Kraj

Sadura: Andrzej Duda ma największe możliwości, by osłabić podziały

Fot. Jakub Szafrański

W paranoidalny stan umysłu jesteśmy wprowadzeni wszyscy, jako wyborcy wrzuceni w sytuację prostej alternatywy: Trzaskowski versus Duda, PO kontra PiS, dobro lub zło. Przez to nie potrafimy zobaczyć złożoności sytuacji, ale redukujemy ją, upraszczamy rzeczywistość. Teraz musimy z tego stanu wyjść, jeśli chcemy nadal funkcjonować jako społeczeństwo.

Katarzyna Przyborska: Przy okazji wyborów parlamentarnych prowadziliście ze Sławomirem Sierakowskim badania, które pokazały, że podejście wyborców jest w pewnym sensie cyniczne. To znaczy, że kierują się oni przede wszystkim kalkulacją, własną korzyścią, a naruszenia norm uchodzą politykom płazem. Czy wnioski z tych badań mają jakieś zastosowanie w opisie wyborów prezydenckich?

Przemysław Sadura: Koncepcja cynizmu dużo lepiej pasuje do wyborów parlamentarnych. Wybory prezydenckie cechują się trochę inną logiką, która wynika ze specyficznej pozycji prezydenta w naszym ustroju. Z jednej strony prezydent ma kompetencje jak w ustroju parlamentarno-gabinetowym, czyli dość skromne, z drugiej – legitymację jak w systemie prezydenckim, wynikającą z konieczności uzyskania poparcia większości. Dlatego możemy tu mówić o władzy bardzo symbolicznej. Jeśli więc w pierwszej turze nikomu nie uda się zdobyć 50 procent głosów, druga tura wymusza ostrą polaryzację. Najpierw trzeba społeczeństwo bardzo mocno podzielić, a potem je zjednoczyć. Taki jest symboliczny sens jednoosobowej reprezentacji w urzędzie prezydenta.

Polityczny cynizm Polaków. Raport z badań socjologicznych

W warunkach mocnej polaryzacji, przy tak silnym konflikcie politycznym, do którego dochodzi w drugiej turze wyborów prezydenckich, nie ma już przestrzeni na wyrachowanie i cynizm, które cechowały preferencje w wyborach parlamentarnych.

Do gry wchodzą bardzo silne emocje.

Tak, wyborcy nie mogą się zdystansować od swoich odruchów estetycznych i reakcji emocjonalnych, które oddziałują jednocześnie i w sposób niekontrolowany. Zamiast koncepcji cynizmu można pomyśleć o zastosowaniu bardziej psychoanalitycznego terminu paranoidalnego stanu umysłu, w sensie, w jaki mówił o nim amerykański psychoanalityk Christopher Bollas w książce Znaczenie i melancholia. Życie w epoce oszołomienia. W ten paranoidalny stan umysłu jesteśmy wprowadzeni wszyscy, jako wyborcy wrzuceni w sytuację prostej alternatywy: Trzaskowski versus Duda, PO kontra PiS, dobro lub zło. Przez to nie potrafimy zobaczyć złożoności sytuacji, ale redukujemy ją, upraszczamy rzeczywistość. Stan paranoidalny wzmacniają funkcjonujące w logice konfliktu, wspierające kandydatów media tradycyjne oraz zamykające nas w bańkach ludzi o takich samych poglądach media społecznościowe. Moment paranoidalny był może nawet funkcjonalny przed drugą turą, kiedy trzeba było dokonać rozstrzygnięcia. Teraz musimy z tego stanu wyjść, jeśli chcemy nadal funkcjonować jako społeczeństwo.

Czy to w ogóle możliwe? Możemy przejść do drugiego punktu, czyli zjednoczyć się po podziale? Zwłaszcza przy tym poziomie rozchybotania emocji, którego doświadczamy od kilku lat, i tak poważnych atakach tuż przed wyborami. Czy nowo wybrany prezydent będzie to potrafił?

To nie jest zupełnie niemożliwe. Wspomnijmy chociażby przywoływane jako punkt odniesienia dla wczorajszego starcia wybory w 1995 roku i silny konflikt między Wałęsą i Kwaśniewskim. Wydawało się, że tak podzielonej Polski nikt nie sklei. Pięć lat później Aleksander Kwaśniewski drugą kadencję wygrał już w pierwszej turze. Musiał przekonać do siebie ponad połowę głosujących. Dziś sytuacja jest zupełnie inna, a wygaszenie konfliktu dużo mniej prawdopodobne. Powiem coś, co wiele osób może oburzyć, ale mam wrażenie, że Andrzej Duda ma większe możliwości, żeby te podziały osłabiać, niż miałby Rafał Trzaskowski, gdyby udało mu się wygrać.

Naprawdę?

Jestem przekonany, że gdyby prezydentem został Trzaskowski, utkwilibyśmy w trzyletniej wojnie. Jego prezydentura byłaby wykorzystana do obrony konstytucji i praworządności, ale prowadzonej w taki sposób, żeby zwiększyć szanse PO na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Andrzej Duda ma przed sobą drugą kadencję i − przynajmniej teoretycznie − może się od swojego obozu dużo bardziej uniezależnić. Ma narzędzia, których nie miałby Trzaskowski.

Ale czy będzie chciał z nich skorzystać i zasypać podziały?

To już jest zupełnie inna kwestia. Pamiętając, jak wyglądała kampania, raczej się tego nie spodziewam. Bardziej realny jest scenariusz dalszego konfliktu, niszczenia przeciwników, próba okopania się na zajętych stanowiskach, osłabiająca działanie rządów prawa, niszcząca normy demokratyczne.

Bendyk: Wybraliśmy

A jak myślisz, czego oczekują wyborcy Andrzeja Dudy? Czy chcą teraz spokoju? Czy uznają, że ta nienawistna retoryka, z którą mieliśmy do czynienia, to „zwykła rzecz” w kampanii wyborczej, ale przecież tak naprawdę to nic się nie stało? Czy pozostaną na wojnie?

Bardzo wiele zależy od tego, co zrobią politycy, a przede wszystkim specjaliści od manipulacji emocjami wyborców. Jeżeli politycy wezmą kurs na normalizację, to emocje będą się stopniowo wyciszać. Jeżeli będą chcieli utrzymać stan wzburzenia, to mają narzędzia, mają media, które mogą cały czas sączyć nienawiść, a sytuacja może się wyrwać spod kontroli. Między pierwszą i drugą turą robiliśmy badania i zadawaliśmy pytania dotyczące poziomu konfliktu w sondażu reprezentatywnym: ilu osobom zdarzyło się pokłócić z kimś z rodziny albo przyjacielem o politykę, kto miał taką sytuację w pracy, kto zastanawiał się nad poglądami politycznymi nowo poznanej osoby, kto źle życzył przeciwnikom politycznym. Na to ostatnie pytanie pozytywnie odpowiedziało około 10 procent respondentów, a na każde z pozostałych pytań po dwadzieścia − dwadzieścia parę procent.

Społeczeństwo antagonizowane jest już od dawna. Te podziały wkroczyły już w najmniejsze społeczne wspólnoty. W pewnym sensie siedzimy na beczce prochu.

Sutowski: Na drodze do całkowitego przejęcia państwa przez PiS stoją media i samorządy

A po stronie opozycji? Jak z tymi emocjami jest?

Po stronie Trzaskowskiego i PO też są duże emocje, które mogą zostać wyciszone albo podsycane. Natomiast są jeszcze ci wyborcy, którzy opowiedzieli się w kontrze do tego antagonizmu, czyli wyborcy Hołowni. Pytaliśmy w tym ostatnim badaniu o to, kogo ludzie winią za konflikt budzący największe społeczne emocje, to znaczy dotyczący LGBT. Czy winny jest wyłącznie PiS, który szczuje? Czy winni są wyłącznie ludzie LGBT, którzy narzucają niepopularne wartości? Czy obie strony po równo? I o ile odpowiedzi wyborców Trzaskowskiego i Dudy były symetryczne, o tyle połowa wyborców Hołowni powiedziała, że winna jest zarówno jedna, jak i druga strona. Podobnie wyborcy Konfederacji, choć z nimi to trochę inna historia.

Nawet jeśli samo pytanie jest ogromnym uproszczeniem, odpowiedzi wskazują, że ci wyborcy nie ulegli do końca logice kampanii, nie ogarnął ich ten paranoidalny stan umysłu. Ci ludzie stanowią zasób, można ich pozyskać, studząc emocje. Jeśli żadna ze stron tego nie zrobi, a PiS i PO będą podgrzewać emocje, żeby przez kolejne trzy lata wrzało, to albo ten rezerwuar spokoju zniknie, albo pojawi się ktoś, kto znów spróbuje zagospodarować tę część społeczeństwa.

Wypadałoby teraz obniżyć napięcie, by móc je znów podnieść później. Sinusoidalnie.

To by było rozsądne. Tak to powinno działać w zinstytucjonalizowanym konflikcie, jak rywalizacja sportowa. Była walka, były emocje, teraz przeciwnicy podają sobie ręce. Jeżeli po tak wyczerpującej kampanii ludzie nie będą mogli odpocząć, tylko będą utrzymywani w stanie wzbudzenia, to naprawdę rośnie prawdopodobieństwo jakiegoś niekontrolowanego wybuchu społecznego.

Czyli wyborcy Hołowni to taki rezerwuar zdrowego rozsądku, a wyborcy Lewicy?

O nich niestety nie można tego powiedzieć. Ale to też jest oczywiście odpowiedzialność Lewicy, sposobu, w jaki poprowadziła swoją kampanię.

Czyli?

Tak naprawdę Lewica nie walczyła z PiS-em, tylko próbowała walki z PO w licytowaniu się na antypisizm. Proponowała rozwiązania bardziej liberalne w kwestiach światopoglądowych niż Platforma i przegrała tę walkę. Jej wyborcy spolaryzowali się i uciekli do Trzaskowskiego. Hołownia utrzymał swoich wyborców. Użył czegoś innego.

Nie, Hołownia nie jest pożytecznym idiotą Dudy (ani agentem PiS)

On też uderzał w Platformę.

Tak, oczywiście, jako konkurent spoza establishmentu musiał się jakoś ustawić wobec głównej partii opozycji. Natomiast był skuteczny, wydaje mi się, w tym, że wprowadzał więcej wątków spoza tego polaryzującego antagonizmu. Był wiarygodny w tym, co mówił o klimacie, o kwestiach ekologicznych, zręczniej podejmował kwestie społeczne.

Rafał Trzaskowski wygrał w większości małych miasteczek. Np. w Żabiej Woli przy frekwencji 75,14 procent zdobył 51,21 procent. To nie było oczywiste.

Wydaje się, że Trzaskowski prowadził dobrą kampanię. Poważnie potraktował wyzwanie, którym było zdobycie elektoratu małych miast mających być odpowiednikiem swing states. Wielkie miasta miał po swojej stronie na starcie, na wsi nie miał czego szukać, w małych miastach było o co walczyć.

Czego nowego dowiedzieliśmy się o wojnie polsko-polskiej

Dlaczego ten elektorat jest trudny?

Trzaskowski musiał inaczej rozłożyć akcenty w swojej kampanii, inne skojarzenia uruchomić. To elektorat dużo ostrożniejszy, np. w sprawie liberalizacji przepisów dotyczących osób LGBT. Jest też bardziej wrażliwy na samorządowość Trzaskowskiego. I on to wykorzystał. Zaakcentował związki ze Śląskiem, pojawiał się na prowincji. To była dobra kampania. Natomiast okazało się, że metafora swing states ma swoje ograniczenia – nawiązuje do amerykańskiego systemu wyborczego, w którym zwycięzca choćby o włos bierze wszystkie głosy elektorskie. A tu, w tym polskim swing state Trzaskowski wygrał, a jednak mu zabrakło.

Andrzej Duda był w stanie utrzymać spore poparcie w miastach, ale przede wszystkim zmobilizować wieś. Wieś to 40 procent elektoratu, a on tam zrobił dwukrotnie wyższy wynik niż Trzaskowski. Populacja największych miast, w których Trzaskowski miał niemal symetryczny wynik, jest mniej liczna.

Wymieniłeś obok wyborców Hołowni również wyborców Krzysztofa Bosaka. Czy mimo że w drugiej turze podzielili się niemal na pół, wybory wzmocniły tę formację?

Zestawiłem ich z wyborcami Hołowni tylko jako przykład ludzi, którzy nie ulegli tak mocno polaryzacji. Ale między nimi jest przepaść. Wyborcy Konfederacji ulegają manipulacji swoich liderów. Konfederacja w kampanii posługuje się teoriami spiskowymi, uproszczoną wizją rzeczywistości. Bosak utrzymał wynik z wyborów parlamentarnych, trochę więc tę grupę skonsolidował, nie pozwolił się rozegrać Dudzie i Trzaskowskiemu. Ten elektorat jest ważny, bardzo niepokojący, wymagający pogłębionych badań. Mam wrażenie, że w jego niechęci do państwa i regulacji dużą rolę odgrywają mechanizmy psychologiczne takie jak resentyment czy identyfikacja projekcyjna, które warto byłoby lepiej zrozumieć. Bardzo ciekawa grupa dla badaczy polityki.

Czy myślisz, że mobilizacja Konfederacji wpłynie na mobilizację lewicy? Czy lewica na to odpowie?

Może tak, tylko boję się, jak ta odpowiedź będzie wyglądała. Antifa z tęczową flagą? Nie wiem, czy właśnie o to nam chodzi… Jeśli ambicje lewicy są większe, to powinna zastanowić się, jak odwołać się do przyczyn, przez które tzw. cyniczni wyborcy dołączyli do PiS-u. Mimo że nie podzielają pisowskiej wizji urządzenia życia społecznego, nie są tak konserwatywni ani katoliccy, ba! – potrafią być wolnościowi w kwestiach światopoglądowych czy antyklerykalni, ale z powodu polityki ekonomicznej dołączają do PiS. Lewica, zamiast bić się z Platformą Obywatelską o wielkomiejskiego inteligenta, powinna zastanowić się, dlaczego tylu ludzi ucieka do PiS, do Konfederacji. Jeśli lewica nie wyjdzie z tej myślowej pułapki, w której się znajduje, to niewiele się zmieni. Będziemy stanowili absolutną niszę.

**
Przemysław Sadura  – socjolog i publicysta, doktor habilitowany i pracownik Instytutu Socjologii UW. Członek zespołu Krytyki Politycznej i założyciel Fundacji Pole Dialogu. Od kilkunastu lat prowadzi badania społeczne dla organizacji pozarządowych i administracji publicznej. Jest autorem m.in. książki Państwo, szkoła, klasy oraz wraz ze Sławomirem Sierakowskim raportu Polityczny cynizm Polaków.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij