Kraj

Za mundurem seksizm murem. Jak Polki walczą z dyskryminacją w służbach?

W mizoginistycznym, zhierarchizowanym układzie, jaki panuje w służbach mundurowych, można wszystko tak załatwić, by oskarżenia noszące nawet najbardziej skrajne znamiona mobbingu, molestowania uszły sprawcom płazem. Przykład? Policjantce, matce trojga dzieci, wydano polecenie służbowe: „zrobić loda”. Jego autorowi choćby włos spadł z głowy? Rozmowa z Katarzyną Kozłowską, prezeską #SayStop − pierwszej w Polsce fundacji walczącej z dyskryminacją kobiet w mundurach.

Paulina Januszewska: Kobieta w wojsku rozprasza, przeszkadza albo śmieszy – mniej więcej takie stereotypy padały w przywoływanej przez Agnieszkę Graff w Świecie bez kobiet jednej z dyskusji na antenie radia Tok FM. I audycji, i książce stuka w tym roku 20 lat. Czy pani zdaniem od tamtego czasu w kwestii równouprawnienia płci w służbach mundurowych cokolwiek się poprawiło?

Katarzyna Kozłowska: Niestety niewiele, zwłaszcza gdy mowa o mentalności. Powiedziałabym nawet, że w tej kwestii prawie nic nie zmieniło się od 100 lat. Ta smutna refleksja naszła mnie po lekturze artykułu o rekrutkach w Legionach Polskich oraz powołaniu Ochotniczej Legii Kobiet. Żołnierki nie były rzadkością w wojsku, ale też nie przyjmowano ich z otwartymi ramionami. Dzielnie walczyły o niepodległość, blisko 1400 z nich wzięło udział w Bitwie Warszawskiej. Robiły to, mimo że nie otrzymywały żołdu, wbrew woli ojców czy mężów, którzy niekiedy siłą „wyciągali” je z batalionu. Dziewczyny jednak chętnie udawały się na front, przechodziły pełen szlak bojowy, przywdziewając męskie – bo innych nie było – mundury, a często także ukrywając swoją płeć.

Piłsudskiemu się to nie podobało…

Marszałek nie dość, że oficjalnie zakazał kobietom służby w kierowanych przez siebie szeregach i ostro krytykował pomysł wkładania przez nie mundurów, to jeszcze przy wsparciu kleru i prawicowych organizacji uznających kobiety w wojsku za „niezgodne z naturą zjawisko” ostatecznie rozwiązał Ochotniczą Legię Kobiet i bezceremonialnie zwolnił legionistki, wręczając im wilczy bilet, pozostawiając je bez środków do życia i pozwolenia na dalszą służbę.

Niestety ich losy nie są wcale tak dalekie od współczesnych. Dobitnie pokazują, że w obliczu poważnych wyzwań, gdy potrzebna jest mobilizacja, na kobiety w armii patrzy się nieco przychylniejszym niż zwykle okiem, ale potem bardzo szybko wracają skostniałe, mizoginistyczne przyzwyczajenia, które nawet dziś każą myśleć, że do wojska czy innych służb idą rozluźniające obyczaje, moralność i dyscyplinę chimery albo próżniaczki.

Potrzebujemy więcej herstorii, by zadać temu kłam?

Na pewno tak. Chciałabym doczekać czasów, w których autorzy podręczników przestaną udawać, że udział kobiet w działaniach wojennych ograniczał się do opatrywania ran i gotowania zupy bohaterskim mężczyznom. Pomijane w oficjalnym dyskursie karty historii pokazują bowiem jasno, że kobiety sprawdzały się doskonale w różnych rolach, ale to nie wystarcza, ich czyny muszą jeszcze znaleźć uznanie w oczach mężczyzn. Mężczyźni tymczasem często traktują ich działania jedynie jako dodatek do męskich osiągnięć. Przykładowo Aleksandra Zagórska nie była przedstawiana jako dowódczyni Legii, tylko matka poległego Lwowskiego Orlęcia. Z własnego doświadczenia wiem natomiast, że dokonań kobiet nie tylko się nie docenia, ale celowo je przemilcza.

Dlaczego?

Żebyśmy przypadkiem nie przestały się starać, nie myślały, że możemy dorównać mężczyznom, i znały swoje podrzędne miejsce. Gdy wraz z zaledwie kilkoma innymi kobietami zaczęłam służbę w GROM-ie – to była końcówka lat 90. – nikt nie mówił, że w jednostce pojawiały się już żołnierki z wielkimi sukcesami, że któraś z nich była pilotką, inna negocjatorką, że działały w rozpoznaniu i ratowały szkolenia znajomością angielskiego. Przeciwnie – zatajano to przed nami, mówiąc: „były wprawdzie przed wami jakieś baby, ale one do niczego się nie nadawały. Wy może macie szansę coś osiągnąć, ale pod warunkiem, że będziecie naprawdę ciężko harować”. „Ciężko” oznaczało często dwa razy ciężej niż faceci na tych samych stanowiskach. Okazało się, że pracowałam z wybitnymi kobietami, ale jestem przekonana, że nasze następczynie słyszały dokładnie to samo.

Że kobiety nadal się nie sprawdzają?

Owszem. Ta niewiara w nasze możliwości jest domyślna, systemowa i rzadko kiedy podważana. W GROM-ie powstał nawet zespół kobiet. Opatrzono go literą D, którą nieoficjalnie rozwija się do poniżającej nazwy „dupy”. Tymczasem do armii czy policji nie idą przypadkowe osoby, ale zdeterminowane, nastawione na rozwój i wyzwania kobiety o ponadprzeciętnych psychofizycznych cechach. Niestety w polskiej policji nie przewidziano dla kobiety nawet munduru generalskiego. Szydło wyszło z worka w 2016 roku przy pierwszym i jedynym mianowaniu kobiety na ten stopień, więc już takimi szczegółami daje się nam do zrozumienia, jak fatalnie jesteśmy postrzegane.

W historii Wojska Polskiego mamy tylko dwie kobiety, które odznaczono tym stopniem, i to dopiero, gdy były w już bardzo sędziwym wieku. Dowództwo okrętu Marynarki Wojennej kobiecie po raz pierwszy udało się objąć zaledwie pięć lat temu. Ale jak mamy się temu dziwić, skoro szkoły wojskowe otworzyły się dla nas dopiero w 1999 roku?

Wojna i pokój. Armia i gender

Nie da się jednak zaprzeczyć, że zainteresowanie kobiet pracą w mundurze wzrasta.

Bardzo mnie to cieszy, choć ta liczba rośnie wolno i nieadekwatnie do przygotowania organizacyjno-kulturowego jednostek i zmian w anachronicznym sposobie myślenia. Obawiam się też, że dopóki przewaga liczebna mężczyzn – ogółem, jak i na wysokich stanowiskach – znacząco nie zmaleje, służby mundurowe pozostaną hermetycznym, mizoginistycznym środowiskiem, które manipuluje mniejszością i narzuca jej własne reguły gry. Od razu uprzedzę ewentualne kontrargumenty – nie, te reguły nie mają w sobie nic ze zdrowej dyscypliny, za to wiele kobiet zmuszają do przejścia przez piekło, o czym nie mówi się głośno.

Dlaczego?

Bo wszędzie panuje niepisana zasada, by nie wynosić „brudów” poza resort. Zupełnie jak w przemocowych domach – wszystko ma zostać w rodzinie. Kobietom trudno się przebić ze swoją narracją, bo w armii stanowią niecałe 8 proc. Najwięcej pracuje ich w straży granicznej i policji. Ale – co ciekawe i przerażające jednocześnie – w tej ostatniej dochodzi do największej liczby nadużyć. Tak przynajmniej wynika ze zgłoszeń, które otrzymuje nasza fundacja #SayStop.

Polskie służby mundurowe potrzebują swojego #MeToo?

Tak, trafniej nie da się tego ująć. #MeToo jest ruchem oddolnym, który zwrócił uwagę opinii publicznej na molestowanie i nadużycia, pozwolił ofiarom odzyskać głos, pokazując, że swojego ciężkiego bagażu doświadczeń nie muszą dźwigać same.

Nasza fundacja – również działająca oddolnie – nie tylko chce nagłośnić te tematy, ale powiedzieć wreszcie „dość” nadużyciom w resortach siłowych, gdzie dyskryminacja i agresja są przykrą codziennością. Pomagamy kobietom ze wszystkich służb – więziennej, granicznej, straży pożarnej, wywiadu wojskowego, ale też współpracujemy z kobietami z Lasów Państwowych, które co prawda nie podlegają Ministerstwu Obrony, ale też noszą mundury i muszą walczyć z nierównościami. Nie bez kozery podkreślamy, że jesteśmy pierwszą i jedyną taką organizacją w Polsce. Trudno mówić to jednak z dumą. Uważam za wstyd i hańbę fakt, że kraj, który od 1999 roku jest w NATO, od 2004 w UE nie zapewniał dotąd kobietom w mundurach ani jednego organu wspierającego ich prawa.

Rada do spraw kobiet się nie sprawdza?

To organ głównie opiniodawczy, niepodejmujący w tej sprawie konkretnych działań. Nie chcę jego członkiń całkowicie dyskredytować, bo wiem, że będąc w służbie, wykonują polecenia przełożonych, wystarczy wejść na ich oficjalną stronę, by zobaczyć, czym się zajmują – np. długością munduru. Tymczasem Joanna Jałocha, która namówiła mnie do założenia fundacji, razem ze mną ją tworzy i sama padła ofiarą mobbingu i molestowania w żandarmerii, od trzech lat walczy w sądach o sprawiedliwość, nie otrzymała od nich wsparcia. Z dużym trudem przychodzi mi więc bronienie tej instytucji.

#SayStop powstała kilka miesięcy temu i od razu uruchomiła lawinę zgłoszeń. Z jakimi problemami mierzą się wasze podopieczne?

Te historie są bardzo różne, a my do każdego przypadku staramy się podchodzić indywidualnie. Niemniej jednak schematy przemocowych i wykluczających kobiety, ale nie tylko, działań mężczyzn, w tym przełożonych, są podobne i powtarzalne. Mamy do czynienia z klasycznym i systematycznym mobbingiem, molestowaniem seksualnym, nierównym traktowaniem, przemocą, utrudnianiem awansu i zwykłym chamstwem. W armii, gdzie służyłam prawie 20 lat, spotykamy się z podobnym klimatem.

Co to znaczy?

Nie unikniesz tam końskich zalotów. Przyjmując je, jesteś traktowana jak dziwka, odrzucając – jeszcze gorzej. Do tego, wchodząc w szeregi wojskowe czy policyjne, kobiety od razu dostają łatkę słabszych fizycznie. Mężczyźni uważają, że skoro same się tam pchają, to hermetyczne, zmaskulinizowane i zhierarchizowane środowisko może im dyktować dowolne warunki. A żołnierka czy strażniczka – jako silna przecież kobieta – nie powinna się skarżyć, tylko mężnie znosić wszystko, również podlane siermiężnym, szowinistycznym sosem nadużycia.

Budowanie potwora. Portret mobbera

czytaj także

Budowanie potwora. Portret mobbera

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska

Czy w tej chwili system zapewnia jakiekolwiek narzędzia ochrony osobom, które zgłaszają mobbing albo inne zdarzenia?

Nie. Niestety w ustawach regulujących pracę służb brakuje pragmatycznych przepisów dotyczących zakazu mobbingu, molestowania i nierównego traktowania. Nie ma ujednoliconych procedur postępowania w takich sytuacjach ani przeciwdziałania im. Państwo nie zapewnia też wsparcia psychologicznego ani prawnego. Nie chroni nas Kodeks pracy.

Jak to?

Takim samym zdumieniem zareagował na tę wieść Radosław Sikorski, który w naszej sprawie napisał list do Europarlamentu. Różnica polega na tym, że w służbach pełni się właśnie jednak służbę, a nie świadczy pracę, bo każdemu dowódcy zależy na w pełni dyspozycyjnym i zaangażowanym żołnierzu. To podejście uderza oczywiście nie tylko w kobiety, jednak to one zazwyczaj najsilniej odczuwają skutki obecnego porządku prawnego, który zawodzi np. w przypadku macierzyństwa.

W jaki sposób?

W tej chwili wśród podopiecznych mamy kilka żołnierek, które zostały zwolnione po prawie 10 latach służby, bo zostały matkami. Przysługiwała im jedna godzina na karmienie, a do tego przepis zakazujący wysyłania ich na poligony, w domyśle: „masz dziecko, to wypad, bo my jesteśmy w pełni sprawni, a ty niedomagasz”. Poza tym osoby zgłaszające jakąkolwiek skargę są narażone na bardzo wiele odwetowych zachowań.

Co dokładnie je spotyka?

Przede wszystkim ostracyzm ze strony kolegów i przełożonych. Wytacza się im wycieńczające psychicznie postępowania dyscyplinarne, zarządza przeniesienia, oddelegowania do miejsc oddalonych o setki kilometrów od domu, obcina dodatki do pensji, obniża ocenę i opinię służbową, nie przyznaje awansów. Zbyt często upominanie się o sprawiedliwość i pomoc kończy się wydaleniem ze służby. Czasem nawet drobne zażalenia są odbierane jako obraza majestatu przełożonego i kończą się dotkliwymi konsekwencjami. Kobiety wobec mobbera stoją zawsze na przegranej pozycji.

Dlaczego?

Bo okazuje się nim najczęściej ten, któremu są podległe lub jego dobry kolega. Nawet gdy potem sprawa trafia np. do prokuratury wojskowej czy sądu, panowie wzajemnie się kryją. Rzadko zdarza się ktoś, kto poklepie cię po ramieniu i powie: „jestem z tobą”. A jeśli już, to zaraz potem usłyszysz, że oficjalnie cię nie wesprze, bo ma rodzinę na utrzymaniu i nie może ryzykować, że go zwolnią. Poza tym męska lojalność chyba w żadnym innym środowisku nie jest tak silna jak w służbach mundurowych. Zupełnie jak w tym dowcipie, gdy mąż wraca do domu nad ranem i tłumaczy żonie, że grał u Staśka w karty. Zna pani?

Nie znam.

Żona dzwoni do tego kolegi, żeby sprawdzić, czy jej mąż mówił prawdę, a Stasiek na to: „Jak to był?! Siedzi i gra!”. Przedstawiciele służb mundurowych jak jeden mąż i jeden Stasiek twierdzą, że mobbing czy molestowanie to problemy marginalne, i mogą sobie tak mówić, bo nie prowadzą na ten temat żadnych statystyk.

Na apele, które płyną do MON, wiceminister Skurkiewicz odpowiada, że w ciągu 15 lat resort dostał pięć zgłoszeń i żadne z nich się nie potwierdziło. Wcale się temu nie dziwię, bo w kolesiowskim układzie można wszystko tak załatwić i tak rozstrzygnąć, by jakiekolwiek oskarżenia, noszące nawet najbardziej skrajne znamiona mobbingu, molestowania i działań przestępczych, uszły sprawcom płazem. Przykład? Policjantce, matce trojga dzieci, wydano polecenie służbowe: „zrobić loda”. Myśli pani, że jego autorowi choćby włos spadł z głowy?

Domyślam się, że nie.

Mało tego, jego kariera kwitnie, bo ma takie umocowanie polityczne, że jest nie do ruszenia. Powiem więcej, wobec każdej skarżącej stosuje się victim blaiming i w postępowaniu dyscyplinarnym to na nią, a nie oprawcę, szuka się haków. Bez trudu można je znaleźć, chociażby zarzucając jej, że nie wypełniła jakiegoś zbędnego formularza, którego nikt w danej jednostce nie stosuje. Takie historie są na porządku dziennym, bo niektórzy dowódcy traktują swoje jednostki jak prywatny folwark, a zaplecze rządowe i bardzo niedemokratyczne czasy im w tym sprzyjają. Nikt nie chce naruszać idealnego wizerunku służb. Gdy próbują to robić np. psychologowie chcący przeprowadzić ankietę na temat mobbingu wśród żołnierzy i żołnierek, spotykają się ze wściekłym protestem dowódców, którym niestety bezpośrednio najczęściej podlegają. Znany jest przypadek psycholożki, która po próbie realizacji takiej inicjatywy usłyszała, że pod okiem jej przełożonego „takie rzeczy się nie dzieją”, a potem dostała wypowiedzenie.

Kiedy policjant woli mężczyzn

Dwa lata temu po głośnych reportażach Onetu, który opisał historie podporuczniczki Joanny Jałochy i kapralki Karoliny Marchlewskiej, Tomasz Siemoniak, poseł PO i były minister obrony narodowej, zorganizował w sejmie konferencję na temat sytuacji kobiet w armii. Czy to przyniosło jakieś efekty?

Można powiedzieć, że z niej wynika powołanie #SayStop, bo podczas tego spotkania – jako przyszłe założycielki fundacji – miałyśmy okazję się poznać, a z czasem nawiązać współpracę z wieloma wspierającymi nas dziś podmiotami, jak Ashoka, Magovox, Fundacja Batorego, Niebieska Linia, Polskie Towarzystwo Antydyskryminacyjne czy Protect Our Defenders – amerykańską organizacją podobną do naszej, ale z większym doświadczeniem, z którego my dziś możemy czerpać pełnymi garściami. Bardzo dużo wsparcia dostałyśmy od komandorki Bożeny Szubińskiej, która zdecydowała się dołączyć do naszego zespołu. Systemowo nic się jednak nie zadziało.

Wierzy pani w to, że fundacji oprócz doraźnej pomocy kobietom uda się dokonać właśnie systemowych reform?

Przekonanie o takiej możliwości jest naszą siłą napędową, choć najbardziej chciałabym, żeby tego typu fundacje w ogóle nie musiały powstawać. W tej chwili #SayStop odrabia cudze lekcje. Wspieramy dziewczyny tam, gdzie powinno im pomagać państwo, które czyni je zakładniczkami patologicznego układu. Bierzemy na siebie odpowiedzialność za proces dochodzenia sprawiedliwości, zarówno w aspekcie finansowym, prawnym, jak i psychologicznym, bo to droga przez mękę na wielu płaszczyznach.

Ale bardzo ważne jest dla nas także odczarowanie tabu ciążącego na mówieniu o molestowaniu i mobbingu. Potrzebujemy szeroko zakrojonych kampanii społecznych, które obalą stereotypy. Wszyscy myślą, że kobiety w służbie to twardzielki. Owszem, ale nawet największemu twardzielowi da się tak przykręcić śrubę, że w końcu pęknie. I kobiety pękają, bo skala nadużyć jest ogromna. W ciągu zaledwie pół roku dostałyśmy kilkaset zgłoszeń. Codziennie dzwoni telefon, przychodzą maile. Wiadomości jest tak dużo, że ich brak mógłby oznaczać tylko to, że ktoś zhakował nam skrzynkę.

Jakich dokładnie zmian oczekujecie?

Jednym z postulatów fundacji jest nałożenie na państwo i poszczególne jednostki obowiązku przeprowadzania cyklicznych anonimowych badań. Z tym pomysłem uderzałyśmy już do różnych podmiotów, m.in. do Rzecznika Praw Obywatelskich, ale na realizację takich badań potrzeba pieniędzy, które z systemu trudno uzyskać. Na razie próbujemy pozyskiwać je na własną rękę – w zbiórkach. Jedyne znane mi badania na wniosek szefa MON przeprowadziło w 2009 roku Wojskowe Biuro Badań Społecznych. Badanie wykazano wtedy np., że spośród 140 żołnierek aż 30 proc. spotkało się w polskim wojsku z mobbingiem, z molestowaniem seksualnym prawie 6 proc., a z molestowaniem 12,6. Niestety nikomu nie zależy, by te problemy monitorować ani, tym bardziej, rozwiązać. Domagamy się też, żeby zapewnić opiekę prawną i psychologiczną pokrzywdzonym, bo na razie korzystamy z pomocy osób działających pro bono. Uważam, że MON powinien zatrudnić niezależną grupę specjalistów resortowych, którzy znają specyfikę służb. Chciałybyśmy też mieć możliwość opłacenia co najmniej kilku eksperckich etatów w fundacji.

Dlaczego to ważne?

Bo zanim prawnik cywilny czy karnista wdrożą się w sprawę, tracimy cenny czas i np. przegapiamy moment na odwołanie od decyzji komisji dyscyplinarnej czy sądu wojskowego. Niestety dziewczyny często zgłaszają się do nas po tym, jak już zostają wydalone ze służby, więc tempo działania jest tutaj niezwykle istotne. Wiem, że nie jesteśmy mile widziane, że mieszamy szyki obrońcom status quo, ale niech oni też zaczną wreszcie coś robić i powołają całkowicie niezależny organ, który będzie rozpatrywać skargi dotyczące dyskryminacji i przemocy.

bell hooks o #metoo: Patriarchat nie ma płci

Wprawdzie same zamierzamy wychodzić z niejedną inicjatywą ustawodawczą, ale bieżących spraw mamy już tyle, że powoli kończą nam się moce przerobowe. Zespół jest mały, inicjatywa świeża, wciąż się organizujemy, uczymy się wielu rzeczy, dlatego potrzebujemy wsparcia z zewnątrz.

Najbardziej zależy nam na ujednoliceniu procedur. Chcemy stworzyć obowiązujący wszystkie służby kodeks zachowań, czyli zbiór zasad postępowania w przypadku nadużyć, nad którym pracujemy obecnie z tuzami prawa i psychologii z kilku polskich uniwersytetów.

Czemu ma on służyć?

Uświadomieniu, że można zareagować, w jaki sposób reagować i gdzie ze swoim problemem się zgłosić. Mobbing czy molestowanie to zwykle procesy, nie jednostkowe zdarzenie. Nazwanie rzeczy po imieniu bywa bardzo trudne, zwłaszcza w nieprzychylnym temu środowisku. Wierzymy, że pigułka wiedzy w postaci kodeksu zadziałałaby jak instruktaż dla osób doświadczających tych trudności i pozwoliła im zidentyfikować niewłaściwe zachowania i łamanie przepisów oraz dowiedzieć się, czego nie może się wobec nich dopuszczać kolega czy przełożony. Że kiedy mężczyzna złapie za pierś, przygwoździ współpracowniczkę lub podwładną do ściany, rzuci ją na łóżko, obmaca, to nie jest czyn o – jak często orzekają sądy – niskiej szkodliwości społecznej. I kobiety – przyuczane do tolerowania molestowania od dzieciństwa – muszą się o tym dowiedzieć.

Czy w tym pomóc ma także budowanie kobiecej solidarności, o którą niełatwo w koszarach?

Zdecydowanie tak. Jedno z haseł, którymi się posługujemy, brzmi: „bądźmy razem, bo tej wojny nie wygramy same!”. Kobiety tak wiele wysiłku muszą włożyć w walkę o swoją pozycję i jej utrzymanie w służbach, że często po prostu zapominają o siostrzeństwie. Poza tym patriarchalna kultura nauczyła nas rywalizacji, a nie solidarności, więc mimo że w jednostce jesteśmy zwykle nieliczne, zdarzają się osoby, które wykluczają się same, nie nawiązują więzi, grają tylko na siebie. Wydawałoby się, że skoro jedziemy na tym samym wózku, wsparcie koleżeńskie powinno być oczywistością. Niestety tak nie jest, co w pewnym sensie wydaje się zrozumiałe również dlatego, że praca w wojsku czy policji psychicznie i fizycznie wykańcza.

Ale przecież o to właśnie chodzi – o wypranie człowieka z myśli i uczuć i uczynienie z niego mięsa armatniego. Myśli i uczucia wracają dopiero w bardzo trudnych sytuacjach lub po odejściu ze służby.

Co chciałaby pani powiedzieć tym kobietom, które wahają się, czy napisać do #SayStop?

Nie jesteście same. Nikt nie ma prawa odzierać was z godności i bycia kobietami. Chciałabym, żebyśmy wszystkie miały wysoko podniesione głowy, bo w końcu walczymy o równość swoich praw. Wiem, że wygrana jest wciąż daleko, bo według ekspertów z World Economic Forum równość ekonomiczną płci osiągniemy za 257 lat. Ale nie możemy się poddać, musimy się upominać o poprawę swoich losów, bo jestem przekonana, że gdyby świat był w większej mierze zarządzany przez kobiety, wyglądałby znacznie lepiej, zwłaszcza że – jak pisała Swiatłana Aleksijewicz – wojna nie ma w sobie nic z kobiety, lecz jest zabawą dla mężczyzn często uciekających od odpowiedzialności i życiowych problemów.

Ale to nie znaczy chyba, że kobiety mają omijać wojsko?

Dziś pozyskanie każdej dziewczyny i każdego chłopaka, którzy zgłaszają się do fundacji, jest na wagę złota, ma dużą siłę rażenia i daje efekt kuli śniegowej. Działamy niecały rok, a już osoby, które otrzymały od nas wsparcie, włączyły się w pomoc innym. Nie narzekamy, ale zakasujemy rękawy, bo może dzięki temu nie za 250, ale chociażby za 200 lat uda nam się dojść do równouprawnienia.

**
Katarzyna Kozłowska
– prezeska #SayStop, była policjantka, żołnierka, aktywistka i wojowniczka. Jedna z niewielu kobiet, które ukończyły kurs podstawowy w Jednostce Wojskowej GROM. W tej elitarnej formacji przesłużyła 18 lat. Weteranka wojny w Iraku.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij