Kraj

Sadura: Polacy dzielą się na klasy, ale to nie klasy dzielą Polaków

Tak się jakoś złożyło, że jeśli ktoś w Polsce umie grać w klasy, to PiS. Lewica ma intelektualistów, którzy wyrośli na teoriach klasowych, a mimo to zupełnie tego nie potrafi – mówi Przemysław Sadura.

Jakub Majmurek: Na fali dyskusji o Polskim Ładzie do debaty publicznej wróciło pojęcie klasy średniej i spór o to, co ono właściwie znaczy. Zanim cię jednak o to zapytam, powiedz, proszę, jak właściwie nauki społeczne rozumieją dziś pojęcie klasy społecznej?

Przemysław Sadura: Nie ma jednej definicji klasy w nauce, są co najmniej trzy tradycje myślenia o klasach. Pierwsza, wywodząca się od Marksa, klasę traktuje jako stosunek do środków produkcji. Najprościej mówiąc: z jednej strony mamy klasę właścicieli kapitału, z drugiej proletariat zmuszony do sprzedaży swojej pracy na rynku. To ciągle żywa tradycja, choć oczywiście uwzględniająca wszystko to, co zmieniło się od czasów Marksa: np. rozproszony akcjonariat i sprzeczne pozycje klasowe czy prekaryzację pracy.

Druga tradycja wywodzi się od Maxa Webera. Przez klasy rozumie grupy, które mają podobne szanse na sprzedaż swoich kompetencji na rynku pracy. Kontynuują ją współczesne badania stratyfikacyjne – dzięki nim możesz wyznaczyć sobie rozkład zarobków, decyle dochodowe i stwierdzić, że np. ci, którzy zarabiają powyżej mediany, są klasą średnią, a dolny decyl jest podklasą.

Trzecia tradycja wywodzi się od Pierre’a Bourdieu. Ona pokazuje, że klasa społeczna to nie tylko to, jak funkcjonujemy na rynku pracy, ale też to, jak uczestniczymy w życiu. Klasa to coś, co każdy z nas nosi w sobie. Każdy z nas ma habitus klasowy, czyli rodzaj „programu”, który sprawia, że wybieramy raczej wartości, postawy, estetykę klasy, do której przynależymy, a nie jakiejkolwiek innej. To podejście szczególnie dobrze opisywało powojenne zachodnie społeczeństwa ze stabilnymi rynkami pracy – tak do lat 80. XX wieku. Różni teoretycy, jak Luc Boltanski, próbują je przenieść do realiów gospodarek rynkowych zmienionych przez neoliberalną rewolucję.

Każda z tych trzech tradycji inaczej zdefiniowałaby klasę średnią.

Kto w Polsce jest klasą średnią? Wyjaśniamy

Która z tych tradycji najlepiej nadaje się do opisania współczesnego polskiego społeczeństwa?

Po roku ’89 roku pojęcie klasy było wyegzorcyzmowane z nauk społecznych w Polsce. To moje pokolenie socjologów pracowało, żeby je przywrócić. Dziś wraca do niego nawet główny nurt socjologii, najczęściej w stratyfikacyjnym sensie. Myślę, że klasowość w Polsce opisuje przede wszystkim szereg paradoksów. Najważniejszy paradoks jest taki, że Polacy dzielą się na jasne klasy, ale na razie to nie klasy dzielą Polaków.

To znaczy?

Możemy powiedzieć w Polsce o klasach w ujęciu weberowskim, podzielić społeczeństwo według tego, jakie kto ma szanse na rynku pracy. Ale już z opisem marksowskim jest ciężej. Chodzi w nim przecież nie tylko o stosunek do środków produkcji, ale także świadomość własnej pozycji klasowej. Tymczasem w Polsce klasa i interesy klasowe nie są czymś uświadomionym, czymś, co generowałoby konflikt społeczny.

Jak to? A co działo się po ogłoszeniu Polskiego Ładu? Klasa średnia powiedziała: „zaraz, zaraz, a dlaczego to my właściwie mamy za to zapłacić?”.

Tak, ale samo pojęcie klasy średniej też jest czymś bardzo zmitologizowanym.

No właśnie, co właściwie znaczy „klasa średnia”? Jak byś ją dziś zdefiniował w Polsce?

Nie jest to łatwe pytanie, zwłaszcza dla socjologa. Po ’89 roku na pewno funkcjonujemy w Polsce w ramach tego, co zachodnia socjologia nazywa społeczeństwem klasy średniej. Czyli takim, w którym klasa średnia uważana jest nie tylko za centralną i najważniejszą klasę, ale także obejmującą niemal całe społeczeństwo – wszystko, co mieści się między wykluczonymi a wąskimi elitami. Jest to szczególnie widoczne w Stanach, gdzie prawie każdy powie o sobie, że jest klasą średnią.

W Polsce z kolei zawsze uważaliśmy, że jest tylko jedna klasa. W wyobrażonej wizji historii wszyscy należeli do szlachty. Poza intelektualistami nikt nie utożsamia się w Polsce z chłopami pańszczyźnianymi. W PRL w jakimś sensie wszyscy należeli do klasy robotniczej, to była tak pojemna kategoria, że mieściła się w niej też np. inteligencja pracująca. Teraz, w III RP wszyscy należą do klasy średniej. Nikt o sobie nie powie, że jest proletariuszem, bardzo mało ludzi powie, że należą do klasy wyższej. Klasa średnia to najbezpieczniejsza identyfikacja.

Klasa średnia nie jest chyba jednak wyłącznie kwestią autoidentyfikacji?

Jakby chcieć do tego podejść nie od strony wyobrażeń, ale twardych interesów, to trzeba by zacząć od historii. W Polsce były i są liczne klasy średnie, choć nie było nigdy klasy średniej w takiej formie, w jakiej wyewoluowała ona na Zachodzie – mieszczaństwa, które zajmowało się handlem, potem produkcją, tworzyło administrację publiczną rozwijających się państw narodowych i firm prywatnych, zasilało szeregi wolnych zawodów. Ta grupa była nieobecna przez długie trwanie polskiego feudalizmu. Funkcje mieszczaństwa pełniły w nim inne nacje. Pokazuje to Leder w Prześnionej rewolucji: to dopiero w PRL, po dwóch transpasywnych rewolucjach, okupacji niemieckiej i stalinizmie, pojawiła się pustka społeczna, którą zapełniać zaczęła nowa klasa średnia, zajmując pozycje społeczne, jakie na Zachodzie pełniło mieszczaństwo, a więc urzędników, oficerów, lekarzy itd. Ale to ciągle nie była ta sama klasa średnia co na Zachodzie.

Gdzieś od lat 60. ci, którzy awansowali w strukturze społecznej, zaczęli zabezpieczać swoje klasowe interesy. Widać to choćby w ograniczaniu dostępu do studiów i awansu przez edukację. Okrzepnięcie klasy średniej osłabiło mobilność społeczną charakterystyczną dla początków Polski Ludowej.

To z PRL wywodzi się nasza klasa średnia?

Tam tworzy się jej zalążek: wśród ludzi, którzy byli częścią „ludu pracującego”, ale nie do końca – pracowali umysłowo, bardzo wyraźnie przeżywali swoją inność, np. wobec proletariatu fabrycznego, ale też „prywaciarzy” i „badylarzy”. Choć z czasem zaczęli się upodabniać przez wzory konsumpcyjne do tych ostatnich.

Dziś też kryterium pracy umysłowej jest decydujące?

Pracy umysłowej wymagającej pewnych minimalnych kompetencji. We współczesnej gospodarce mamy całą grupę osób, która nie pracuje fizycznie w fabryce, jest zatrudniona w sektorze usług, ale nie wykonuje tam prac wymagających specjalnych umiejętności.

Odważ się być średnim!

Drugie ważne dziś kryterium przynależności do klas średnich to stabilna praca przynosząca dochody na odpowiednim poziomie. Co ciekawe, dziś w Polsce sektorem, który tworzy najwięcej takich miejsc pracy, jest administracja publiczna. Faktyczna klasa średnia w Polsce jest przede wszystkim klasą średnią sektora publicznego, choć to pracownicy korporacji i prywatni przedsiębiorcy odpowiadają jej stereotypowemu wyobrażeniu.

Przy okazji dyskusji o Polskim Ładzie premier Gowin zdefiniował klasę średnią jako osoby zarabiające między 6 a 10 tysięcy złotych brutto miesięcznie. Wywiązała się dyskusja, czy to nie za duża albo nie za mało. Z tego, co ty mówisz, klasa średnia i osoby średnio zarabiające w danym społeczeństwie to jednak nie to samo.

Nie, to nie to samo. Do powiedzenia, że mamy do czynienia z klasą średnią w twardym sensie, konieczna jest też autoidentyfikacja oraz dwa kryteria, o których przed chwilą mówiłem: sposób wykonywania pracy oraz osiągany zarobek. Co jednak najważniejsze, klas średnich jest wiele. Można je podzielić według różnych kryteriów. Na przykład na starą, sięgającą PRL, a nawet wcześniej klasę średnią i nową, już z czasów III RP. Na klasę średnią sektora publicznego i prywatnego. Wreszcie w ujęciu stratyfikacyjnym, w zależności od dochodów i pozycji społecznej – na niższą i wyższą klasę średnią.

Jak ten ostatni podział można by przyłożyć do Polski? Kto byłby paradygmatycznym przedstawicielem niższej i wyższej klasy średniej?

Niższa klasa średnia to np. nauczycielka i pielęgniarka. Wykonują stabilną pracę, postrzegają siebie jako część zupełnie innego świata społecznego niż klasa ludowa. Pielęgniarka patrzy z podobnym dystansem na salową, z jaką na nią patrzy znajdujący się w tej stratyfikacji wyżej lekarz. Z kolei wyższa klasa średnia to będą np. lekarze, zarząd średniego szczebla w firmach, prawnicy, inne wolne zawody.

Co znajduje się poniżej klasy średniej? Często mówi się o podziale na klasę wyższą, średnią i ludową. Czemu „ludową”, a nie niższą? To wynika z politycznej poprawności, lęku przed powiedzeniem: żyjemy w społeczeństwie, gdzie jest klasa niższa?

Pojęcie jest taką kalką z francuskiego (classe populaire). To określenie faktycznie trochę pełni funkcję eufemizującą w opisie podziałów społecznych, stosujemy je, by nie mówić o klasie niższej. Wspólnie z Maćkiem Gdulą wprowadziliśmy je do polskiej socjologii, co się przyjęło. Jaka była alternatywa? Określenie „klasa robotnicza” było obciążone dziedzictwem PRL i nie wchodziło w grę. Bardziej pojemne określenie „klasa pracująca” nie pasowało do opisu potransformacyjnego społeczeństwa polskiego, gdzie wyznacznikiem wykluczenia z klasy średniej był przez długi czas brak pracy. Stąd klasa ludowa.

Jaki jest świat klasy ludowej?

Znów, to nie jest jedna klasa ludowa, a bardziej klasy ludowe. Mamy starą klasę ludową: robotników i rolników, ale też nowe: wspomniane już osoby wykonujące usługi niewymagające wysokich kwalifikacji, takie jak kasjerzy w marketach, osoby na słuchawce w call center, pracownicy wielkich centrów logistyczno-spedycyjnych. Od klas średnich klasy ludowe odróżnia sposób pracy, niezbyt wysokie dochody, do pewnego stopnia styl życia. Klasy ludowe cechuje pewna ludyczność, zabawowość, podejście do kultury jako czegoś, co ma dostarczać wręcz cielesnej przyjemności, przeżywanej wspólnotowo. Choć opisując klasy przez style życia, łatwo popaść w stereotypy w rodzaju: klasa ludowa to disco polo, klasa średnia to rock, a klasa wyższa to muzyka symfoniczna. Tak jest tylko do pewnego stopnia.

Co ogranicza klasę średnią od góry? Innymi słowy, co wyróżnia klasę – a może klasy – wyższe? Mamy w ogóle w Polsce mocno oddzielone od reszty społeczeństwa klasy wyższe?

Na pewno praktycznie nie mamy starych klas wyższych, nasze klasy wyższe są nowe. Arystokracja nie przetrwała wojny i komuny jako klasa wyższa.

Jesteś z klasy wyższej? Dodaj lekarza do znajomych. Nie? Gnij w kolejce

Trochę po ’89 roku się zreprywatyzowała.

Ale to są wciąż niedobitki. Mamy nową klasę wyższą z list miliarderów i milionerów. To osoby, które skorzystały na przemianach gospodarczych i politycznych, uwłaszczyły się, wykorzystały różne swoje zasoby, z politycznymi na czele, by zbudować ekonomiczną przewagę. Dziś, niezależnie od tego, jak te osoby zarobiły pierwszy milion, zgromadziły tyle zasobów, że ich pozycja ekonomiczna jest bardzo pewna. Mamy też już drugie pokolenie nowej klasy wyższej, które dziedziczy lub wkrótce odziedziczy majątki rodziców. Nie jest to jednak taka klasa wyższa jak w miejscach, gdzie kapitalizm i akumulacja kapitału trwały nieprzerwanie przez kilka stuleci. Tam mamy ludzi dziedziczących kapitały od wielu, wielu pokoleń.

Pytanie jednak, czy klasa wyższa ogranicza się w Polsce do listy 100 najbogatszych rodzin i okolic? Co zrobić np. z wysoko wykwalifikowanymi specjalistami, wolnymi zawodami? Czy świetnie zarabiający lekarz albo prawnik to jeszcze wyższa klasa średnia czy już klasa wyższa?

Najlepiej zarabiający lekarz przestanie móc zarabiać, gdy np. rozłoży go wylew. A jego poduszka chroniąca przed pauperyzacją nie jest wcale tak bardzo gruba.

Jakaś jest. Pewnie ma część oszczędności ulokowanych w takich aktywach jak jedno, drugie czy trzecie mieszkanie, które może łatwo upłynnić. Nie straci od razu pozycji społecznej, choć trudniej będzie przekazać ją dzieciom.

Czasami wskazuje się, że klasy wyższe od innych odróżnia to, że posiadają kapitały przynoszące dochody pozwalające żyć co najmniej na poziomie wyższej klasy średniej. Klasa wyższa jest wolna od konieczności sprzedawania swojej pracy. Przekonuje cię taka definicja?

Być może to jest jakiś pomysł na kryterium. W myśl tej definicji większość naszych specjalistów nie byłaby klasą wyższą. Tak zdefiniowana klasa wyższa byłaby bardzo wąska w Polsce, a jeszcze węższa byłaby ta, którą nazywa się czasami overclass. To grupa osób zdolnych z racji swoich zasobów żyć poza państwem i sektorem publicznym. W Wielkiej Brytanii jest niemało rodzin, gdzie od niepamiętnych czasów nikt nie chodził do szkoły państwowej, tylko do drogiej, mogącej kosztować kilkadziesiąt tysięcy funtów za semestr szkoły prywatnej. W Londynie są całe dzielnice, gdzie praktycznie nikt nie jest edukowany w sektorze publicznym. Najważniejszym wyznacznikiem statusu w Wielkiej Brytanii nie jest to, czy skończyłeś Oksford albo Cambridge – bo tam są studenci bardzo różnego pochodzenia klasowego – ale to, jaką szkołę średnią. U nas tego na razie nie ma. Takie szkoły jak warszawska Akademeia, gdzie czesne potrafi sięgać kilkunastu tysięcy miesięcznie, to wciąż bardzo niewielka nisza. U nas wyznacznikiem klasy wyższej i coraz częściej wyższej klasy średniej jest raczej posłanie dziecka na studia za granicę.

Mówiłeś, że ludzie dzielą się w Polsce na klasy, ale klasy nie dzielą ludzi. Nie wiem, szczerze mówiąc, czy się zgadzam. Czy ostatnie sześć lat to nie jest okres klasowej polityki? Budowania sojuszu klas ludowych z niższymi warstwami klas średnich przeciw wyższej klasie średniej i temu, co ponad nią? Nie było tego widać w sporach o Polski Ład?

Trochę tak jest. Tak się jakoś złożyło, że jeśli ktoś w Polsce umie grać w klasy, to PiS. Lewica ma intelektualistów, którzy wyrośli na teoriach klasowych, a mimo to zupełnie tego nie potrafi. PiS skutecznie użył klasowości, ale w bardzo specyficzny sposób – odwołujący się nie do wartości, tylko do odruchów, nie do interesów, ale do potrzeb.

Weźmy reformę szkolnictwa. Reformy edukacji w PRL i III RP były inspirowane przez inteligencję, która chciała zrobić coś w interesie klas ludowych. Ich reformy naruszały interesy klas średnich, a przynajmniej zwiększały szanse osób z klas ludowych na emancypację przez edukację. Robiły to wszystko dla ludu, a nie z ludem i lud bardzo często odrzucał te reformy. PiS zagrał inaczej: odwołał się nie do interesów, ale potrzeb. Skoro ludzie nie lubią gimnazjów, to je zlikwidujemy. Nie chce wysyłać do szkół sześciolatków, to cofnijmy reformę.

Miliarderzy się bogacą, reszta biednieje. Czas na podatek majątkowy?

PiS buduje też swój sojusz klasowy bardzo niekonsekwentnie. On np. nie obejmuje niższej klasy średniej sektora publicznego. Trudno powiedzieć, by PiS próbował do swojej koalicji dokooptować nauczycielki. Ale już służby mundurowe jak najbardziej.

Podsumowując: faktycznie klasy zaczynają mieć znaczenie w polskiej polityce, ale ciągle nie są jedynym czynnikiem ją określającym. Nie jest tak, że PiS wygrywa wyłącznie na wsi i wśród osób z wykształceniem podstawowym. Chociaż widać, że z wyborów na wybory podąża za pewną wizją sojuszu klas ludowych i niższych klas średnich. W sensie elektoratu znacznie bardziej klasową partią niż PiS jest sejmowa Lewica – jest bardzo wyraźnie partią klasy średniej i to raczej nie jej niższych warstw.

Z czego wynika to, że Lewica ma tak, jak nazywa to profesor Flis, „patrycjuszowski” elektorat?

W dużej mierze jest to efektem tego, że Lewica skupiła się na kwestiach światopoglądowych i kulturowych. One są oczywiście ważną częścią lewicowej agendy, ale nie powinny jej wyczerpywać. Jeżeli te kwestie są w dodatku podawane w sposób, który jest trudny do zaakceptowania dla szerokich mas ludowych – a te w Polsce są dość konserwatywne – to Lewica ogranicza sobie możliwości dotarcia z ekonomicznym programem do potencjalnie nim zainteresowanych wyborców. Największy paradoks i problem lewicy w Polsce polega na tym, że ma elektorat, którego sama nie bardzo chce, a fantazjuje o elektoracie, który jej nie chce.

Jak Lewica mogłaby budować sojusz różnych klas do realizacji swojego programu?

Poprzez dostarczenie jakiejś wersji nowoczesnego welfare state.

To da się zrobić, nie posiadając władzy?

PiS zaproponował 500+, gdy nie miał władzy. Gdy zdobył władzę, wprowadził ten program i wygrał kolejne wybory. Trzeba mieć alternatywę, która przyciągnie ludzi. Hegemonia 500+ się powoli wyczerpuje i pojawia się pytanie „co dalej”. Model skandynawski zakładałby, że budujemy państwo, które oferuje usługi publiczne wysokiej jakości, zdolne usatysfakcjonować potrzeby klasy średniej. Z publicznym lekarzem, który byłby atrakcyjną alternatywą dla LUX MED-u. Publiczny transport musi się kojarzyć raczej z podróżą samolotem niż marszrutką. Dobrym przykładem jest metro – to jest usługa zaprojektowana pod klasę średnią. Jeśli lewica chciałaby powalczyć o sojusz klas ludowych i części średnich, to przez rozbudowę pakietu usług publicznych. Z badań, które robiliśmy ze Sławkiem Sierakowskim, wynika, że elektorat, jaki lewica dziś ma, nie zaakceptuje rozwiązań w stylu „500+, ale bardziej”.

Usługi publiczne mogą być faktycznie tak atrakcyjne dla ludowych wyborców PiS, by porzucili partię, która daje im do ręki transfery?

Barierą jest brak zaufania do państwa i instytucji publicznych. Ci ludzie skorzystaliby z usług publicznych, pytanie jednak, czy potrafią zaryzykować i zaufać, że państwo tu sobie poradzi. Do tej pory państwo polskie zawodziło, nie dostarczało usług na odpowiednim poziomie. PiS dał ludziom wróbla transferów, którego trzymają w garści. Usługi publiczne to ciągle gołąb na dachu. Trzeba by ludziom dać gołębia na tacy – to jest wielkie wyzwanie i zadanie Lewicy.

***

dr hab. Przemysław Sadura – socjolog i publicysta. Wykładowca na Wydziale Socjologii UW. Kurator merytoryczny Instytutu Studiów Zaawansowanych Krytyki Politycznej. Założyciel Fundacji Pole Dialogu. Bada relacje między państwem i społeczeństwem w obszarach funkcjonowania różnych polityk publicznych. Autor książki Państwo, szkoła, klasy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij