Kraj

Trwają prześladowania kierowców. Michał Pol o masakrze na Saskiej Kępie

Uniemożliwienie parkowania w zabronionych miejscach spowodowało zupełny chaos w jednej z warszawskich dzielnic. Zdesperowani mieszkańcy muszą zabierać samochody do własnych domów, wystawiając na dwór dzieci i seniorów.

3 maja 2023 roku wielu komentatorów łączyło się w bólu z rodzinami uczniów zamordowanych w szkole w Belgradzie. Z kolei popularny dziennikarz sportowy Michał Pol postanowił pochylić się nad masakrą, do której doszło na Saskiej Kępie. W dość patetycznym wpisie zżymał się nad postawieniem słupków uniemożliwiających parkowanie na zatoczkach autobusowych i chodnikach. Czyli tam, gdzie według przepisów i tak nie można parkować.

Uprzywilejowana kasta kierowców

Ten brutalny czyn komunistycznego prezydenta Warszawy wprawił w osłupienie nie tylko mieszkańców, ale też stołeczny komentariat. „Ja szczęśliwie jestem posiadaczem garażu, ale sąsiedzi w desperacji. Po prostu nagle nie ma gdzie zostawić samochodu…” – alarmował Michał Pol. Inaczej mówiąc, uniemożliwienie parkowania w zabronionych miejscach spowodowało zupełny chaos w jednej z warszawskich dzielnic. Zdesperowani mieszkańcy muszą zabierać samochody do własnych domów, wystawiając na dwór dzieci i seniorów. Miejmy nadzieję, że przeżyją majowe nocne przymrozki.

Gdy człowiek myśli, że polscy samochodziarze osiągnęli już szczyt bezczelności, okazuje się, że dopiero się rozgrzewali. Zwykle mało komu przychodzi do głowy oburzać się, że władza stara się ograniczać liczbę przypadków łamania prawa. Nie dotyczy to kwestii związanych z ruchem drogowym – tutaj egzekwowanie przepisów jest dowodem na zbrodniczą działalność władzy opętanej przez progresywną ideologię. Marzeniem polskich kierowców są realia drogowe rodem z Azji Południowo-Wschodniej, a nie z nudnej i przesadnie uporządkowanej Europy Zachodniej.

Samochodziarze to jedna z najbardziej patologicznych grup interesu w Polsce. Nawet deweloperzy wykazują więcej społecznego wyczucia niż nadwiślańskie towarzystwo miłośników smrodzenia z rur wydechowych. Dilerom narkotyków bardziej leży na sercu zdrowie swoich klientów niż samochodziarzom komfort i bezpieczeństwo innych użytkowników dróg, parkingów i chodników. Zachowując szacunek wobec ofiar masakry na Saskiej Kępie, przyjrzyjmy się pięciu najbardziej szkodliwym cechom samochodowych fanatyków.

1. Radykalna hipokryzja kierowców

Każdemu zdarzają się przejawy hipokryzji, ale polscy autoholicy to absolutni mistrzowie niekonsekwencji. Z jednej strony przekonują, że jeżdżą bezpiecznie, a ogromna liczba wypadków drogowych i ich ofiar to skutek fatalnej infrastruktury, wina pieszych i rowerzystów. Ale gdy kilkukrotnie podniesiono stawki mandatów, wpadli w panikę, rozpaczając nad perspektywą rychłego bankructwa. Po zwróceniu uwagi, że mogą łatwo uniknąć tego scenariusza, stosując się do przepisów ruchu drogowego, wytykali komentującym brak prawa jazdy, zarzucali ignorancję i uleganie lewackiej propagandzie.

Kierowcy sami będą sobie winni podwyżki mandatów

Samochodziarze są wielkimi zwolennikami komunikacji zbiorowej, ale tylko wtedy, gdy jej nie ma. W rzeczywistości fatalny transport publiczny jest w ich interesie, bo wzmacnia argumenty za istnieniem przywilejów dla kierowców. Gdy na warszawskich ulicach pojawiły się nowe buspasy, dzięki którym pojazdy ZTM zaczęły jeździć punktualniej, co przyciągnęło nowych pasażerów, samochodowym lobbystom bardzo się to nie spodobało. Przypomnijmy, że jeszcze w 2015 roku mieszkańcami Saskiej Kępy wstrząsnęły plany budowy linii tramwajowej łączącej ich dzielnicę z Gocławiem.

2. Zastraszanie społeczeństwa

Samochodziarze walczą o swoje interesy za pomocą wymuszeń. Najczęściej robią to na drodze, wymuszając zjechanie na prawy pas, i to nawet wtedy, gdy pędzi nim tir. W Katowicach autoholicy doprowadzili do likwidacji buspasa na jednej ze śródmiejskich ulic. Czy dokonali tego, organizując demonstracje albo pisząc petycje? Oczywiście, że nie – po prostu udawali, że go nie widzą, i korzystali wedle upodobania.

Nie masz samochodu? Widocznie możesz sobie na to pozwolić

Nie chcąc, by społeczeństwu przyszło do głowy popieranie zmian, które mogłyby zaszkodzić komfortowi i swobodzie jazdy samochodem, sięgają też po metodę zastraszania. Gdy władze Warszawy zapowiedziały utworzenie miejskiej strefy czystego transportu, redaktor Łukasz Warzecha dosłownie zagroził im obrzuceniem gównem. Kiedy wprowadzano zmiany obejmujące przyznanie pieszym pierwszeństwa na pasach, samochodowy komentariat straszył setkami ofiar nowych przepisów. Panowie szosy bez żenady, mniej lub bardziej wprost, grozili nam przeprowadzeniem masowych rzezi na przejściach. Sam fakt, że posuwają się do takich spektakularnych szantaży, pokazuje, jak pewne siebie i butne jest to towarzystwo.

3. Maczyzm na czterech kołach

Dla samochodziarzy jazda autem nie jest tylko jednym ze sposobów przemieszczania się. To również okazja, by pokazać swoje cojones. Jeśli jedziesz wolno i zgodnie z przepisami, to znaczy, że nie masz jaj, więc zejdź mi z oczu i pasa. Wykorzystają nawet osiedlową uliczkę, by zaprezentować dynamizm swojej maszyny i sterroryzować mieszkańców rykiem silnika.

Popularność SUV-ów w Polsce to także objaw maczystowskiej specyfiki samochodziarskiej subkultury. Zdecydowanej większości właścicieli tych przerośniętych maszyn w zupełności wystarczyłby kompakt, ewentualnie rodzinne kombi. W tym przypadku wielkość pojazdu nie spełnia jednak funkcji użytkowej, tylko symboliczną – ma zademonstrować przewagę i dominację. Hegemoniczna klasa fanatyków czterech kółek daje w ten sposób do zrozumienia, że jest na samym szczycie hierarchii społecznej. Plebs porusza się trumnami na kółkach, zwycięzcy bezpiecznymi i idealnymi do taranowania innych SUV-ami.

4. Ideologizacja jazdy autem

Samochodziarze regularnie przestrzegają przed ekspansją lewackiej ideologii, która chce cichaczem zamienić miasta w miejsca przyjazne do życia, a sami zrobili z jazdy samochodem jedną ze swoich naczelnych wartości i oręż w wojnie ideologicznej. Wpisuje się to w szerszy kontekst niewiary w globalne ocieplenie, niezgody na progresywne zmiany w przestrzeni publicznej i sprzeciwu wobec ingerencji w ich odwieczny styl życia.

Dla tych fanatyków zalewanie baku do pełna to nie tylko wydatek – to koszt, który trzeba ponieść w walce z globalistami. Ich osobisty wkład w wielki projekt samochodowego dżihadu. Na tym froncie nawet konsumpcja steków i kiełbas nie może się równać ze spalaniem hektolitrów paliwa. Oszczędna jazda to zwyczajna dezercja. Samochodowy szahid powinien być wyposażony w paliwożerny pojazd, którym da odpór ekspansji postępu i zademonstruje przeciwnikom swoją wolę walki.

W starciu z takimi ideologami racjonalne argumenty, skupiające się na wzroście komfortu życia czy ograniczeniu zatłoczenia miast, nie mają żadnej siły przekonywania. Nie interesuje ich dostęp do tramwaju czy odkorkowanie ulic. Tu nie chodzi o możliwość podwiezienia dziecka do przedszkola czy zrobienie zakupów dla całej rodziny. Celem jest maksymalna swoboda korzystania z samochodu, nawet jeśli per saldo mobilność mieszkańców na tym ucierpi.

5. Skrajny egoizm

Chociaż znaczna część samochodziarzy deklaruje dumę z barw biało-czerwonych, obca jest im idea troski o współobywateli i dobro wspólne. Komfort pieszych czy rowerzystów obchodzi ich tak jak powodzie w Pakistanie albo kryzys żywnościowy w Sahelu. Zderzak samochodu wyznacza im horyzont zainteresowania światem. Niejeden polski kierowca bez problemu zaryzykuje życie innych użytkowników ruchu, jeśli tylko pomoże mu to szybciej dotrzeć na miejsce albo zaszpanować siedzącej obok partnerce. Poza nimi na drogach nie ma rodaków czy współobywatelek, tylko przeszkody, które najlepiej wyminąć. A jeśli się nie da, to jakoś zepchnąć.

Polscy kierowcy są bardziej śmiercionośni niż rak szyjki macicy

Spadek liczby ofiar na drogach w wyniku zaostrzenia przepisów nie stanowi dla nich większej wartości, jeśli kosztem jest konieczność wolniejszej lub ostrożniejszej jazdy. Matka z wózkiem dobrze wygląda na billboardach promujących wartości rodzinne, ale korona jej z głowy nie spadnie, jeśli będzie musiała przeciskać się z wózkiem między zaparkowanymi na chodniku pojazdami. To samo dotyczy schorowanych seniorek, które mają już dosyć wszechobecnego hałasu i tłoku przed kamienicą. Osoby starsze szanuje się od święta, gdy mogą opowiedzieć coś o powstaniu warszawskim albo sowieckim terrorze. Na co dzień niech się lepiej nie pchają przed maskę, bo nie zaznają litości.

Cóż w takiej sytuacji robić? To samo co dotychczas – kroczek po kroczku zmniejszać przywileje kierowców, wyrywać im przestrzeń publiczną metr po metrze, apelować do władz lokalnych o zwężanie ulic i poprawę bezpieczeństwa na chodnikach i pasach. Cywilizowanie polskich dróg to bieg długodystansowy, z licznymi przeszkodami. Na szczęście już wystartowaliśmy i żmudnie pokonujemy kolejny dystans, co widać nie tylko w policyjnych statystykach, ale też na miejskich ulicach, które stały się nieco spokojniejsze i bardziej uporządkowane. Większość kierowców do tych zmian się stosuje, co najwyżej czasem kręci nosem. Trzeba tu jasno podkreślić – nie każdy kierowca to samochodziarz. Samochodziarze to hałaśliwa mniejszość, którą trzeba zwyczajnie przegłosować.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij