Kraj

Porozumienie wysyła jasny sygnał: jesteśmy do wzięcia

Jarosław Gowin

Gowin ogłasza nowe polityczne otwarcie i składa ofertę. Komu? Potencjalnym partnerom z kapitałem politycznego poparcia. Gowin ma bowiem pomysł, ale brakuje mu politycznego kapitału umożliwiającego jego realizację. Ma jednak coś, czym nikt inny w Zjednoczonej Prawicy pochwalić się nie może: zdolność koalicyjną.

Niektórzy aktorzy polityczni – państwa, partie, jednostki – mają niezwykły talent do odgrywania znacznie większej roli, niż wynikałoby to z ich faktycznych potencjałów. W Polsce ostatnich lat najlepszym przykładem tego zjawiska jest kariera Jarosława Gowina. Polityk skutecznie wypchnięty z PO przez Donalda Tuska, minister bez istotnych sukcesów, lider mikropartii o poparciu w dolnych granicach błędu statystycznego stał się jedną z ważniejszych postaci polskiej polityki. Udało się mu kilkakrotnie zablokować plany Kaczyńskiego – w tym w kluczowej dla prezesa PiS sprawie „wyborów pocztowych” – nie dał sobie rozebrać i wrogo przejąć partii, wszyscy politycy i komentatorzy czekają na jego następny ruch i spekulują: „Co zrobi Gowin?”, „W jaki sposób rozstanie się z Kaczyńskim?”, „Czy odbierze PiS władzę przed końcem kadencji?”.

Kto tu jest prezesem, czyli o co chodzi w farsie z Porozumieniem

Sobotnia konwencja Porozumienia pokazuje, że Gowin i jego partia potrafią wykorzystywać politycznie tę wyjątkowo dla nich korzystną koniunkturę. Nie paląc za sobą mostów, nie wchodząc na otwartą ścieżkę wojenną z Kaczyńskim, Gowin wyraźnie wysłał sygnał, że drogi Porozumienia i PiS coraz bardziej się rozchodzą, że jego partia wraca na polityczny wolny rynek i szuka partnera do nowych projektów.

Centroprawica, której nie da się zbudować z Kaczyńskim

Co konkretnego na konwencji mówili Gowin i jego ludzie? To, czego moglibyśmy się spodziewać po tym środowisku. Sporo było więc o chęci budowania nowoczesnej prawicy, chrześcijańsko-demokratycznej, ale jednocześnie rozumiejącej potrzebę rozdziału Kościoła od państwa – przyjaznego dla tego pierwszego, oczywiście. Liberalnej gospodarczo, wierzącej w wolny rynek, ale też współczującej i doceniającej potrzebę troski o najsłabszych, oraz istnienie sfinansowanych na przyzwoitym poziomie usług publicznych w takich obszarach jak ochrona zdrowia. Stawiającej przy tym głównie na klasę średnią, której „zawdzięczamy gospodarczy rozwój ostatnich trzydziestu lat”. Odwołującej się do Jana Pawła II, ale też do dziedzictwa Polski Jagiellońskiej: wielokulturowej, otwartej, tolerancyjnej. Rozumiejącej konieczność odejścia od węgla i wyzwania kryzysu klimatycznego i odpowiadającej na nie zielonym konserwatyzmem. Stawiającej nie na centralizację, ale na zasadę pomocniczości i samorządność.

Innym słowy, Gowin nie powiedział niczego, czego wcześniej by nie mówił – może poza zielonym konserwatyzmem, który, choć pojawiał się w wypowiedziach polityków Porozumienia, to nie znajdował się wcześniej otwarcie na sztandarach partii.

W polityce równie ważny jak słowa jest jednak kontekst, w którym one padają. Politycznym kontekstem konwencji Porozumienia jest narastający od miesięcy konflikt w Zjednoczonej – coraz bardziej już tylko teoretycznie – Prawicy. Biorąc go pod uwagę, wszystko to, co Gowin mówił o konieczności wymyślenia centroprawicy na nowo, znaczyło tak naprawdę: „oto prawica, którą chcę zbudować, a której – co już wiem – z Kaczyńskim zbudować się nie da”.

Że się nie da, nie jest chyba dla nikogo zaskoczeniem. PiS nie czuje związku z mitem „Polski Jagiellońskiej” – a jeżeli już, to rozumie pod tym pojęciem nierealistyczne założenia polityki wschodniej i politycznie niebezpieczne kresowe nostalgie – jego wizja wspólnoty to mieszanina endecji z Gomułką. Zamiast budować „zielony konserwatyzm”, rządząca partia woli łudzić Polaków, że w nieskończoność możemy palić węglem, jeśli tylko dość twardo postawimy się utrudniającej nam to Brukseli. Samorządność nigdy nie mieściła się w światopoglądzie Jarosława Kaczyńskiego, który zawsze chciał maksymalnej centralizacji władzy w jednym ośrodku politycznym – rzecz jasna pod swoim kierownictwem. Na niegłosującą raczej na PiS klasę średnią Nowogrodzka patrzy dość nieufnie. Zamiast wzmacniać tę już istniejącą, woli budować nową, głównie dzięki niezliczonym etatom w setkach rosnących pod władzą PiS, jak ceny chleba w trakcie klęski nieurodzaju, Narodowych Instytutach Tego i Owego.

Rząd, który zaciekle bronił węgla, może być jego grabarzem

Do pewnego czasu można się było jednak łudzić, że wspólnie z PiS jakąś sensowną konserwatywną centroprawicę da się budować. Porozumienie ze swoim programem odnalazło się w Zjednoczonej Prawicy w 2015 roku. Gowinowi pozwolono przeprowadzić niepozbawioną racjonalnego jądra reformę nauki, uderzającą w interesy pisowskiej profesury. Gdy pod koniec 2017 urząd premiera obejmuje bliski Gowinowi programowo Mateusz Morawiecki, wydaje się przez chwilę, że PiS stawia na skręt do centrum, na nowoczesny, progresywny, tyleż ludowy, co technokratyczno-modernizacyjny konserwatyzm.

Dziś wiemy, że z tego zwrotu nic nie wyszło i wyjść nie mogło. Niezależnie od modernizacyjnych ambicji Morawieckiego szybko utknęły one w codziennych zapasach w błocie partyjnego aparatu, który bardziej niż reformować państwo chce się na nim pożywić. Albo wywracały się na konfliktach z Europą i sądami wywoływanymi przez Zbigniewa Ziobrę; na nieprzewidywalnych, oderwanych od rzeczywistości decyzjach Kaczyńskiego; ideologicznych obsesjach ludzi pokroju ministra Czarnka, który właśnie odkręca to, co Gowin zreformował. Morawiecki – nawet jeśli początkowo chciał innej polityki – szybko zaczął mówić językiem twardego PiS, a ostatnio, zamiast „budować nowoczesną centroprawicę”, wybrał się do Budapesztu, by wspólnie z największymi w Unii Europejskiej fanami Putina – Salvinim i Orbánem – rozmawiać o radykalnie prawicowej, eurosceptycznej alternatywie dla europejskiej chadecji. Popychany w tę stronę głównie przez Solidarną Polskę, PiS oddalił się od najszerzej nawet definiowanej umiarkowanej centroprawicy na coraz bardziej skrajne, prawicowo-populistyczne pozycje.

Przeciw „eurosodomie” choćby z fanami Putina

Jakie opcje ma Gowin?

Gdy w tej sytuacji Gowin mówi, że czas na nowo wymyślić centroprawicę, faktycznie ogłasza nowe polityczne otwarcie i składa ofertę. Komu? Potencjalnym partnerom z kapitałem politycznego poparcia. Gowin ma bowiem pomysł na nowe otwarcie na prawicy, brakuje mu jednak politycznego kapitału umożliwiającego jego realizację.

Gowin ma jednak coś, czym nikt inny w Zjednoczonej Prawicy pochwalić się nie może: zdolność koalicyjną. Jest dziś jedynym liderem Zjednoczonej Prawicy, któremu duża część wrogiej PiS klasy politycznej, mediów i opinii publicznej jest gotowa wybaczyć wszystkie winy z okresu 2015–2021 – choćby głosowanie za najpewniej niekonstytucyjnymi reformami sądowymi Ziobry – jeśli tylko jego rozwód z Kaczyńskim dawałby szansę na odsunięcie PiS od władzy.

Najbardziej naturalnym partnerem dla Gowina w budowaniu nowej, konserwatywnej centroprawicy wydaje się PSL i jego Koalicja Polska. PSL już proponuje Gowinowi sojusz i stanowisko marszałka Sejmu, w zamian za poparcie dla rządu technicznego Władysława Kosiniaka-Komysza – taką propozycję powtórzył w poniedziałek marszałek Zgorzelski w TVN. Przestrzegał przy tym, że jeśli Gowin prześpi polityczny moment, o żadnym porozumieniu nie będzie mowy. W polityce nigdy nie należy jednak mówić nigdy.

