Kraj

Gen samochodozy

Niemal nikt na świecie nie kocha swoich samochodów tak jak polscy kierowcy, którzy bardziej dbają o stan pojazdu niż o własne zdrowie, a na nową furę chętnie wydadzą resztę oszczędności. A spróbujcie im zwrócić uwagę, by nie jeździli po chodniku!

Czy jazda samochodem po chodniku jest zgodna z przepisami? No… niezbyt. Jak się więc zachowuje polska policja względem jeżdżących w ten sposób kierowców? Odgania niesubordynowanych pieszych łażących po chodniku i eskortuje samochody, umożliwiając im komfortowy przejazd. Tak dokładnie postępują funkcjonariusze na jednym z filmów zamieszczonych na kanale Samochodza na YouTubie. Funkcjonariusze wezwani tam, gdzie samochody rozjeżdżają chodnik, z wielką niechęcią upominają dwoje kierowców, za to z dużym zapałem wypychają pieszego autora filmu, który postanowił zrobić z tym porządek.

Sprawa jest tak kuriozalna, że spokojnie mogłaby być sceną filmu komediowego, i to takiego z wysokim poziomem absurdu. W Polsce pieszy nawet na chodniku nie może czuć się jak u siebie. Również tam musi zgiąć kark i ustąpić miejsca panom przestrzeni publicznej, jakimi są kierowcy. To przepustowość jest w Polsce interesem publicznym, a nie przepisy i bezpieczeństwo. Wjechał na chodnik, to wjechał, po co drążyć temat? A skoro już wjechał, to musi przecież wyjechać, co nie?

Winny był ubiór pieszego

Tematem 22. konkursu Galerii Plakatu AMS było bezpieczeństwo na pasach. Ważny temat, szkoda, że sam konkurs został zaplanowany tak, żeby symbolicznie zrzucić winę na pieszych. „Zadaniem uczestników konkursu, ujętym w haśle »(Nie)bezpieczne pasy«, było zaprojektowanie plakatu wskazującego niebezpieczeństwa, jakie grożą pieszym na pasach oraz przedstawiającego zasady odpowiedzialnego zachowania się na nich” – piszą organizatorzy.

Jak się można domyślić, wśród wyróżnionych prac nie ma ani jednej, która winą za wypadki na przejściach obarczałaby kierowców. Za to możemy się z nich dowiedzieć, że piesi ubierają się w zbyt ciemną odzież, przez co są niewidoczni na pasach. Łażą z zamkniętymi oczami, zamiast wytężyć wzrok. A także zasłuchani są w muzykę lecącą ze słuchawek w kształcie czaszki. Ktoś mógłby zauważyć, że te plakaty mają wisieć na wiatach przystankowych, więc siłą rzeczy skierowane są do pieszych. Tylko że wiaty widoczne są także z samochodu, motocykla lub roweru, więc będą kreować przeświadczenie o odpowiedzialności pieszych wśród wszystkich użytkowników dróg. Tym bardziej że polscy kierowcy stosunkowo często wjeżdżają w przystanki, więc regularnie mają okazję przyjrzeć się wiatom z bardzo bliska.

Szkodliwy nałóg, czyli kreska na liczniku jak kreska z deski rozdzielczej

Niewątpliwie popularność samochodów w Polsce jest w dużej mierze efektem wykluczenia komunikacyjnego. Z beskidzkiej wsi, z której pochodzą moi dziadkowie, w weekend jeżdżą dwa busy dziennie, więc nie ma możliwości sensownego funkcjonowania tam bez własnego lub przynajmniej rodzinnego auta. Jeśli ktoś nie ma prawa jazdy, to nie ma jak dojeżdżać do pracy i zostaje alkoholikiem.

Wykluczenie komunikacyjne to potężny problem na polskiej prowincji i w mniejszych miastach. Nie tłumaczy jednak w całości polskiej fascynacji samochodami. Samochodoza kwitnie także w miastach, w których komunikacja zbiorowa stoi na przyzwoitym poziomie; zresztą głównymi przeciwnikami wprowadzania przywilejów dla pojazdów zbiorkomu są sami kierowcy. Niedawno chociażby przeprowadzili skuteczną dywersję buspasa w Katowicach na Mikołowskiej, który finalnie zniknął, gdyż się nie przyjął.

Przedmiot uwielbienia

W 2017 roku bank BNP Paribas przeprowadził badanie wśród 8,5 tys. właścicieli pojazdów z 15 krajów świata. Polscy kierowcy okazali się w nim największymi entuzjastami aut, choć konkurencję mieli sporą, bo wśród przepytywanych byli też Amerykanie. Właściwie w każdym wskaźniku polski entuzjazm wobec samochodów był wyższy niż średnia. Badanie przeprowadzono świeżo po aferze Volkswagena, więc pytano też, czy afera ta podważyła zaufanie do uwikłanych w nią marek. Prawie 60 proc. kierowców znad Wisły stwierdziło, że nie. To zdecydowanie najwyższy wynik – jeszcze w ledwie dwóch państwach (Niemczech i RPA) odpowiedzi przeczących było więcej niż połowa. W pozostałych wyraźna większość kierowców przyznała, że utraciła zaufanie do uwikłanych producentów. 60 proc. kierowców z Polski stwierdziło również, że afera nie będzie miała żadnego wpływu na wybór kupowanego samochodu. To także najwyższy odsetek wśród 15 krajów.

Sąsiadka podrzuci, mąż weźmie wolne i zawiezie do lekarza, bo autobusu już tu nie ma

Również w kilku innych przypadkach polscy kierowcy dość mocno się wyróżnili. Przede wszystkim aż 94 proc. z nich stwierdziło, że samochód powinien być główną formą transportu. W żadnym innym kraju nie było wśród respondentów aż takiej zgody w tej kwestii. Nic dziwnego, gdyż w Polsce jazda autem jest traktowana nie tylko jako sposób przemieszczania się, ale też rozrywka. Jazda autem jest u nas formą rekreacji, znacznie bardziej komfortową niż bieganie za piłką czy inny sposób niepotrzebnego męczenia się. Dla 88 proc. polskich kierowców samochody są źródłem przyjemności, co było drugim najwyższym wynikiem (średnia – 72 proc.). Aż 91 proc. zmotoryzowanych Polaków „uwielbia prowadzić swój samochód” – w tym przypadku wyprzedzili nas jedynie kierowcy z Turcji, Chin i Meksyku. Najmniejszą miłością do prowadzenia auta pałają kierowcy z Japonii – „jedynie” dwie trzecie z nich to uwielbia.

Chwilówka na furę

Gdy się coś bardzo lubi, siłą rzeczy dąży się do jak najczęstszego powtarzania tej przyjemności. Nic więc dziwnego, że nasi kierowcy wsiadają za kółko, kiedy tylko mogą, czasem nawet tylko posiedzieć. Samochód jest w Polsce zwykle wykorzystywany na bardzo krótkich trasach, czasem sięgających ledwie kilometra lub dwóch, które spokojnie można pokonać pieszo.

Według badania przeprowadzonego dla Castrola przeciętna podróż prawie co czwartego kierowcy w Polsce trwa 6–10 minut. Dokładnie dwie trzecie kierowców w Polsce odpala samochód zwykle do pokonania trasy krótszej niż 20 minut. Dla 4 proc. kierowców standardowa trasa jest krótsza niż pięć minut. Jedna trzecia kierowców odpala silnik częściej niż pięć razy dziennie, a połowa kierowców uruchamia pojazd 3–5 razy w ciągu dnia.

Samochód w Polsce jest więc wykorzystywany do krzątania się po mieście. Jeżeli się nie robi codziennie wielkich zakupów albo nie zgarnia członków rodziny rozrzuconych po całej aglomeracji, taki styl poruszania się jest nie tylko nieekologiczny, bo to oczywiste, ale też niekomfortowy. Pochłania czas i energię na ciągłe poszukiwanie miejsca do parkowania, poruszanie się w korku, uważanie na znaki i światła, a także, oczywiście, na staropolskie wściekanie się na innych użytkowników drogi. Szczególnie na rowerzystów – według CBOS prawie jedna czwarta kierowców ma do nich stosunek negatywny.

Dla Polaków, co jest typowe zresztą dla tak zwanych społeczeństw na dorobku, oczywiste jest, że samochód to źródło prestiżu. Według badania Transportowe zwyczaje Polaków przeprowadzonego w 2019 roku dla Busradar.pl 46 proc. Polaków utożsamia status społeczny z posiadanym autem – przeciwnego zdania było 45 proc. respondentów. To idiotyczne podejście do samochodu jako totemu, symbolu pozycji i tożsamości, od lat utrzymuje się w naszym kraju na wysokim poziomie.

Bóg samochodów atakuje nas i niszczy

Nic więc dziwnego, że jesteśmy w stanie poświęcić wiele, żeby zdobyć wymarzony pojazd. W badaniu BNP Paribas aż dwie trzecie kierowców z Polski przyznało, że mogłoby wydać swoje oszczędności, żeby „kupić fajny samochód”. Znów wyprzedzili nas jedynie kierowcy z krajów rozwijających się – Brazylii, Chin i Turcji. W państwach wysoko rozwiniętych takie podejście cieszy się już zdecydowanie mniejszym zrozumieniem. Oszczędności na zakup „upatrzonego” pojazdu gotowa jest wydać mniej niż jedna trzecia Belgów i Francuzów oraz 39 proc. Niemców.

Ważniejsze niż zdrowie

Ogromna popularność samochodów w Polsce nie wynika więc jedynie z wykluczenia transportowego, które oczywiście jest dotkliwym problemem, ale też z autentycznej fascynacji nimi i traktowania auta jak składowej własnego „ja”. A także z głęboko zakorzenionych przyzwyczajeń i niechęci do jakiejkolwiek ich zmiany. Jeszcze dekadę temu w badaniu dla Shella okazało się, że polscy kierowcy bardziej dbają o stan pojazdu niż własne zdrowie. W badaniu CBOS z 2020 roku prawie połowa pytanych przyznała, że nawet nie próbuje od czasu do czasu zamienić samochodu na rower, autobus lub pociąg. Skoro nie próbują, to nie będą mieli okazji sprawdzić, czy przypadkiem inny sposób poruszania się po mieście nie jest lepszy – przynajmniej w niektórych sytuacjach.

Tymczasem Polskę zalewają kolejne fale samochodów. Według najnowszych badań natężenia ruchu drogowego przeprowadzonych przez GDDKiA średni dobowy ruch roczny na drogach krajowych wzrósł w ciągu ostatnich pięciu lat o jedną piątą. W 2021 roku nie można już tłumaczyć ciągłego wzrostu polskiej samochodozy jedynie nadrabianiem zaległości majątkowych w stosunku do Europy Zachodniej, którą już dawno pod tym względem prześcignęliśmy. Nie wyjaśnia go też słaba komunikacja publiczna, która obecnie nie jest gorsza niż pięć czy 10 lat temu. To efekt czynników kulturowych, a zachowania kulturowe kształtowane są przez otoczenie instytucjonalne.

Kierowcy sami będą sobie winni podwyżki mandatów

Stworzyliśmy warunki do beztroskiego korzystania z auta, a kierowcy są nad Wisłą traktowani jak święte krowy, którym nie można nawet zwrócić uwagi, by nie jeździli po chodniku, więc teraz zbieramy owoce. Zmiana tego stanu rzeczy musi wyjść z góry, a przyszłoroczne zaostrzenie kar za wykroczenia drogowe powinno być tylko pierwszym z wielu kroków.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij