Kraj

Kierowcy sami będą sobie winni podwyżki mandatów

Sytuacja na polskich drogach wciąż jest fatalna. Co roku giną tysiące ludzi, a kierowcy nic sobie nie robią z przepisów. Nie ma już czasu na kosmetyczne korekty – potrzebna jest drastyczna podwyżka mandatów. Kierowcy będą krzyczeć, że są prześladowani, ale sami są sobie winni.

Masowa krytyka, jaka spotkała Adwokata Nowej Ery po tym, gdy winę za śmierć dwóch kobiet w kolizji z prowadzonym przez siebie pojazdem zwalił na same ofiary, pozwala sądzić, że społeczna percepcja wykroczeń drogowych wreszcie się zmienia. Jeszcze w 2013 roku w badaniu przeprowadzonym dla Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego aż dwie trzecie pytanych stwierdziło, że nie ma niczego złego w przekraczaniu prędkości, „o ile potrafi się dostosować jazdę do pozostałych warunków ruchu”. Tak więc dwie trzecie Polaków uznało, że jazda „szybka, ale bezpieczna” jest w porządku. Adwokat Nowej Ery zapewne również jechał szybko i bezpiecznie, aż do momentu, gdy nie zjechał na przeciwległy pas i nieszczęśliwie wjechał w „trumnę na kółkach”, jak był łaskaw określić samochód ofiar.

Nawet jeśli słuszny werbalny lincz, jaki spotkał Adwokata Nowej Ery, jest sygnałem, że dziś na wykroczenia drogowe patrzymy surowiej niż kiedyś, wciąż nie widać tego na drogach. Stare przyzwyczajenia niełatwo jest wykorzenić. Tym bardziej gdy za przekroczenie prędkości o więcej niż 30 km/h można dziś dostać dwie stówki mandatu, o którym średnio zarabiający zapominają po tygodniu. Dlatego też projekt ustawy drastycznie podwyższający mandaty i grzywny za wykroczenia drogowe, który 1 października trafił wreszcie do pierwszego czytania w Sejmie, jest dobry i potrzebny.

Drogowy horror nie ma końca

Wciąż niższe niż w Norwegii

Najwięcej emocji wzbudza podniesienie maksymalnego wymiaru grzywny w postępowaniu mandatowym do 5 tys. zł, czyli kwoty nieco niższej niż obecne średnie wynagrodzenie. Obowiązująca dzisiaj maksymalna wysokość mandatu – 500 zł – została ustanowiona w 1997 roku, gdy średnie wynagrodzenie wynosiło niecałe 1,1 tys. zł. Od tamtej pory płace w Polsce wzrosły pięciokrotnie, więc mandaty zwaloryzowane o sam indeks płac powinny już sięgać 2,5 tys. zł. I na takiej waloryzacji można by się zatrzymać, gdyby sytuacja na polskich drogach była jak na Europę zwyczajnie przeciętna, ale taka nie jest.

W 2020 roku na polskich drogach z winy kierujących, którzy odpowiadają za 9 na 10 wypadków, zginęło ponad 2 tys. ludzi. Z winy kierowców ponad 24 tys. ludzi odniosło też obrażenia. Według metainformacji NIK z lipca „korzystający z dróg w Polsce są ponad trzy razy bardziej narażeni na utratę życia w następstwie wypadku niż podróżujący po drogach Szwecji czy Norwegii”. Roczne straty z powodu wypadków drogowych szacowane są na 56 mld zł. Nasze drogi są jednymi z najniebezpieczniejszych w Europie, więc nie ma tu czasu i miejsca na umiarkowane korekty wysokości grzywien.

Uprzywilejowana kasta kierowców

Trzeba pamiętać, że mówimy o maksymalnej wysokości mandatów. Większość z nich nie wzrośnie aż dziesięciokrotnie. Przykładowo przekroczenie prędkości o 30 km/h będzie skutkowało mandatem wysokości 1,5 tys. zł. Obecnie za tego typu wykroczenie grozi kara 200 zł, o czym się sam niedawno przekonałem – co stwierdzam oczywiście z ubolewaniem i obietnicą poprawy. Tak więc mandat ten wzrośnie ponad siedmiokrotnie, z 44 do 329 euro, licząc po obecnym kursie.

Najbezpieczniejsze drogi w Europie znajdują się w Norwegii, gdzie ginie czterokrotnie mniej ludzi niż w Polsce – czyli różnica jest nawet większa, niż wskazuje NIK. Norweski mandat za przekroczenie prędkości o więcej niż 20 km/h wynosi przeciętnie 944 euro. Faktem jest, że mandaty w Norwegii nie mają sobie równych, ale zapewne między innymi dlatego poruszanie się po norweskich drogach bardzo rzadko grozi śmiercią. Norweskie ceny są 2,4 razy wyższe niż polskie, czyli 329 euro w Polsce to tyle ile 790 euro w Norwegii. A więc licząc według parytetu siły nabywczej, polski mandat za znaczne przekroczenie prędkości będzie niższy niż norweski. Co prawda będzie też drugim pod względem wysokości w Europie, no ale skoro nie udało się z kierowcami (czyli ze mną również) po dobroci, to potrzeba twardszych rozwiązań, które z powodzeniem sprawdzają się na Północy.

30 km/h robi różnicę

„Żeby było też jasne – przekroczenie prędkości przekroczeniu prędkości nie jest równe. Bo znacznie groźniejsza jest jazda szybsza o 30 km, niż dopuszczono na osiedlowej uliczce, niż takie samo przekroczenie na autostradzie czy drodze ekspresowej” – stwierdził Łukasz Warzecha w rozmowie z Salonem24.pl. Wcześniej zresztą podobne teorie wypowiadał w Tak jest w TVN24 w dyskusji z Łukaszem Zboralskim. Według redaktora Warzechy nie każde przekroczenie prędkości o 30 km/h jest groźne, wiele z tego typu wykroczeń jest zupełnie nieszkodliwych, szczególnie na szybszych trasach.

To oczywiście zupełna bzdura. Na każdej trasie prędkość wyższa o 30 km/h drastycznie zwiększa ryzyko kolizji. Według danych szwedzkiej Vision Zero Academy długość hamowania przy prędkości 50 km/h to 25 m, przy 80 km/h rośnie ona do 55 m, natomiast przy 110 km/h wzrasta już do 90 m.

Muszę kończyć rozmowę, wchodzę na pasy

Odpowiednio rośnie też ryzyko śmierci. Według szwedzkich danych przy uderzeniu w pieszego z prędkością 40 km/h ryzyko śmierci przechodnia wynosi 20 proc, a przy prędkości 70 km/h pieszy właściwie nie ma szans na przeżycie. Podobnie wygląda sprawa z uderzeniem czołowym – w przypadku prędkości 80 km/h ryzyko śmierci pasażerów wynosi 20 proc., przy 100 km/h wzrasta do 90 proc., a przy 110 km/h szanse na przeżycie są już jedynie minimalne. Tak więc każde kilka kilometrów na prędkościomierzu robi ogromną różnicę. W ogóle publiczne debatowanie w mediach nad rzekomą nieszkodliwością przekraczania dopuszczalnej prędkości o 30 km/h jest zupełnie niepojęte i w Europie spotykane chyba tylko w Polsce. Oczywiście, że większość przypadków takiego przekroczenia prędkości nie kończy się wypadkiem – tylko że jeśli już do niego dojdzie, skutki zwykle są dramatyczne.

Trzeba jeszcze pamiętać o kontekście: żyjemy w kraju, w którym przekraczanie prędkości jest masowe i nagminne. To jeżdżący zgodnie z przepisami są w zdecydowanej mniejszości. Według danych Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego na obszarach o dopuszczalnej prędkości 50 km/h aż 85 proc. pojazdów zbliżających się do przejścia dla pieszych przekracza dozwolony limit. Na obszarach o dopuszczalnej prędkości 70 km/h limit przekracza nawet 9 na 10 pojazdów zbliżających się do pasów. Według warszawskiego Zarządu Dróg Miejskich na ulicy Puławskiej dozwoloną prędkość przekracza, uwaga, 98,5 proc. kierowców, natomiast co siódmy jechał szybciej niż 90 km/h. Nic więc dziwnego, że na tym odcinku w poprzednich kilku latach zanotowano 12 wypadków i wiele mniejszych kolizji.

Chcesz żyć? Nie chodź pieszo

Są to zupełnie dramatyczne dane. Taka sytuacja wymaga więc zdecydowanej reakcji. Tym bardziej że przekraczanie prędkości jest najbardziej śmiercionośnym wykroczeniem – niedostosowanie prędkości do warunków ruchu odpowiada za 26 proc. wypadków z winy kierujących i aż 42 proc. ofiar śmiertelnych.

Ukrywasz sprawcę, to płać

Z przykrością należy stwierdzić, że do krytyki projektu nowelizacji prawa o ruchu drogowym włączył się nowy Rzecznik Praw Obywatelskich. Jego najbardziej kuriozalny zarzut dotyczy ustanowienia mandatu wysokości 8 tys. zł za niewskazanie osoby prowadzącej samochód w momencie wykroczenia zarejestrowanego radarem. „Byłaby to najwyższa regulowana w Kodeksie wykroczeń grzywna, jaką można by wymierzyć w postępowaniu mandatowym – za czyn o relatywnie niewielkim ciężarze gatunkowym” – stwierdził RPO i trudno się z tym zgodzić.

Ukrywanie sprawcy wykroczenia nie jest niewiele znaczącym czynem, gdyż to właśnie między innymi z tego powodu skuteczność egzekwowania kar za wykroczenia rejestrowane przez radary jest tak dramatycznie niska. Wysoki mandat ma zniechęcać do ukrywania sprawcy lub „rżnięcia głupa” w przypadku, gdy samemu się prowadziło. Przecież będzie można tego mandatu bardzo łatwo uniknąć – wystarczy wskazać kierowcę lub się przyznać. Trudno sobie wyobrazić sytuację, że ktoś nie może ustalić, kto w danym momencie jechał jego samochodem. A jeśli ktoś faktycznie tak często użycza swoich pojazdów, że nie jest w stanie tego zapamiętać, to powinien gdzieś to sobie zapisywać – w czym problem?

Pozostałe podwyżki grzywien również wydają się sensowne i potrzebne. Za wykroczenia względem pieszych, takie jak wyprzedzanie na pasach lub omijanie pojazdu przepuszczającego pieszych, grozić będzie grzywna wysokości co najmniej 1,5 tys. zł. To są jednak piekielnie groźne incydenty, które często kończą się śmiercią pieszego. Jeśli chodzi o śmiertelność pieszych, Polska w Europie plasuje się na czwartym miejscu, a ryzyko śmierci pieszego na drodze jest pięciokrotnie wyższe niż w Holandii i Szwecji.

Za prowadzenie pojazdu pod wpływem alkoholu lub środków odurzających grzywna będzie wynosić przynajmniej 2,5 tys. zł. Owszem, sporo, tylko że bardzo łatwo jest uniknąć takiej kary – po prostu wystarczy nigdy nie wsiadać za kółko po spożyciu alkoholu lub narkotyków. Jazda pod wpływem to plaga polskich dróg. W 2020 roku osoby pod wpływem alkoholu uczestniczyły w 11 proc. wypadków, w których śmierć poniosło 13 proc. ogółu zabitych.

Sami sobie winni

Innego rodzaju zmiana będzie dotyczyć punktów karnych. Po wprowadzeniu nowelizacji będą one się kasować nie po roku, jak obecnie, ale po dwóch latach od uprawomocnienia się kary. To jest wręcz zadziwiająco łagodne zaostrzenie przepisów. W Niemczech punkty karne kasują się, zależnie od wagi wykroczenia, po dwóch, pięciu lub nawet dziesięciu latach.

Dobrym rozwiązaniem jest również uzależnienie stawki OC od popełnianych przez kierowcę wykroczeń. CEPiK będzie udostępniał dane dotyczące wykroczeń firmom ubezpieczeniowym, dzięki czemu piraci drogowi będą płacić wyższe OC. Będzie więc dodatkowa motywacja finansowa do przestrzegania przepisów. Obecnie składkę podwyższa jedynie kolizja zgłoszona do ubezpieczyciela w celu likwidacji szkody.

Polscy kierowcy są bardziej śmiercionośni niż rak szyjki macicy

Sytuacja na polskich drogach nadal jest fatalna. Co roku ginie parę tysięcy ludzi, a kierowcy nic sobie nie robią z przepisów. Nie ma więc już czasu na kosmetyczne korekty – potrzebna jest drastyczna podwyżka mandatów. Oczywiście kierowcy będą krzyczeć, że są prześladowani, ale prawda jest taka, że sami są sobie winni.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij