na innego chuligana?

Rozmawiałem z byłym chuliganem Cracovii. Kiedyś z kolegą napadli na kibica Wisły, który zgłosił atak na policję. I ten mój rozmówca stanął przed dylematem, czy chce trafić do więzienia. Nikogo nie wsypał, ale poszedł na współpracę z policją. W środowisku kibicowskim był jednak skończony. Ludzie wyzywali go na ulicy, a jak raz poszedł na stadion Cracovii, to szybko musiał stamtąd uciekać. Na kilka miesięcy przeprowadził się do anonimowego mieszkania. Są przypadki kibiców pobitych przez innych kibiców za to, że poszli na policję. To nie tylko jest uważane za dyshonor, ale zagraża także działalności grupy. Gdyby wyszło na to, że ktoś miał cokolwiek wspólnego z policją, to koniec. Liderzy grup chuligańskich nie mogą sobie pozwolić na odstępstwa od reguły. Muszą pokazać siłę i zdecydowanie, żeby utrzymać ludzi w szachu.

Dlaczego to dla wielu młodych atrakcyjne grupy?

Szczególnie dotyczy to młodych mężczyzn, którzy wchodzą w dorosłość. Stają się członkami grupy, dostają telefon, nierzadko pierwsze pieniądze. Jest w tym wszystkim element solidarności, który może być pociągający. Jest też perspektywa szybkiego awansu, poczucia, że jest się elitą, że ma się władzę. Dla wielu to awans społeczny.

Jest jakiś kryzys w rekrutacji?

Środowisko kibicowskie zasadniczo ma z rekrutacją problem, a pandemia koronawirusa go spotęgowała. Trudno jest zaangażować młodych ludzi, którzy mają dziś tyle rozrywek do wyboru. Do tego to specyficzna grupa, w której musisz kogoś słuchać, nie ma w niej demokracji, większość młodych tego nie kupuje. Ale to dotyczy kibicowania w ogóle, nie tylko chuliganów.

W tej grupie jest potencjał obywatelski? Mówi się, że chuligani to bojówki PiS-u.

Za każdym razem, gdy to słyszę, mówię – poczekajmy i sprawdźmy. Nawet w ilościowych badaniach PiS jest na trzecim czy czwartym miejscu ich sympatii politycznych. Przed PiS jest Ruch Narodowy, Konfederacja, Kukiz, antysystemowcy. Są jeszcze bardziej na prawo niż PiS.

Po co im futbol?

To jeden z ostatnich bastionów tradycyjnie postrzeganej męskości. Nikt tam nie mówi, co jest politycznie poprawne i jakiego języka należy używać. Grupa kibicowska daje ujście takiej plemiennej męskości. Kobiety są tam szanowane, ale na męskich warunkach. Skoro kobiety wchodzą, to nie ma tam innej kobiecości niż ta definiowana przez mężczyzn. Hasło: „nasze trybuny, nasze zasady” działa wielowymiarowo. To daje poczucie kontroli, władzy, czegoś, co części mężczyzn wymyka się w wielu społecznych obszarach w związku z emancypacją kobiet.

**

dr hab. Radosław Kossakowski – socjolog, profesor Uniwersytetu Gdańskiego. Zajmuje się socjologią sportu z naciskiem na świat piłki nożnej i kultury kibicowania. Wraz z drem Mateuszem Grodeckim z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie są autorami publikacji Class wars among devoted football supporters. Hooligan bourgeoisie and non-hooligan proletariat (Walka klasowa na piłkarskich trybunach. Chuligańska burżuazja i nie-chuligański proletariat), która ukazała się w piśmie „Soccer & Society”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Joanna Wiśniowska
Joanna Wiśniowska
Dziennikarka
Dziennikarka związana z „Gazetą Wyborczą Trójmiasto” i „Wysokimi Obcasami”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, newonce.sport i magazynie „Kopalnia. Sztuka Futbolu”.
Zamknij