Ludowcy od kilku lat próbują redefinicji własnej politycznej marki – z partii wiejskiej, rolniczej, chłopskiej, na nowoczesną, konserwatywną chadecję, kierującą ofertę do bardziej zachowawczych mieszczan, drobnych przedsiębiorców i tym podobnego elektoratu. Dla PSL wzięcie Gowina na listy, jako współautora takiego chadeckiego projektu politycznego, wydaje się bezpiecznym i potencjalnie raczej zyskownym ruchem. Znacznie bardziej ryzykowny sojusz z Kukizem przed wyborami w 2019 roku przyniósł partii najlepszy wynik od 2007 roku. Można się też spodziewać, że nawet delikatne przesunięcie PO ku liberalnemu centrum – na czele z ostatnim stanowiskiem w sprawie praw reprodukcyjnych – może się okazać zbyt dalekie dla kościelno-konserwatywnego skrzydła partii, którego przedstawiciele pewnie byliby skłonni zasilić taki nowy, centroprawicowy projekt firmowany przez Gowina i ludowców.

Sondaż Estymatora z lutego tego roku wskazuje na potencjał takiego projektu. W opcji uwzględniającej start komitetu ludowców, Gowina, konserwatystów z PO i Kukiza taka lista zyskiwała aż 12,4 proc. Oczywiście, jeden sondaż jeszcze o niczym nie świadczy, a w konserwatywnym centrum jest bardzo tłoczno. Poza Lewicą trudno wskazać dziś w Polsce partię, która nie rywalizowałaby o poparcie przedsiębiorców, nie odwoływała się do klasy średniej, nie podkreślała przywiązania do chrześcijaństwa i dziedzictwa Jana Pawła II. Jakkolwiek liczny byłby w Polsce elektorat chadeckiego, konserwatywnego centrum, to w tym segmencie sceny politycznej jest po prostu bardzo tłoczno – wyborców łowią tam KO, Hołownia, ludowcy, a nawet PiS. Z kimkolwiek Gowin się sprzymierzy, dla dobrego wyniku będzie się musiał mocno napracować.

Co się teraz konkretnie stanie?

Zanim jednak dojdzie do powstania jakiegokolwiek nowego projektu z Gowinem w roli głównej, wiele może się jeszcze wydarzyć. Wszystkim nastawiającym się na nagły, spektakularny rozwód Porozumienia i jego lidera z PiS, zalecałbym cierpliwość. W tym małżeństwie od dawna już nie ma miłości, są za to wspólne interesy. Dlatego minie jeszcze trochę czasu, zanim dojdzie do oficjalnego rozwodu.

Czasy się zmieniają, a Gowin zawsze jest ministrem

Gowin pokazał w ostatnich latach, że jest politykiem sprytnym, zdolnym zabezpieczyć interes swojej mikropartii nawet w bardzo niesprzyjających warunkach. Trudno więc się spodziewać, że teraz skoczy na główkę do basenu, w którym nie wiadomo, czy jest woda. Ma zbyt wiele do stracenia: kluczowe w okresie (po)pandemicznym Ministerstwo Gospodarki, posady w rządzie, samorządzie i spółkach skarbu państwa. Pewnie poczeka z zerwaniem koalicji do momentu, aż będzie miał gdzie pójść, albo przynajmniej zadba o to, by podzielić się z Kaczyńskim wokół polaryzującej, ważnej dla jego elektoratu kwestii. Na przykład wyższych podatków dla lepiej zarabiającej części klasy średniej, które Kaczyński zapowiada w Nowym Ładzie, a na które – co sugeruje to, co o klasie średniej mówiono na konwencji partii w sobotę – nie zgodzi się Porozumienie.

Co projekt nowej centroprawicy Gowina znaczyłby dla Lewicy i jej wyborców? Nie jest to oferta skierowana do nich. Kto jak kto, ale Gowin głosów Lewicy nie odbierze. Jednocześnie jego obecność w przyszłym rządzie uczyni w nim obecność Lewicy bardziej problematyczną, niż byłaby bez niego – obie strony nie ufają sobie i nie chcą ze sobą współpracować. Wśród licznych celów, jakie stawia sobie osobiście Gowin, jest też pewnie stworzenie w przyszłym sejmie takiej centroprawicowej większości – od Porozumienia, przez Polskę 2050 i ludowców, po KO – która umożliwiałaby powstanie rządu bez PiS, Konfederacji i Lewicy.

Co Lewica może zrobić z tym scenariuszem i czy faktycznie byłby on dla niej najgorszy, to temat na inną dyskusję. Na razie w jego sporze z Kaczyńskim, w kruszeniu większości stojącej za zwyczajnie złym rządem Gowinowi można tylko kibicować.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij