Kraj

Nie dopuszczam myśli, że panika jest jedyną rzeczą, która nam zostaje

Nie ma sensu ani bagatelizować kryzysu klimatycznego, ani też traktować go jako ściany ognia, za którą czeka nas tylko zagłada. Obydwa podejścia prowadzą bowiem do bierności zamiast aktywnego działania. Marcin Zaród odpowiada Witoldowi Gadomskiemu.

Czy da się w pełni zabezpieczyć mieszkanie przed pożarem? Nie, bo takie rzeczy jak awarie sprzętu elektrycznego, pioruny czy podpalacze to kwestie losowe. Czy da się mimo to sprawić, żeby większość mieszkań w mieście nie spłonęła przez 80 lat od zbudowania? Tak, jeśli mamy dostatecznie uważnych mieszkańców, służby pożarnicze, inspekcję budowlaną i egzekwowane przepisy przeciwpożarowe.

To nie będzie jednak tekst o pożarach mieszkań, choć wysoka temperatura jest jednym z głównych zagrożeń, z jakimi musimy się wszyscy zmierzyć. To nie jest nawet tekst o pożarach miast, choć ich mieszkańcy, odpowiednie służby, urzędnicy i ustawodawcy będą mieli sporo w tej kwestii do zrobienia.

To tekst, w którym zarysuję polityczne i społeczne narzędzia do radzenia sobie z kryzysem klimatycznym. W odpowiedzi, dodajmy, Witoldowi Gadomskiemu, publicyście „Gazety Wyborczej”, który na jej łamach zadał pytanie o ogromne koszty, jakie będzie musiała ponieść Polska w związku z ambitną – zdaniem Gadomskiego motywowaną nadmiernym katastrofizmem – polityką klimatyczną Unii Europejskiej.

Ja spróbuję jednak wskazać konkretnie, jakie projekty – polityczne, społeczne i technologiczne – trzeba uruchomić, aby zabezpieczyć te obszary, które będą jeszcze do życia dostępne, oraz jak w kontrolowany sposób przenieść ludzi z obszarów, w których życie możliwe nie będzie. Dodam, że nie dopuszczam myśli, że panika jest jedyną rzeczą, która nam zostaje.

Witold Gadomski, bagatelizujący zagrożenia związane z ociepleniem klimatu, został już zresztą skrytykowany przez polemistów za nadmierne przywiązywanie wagi do opinii pseudonaukowców i innych kłamców opłacanych przez miliarderów węglowych. Słowa te może brzmią mocno, ale w tej chwili wiemy już, że firma Exxon i kilka innych firm paliwowych świadomie prowadziły zorganizowane kampanie dezinformacyjne w sprawie klimatu co najmniej od lat 80. I nie jest to news ze strony Greenpeace, tylko przedmiot śledztwa prokuratury amerykańskiej. Z kolei Naomi Oreskes, historyczka i socjolożka nauki z Harvardu, która śledzi te procesy i analizowała archiwa, wskazuje, że kolejnym posunięciem negacjonistów klimatycznych będzie narracja: „jest już za późno, nic się nie da zrobić”.

Geneza tego pytania – co robić? – sięga zatem co najmniej lat 80., a więc czasów jeszcze przed naszą transformacją ustrojową. Skutki odpowiedzi na nie określą za to, czy nasze dzieci będą żyły w wolnej i demokratycznej Polsce, czy też w kadłubkowym, totalitarnym społeczeństwie schronów pogodowych i wojen migracyjnych. Ja nie traktuję moich rozwiązań jako wystarczających ani idealnych, zależało mi za to na pokazaniu, że choć kryzys klimatyczny wymaga globalnej wyobraźni i działań na wielką skalę, to przeciwdziałanie mu wcale nie zależy jedynie od największych krajów na świecie.

Megaprojekty? Mamy złe doświadczenia

Jestem członkiem partii Razem i mam lewicowe poglądy, między innymi w związku z tym sądzę, że kryzysu klimatycznego nie rozwiąże się bez stosownego opodatkowania korporacji i odpowiednich regulacji tychże. Jak wskazuje prof. Ewa Bińczyk, filozofka i autorka Epoki człowieka, kryzys klimatyczny to przede wszystkim kryzys wyobraźni. Ja w tej sytuacji proponuję ćwiczenia z wyobraźni zacząć od wyciągnięcia pewnych wniosków, opartych głównie na kilkunastu latach mojej pracy w projektach badawczych i pozarządowych.

Bywałem naukowcem, bywałem inżynierem, teraz jestem socjologiem. Kiedyś kierowałem projektami, nieraz nosiłem krzesła. Pod tym względem jestem typowym wychowankiem (beneficjentem?) unijnej III RP, z wszystkimi tego objawami, włącznie z grantozą, wypaleniem i paczką taśmy klejącej w kieszeni.

Zacznijmy od tego, że nie ufam megaprojektom. Po pierwsze dlatego, że prawie nigdy nie mieszczą się w budżecie, tak jak stało się to w przypadku tunelu pod kanałem La Manche, którego ostateczny budżet był prawie dwa razy większy niż wyjściowy. Po drugie, bo prawie nigdy nie mieszczą się w czasie ani nie dają założonego efektu, tak jak w przypadku lotniska w Denver, które było za duże, za drogie, zbudowane za późno i ostatecznie korzysta z niego o połowę za mało pasażerów. Przykłady te i szczegółowe analizy zaczerpnąłem od prof. Benta Flyvbjerga z Oksfordu, który pokazuje, jak bardzo wraz ze skalą przedsięwzięcia wzrastają korupcja i opóźnienia terminów wykonania.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Do wyjątków należą takie projekty, gdzie grupa realizująca jest mała i silnie przywiązana do konkretnej koncepcji. Przykładem może być afrykański Wielki Zielony Mur – pas zieleni przecinający Afrykę z zachodu na wschód, oddzielający Saharę od Sahelu, a tworzony wspólnie przez Senegal, Burkina Faso, Nigerię i Niger. Do tego przykładu jeszcze wrócimy.

Megaprojekty są co do zasady wrażliwe na lobbing biznesowy, co dobrze widać na przykładzie nadchodzącej unijnej transformacji energetycznej. Do jej części związanej z paliwami wrzucono niemal jeden do jednego postulaty firm paliwowych i samochodowych, za pomocą sztuczek prawnych klasyfikując np. biopaliwa jako „zielone” źródła energii i wstawiając wodór jako rozwiązanie prowizoryczne. My w Polsce wiemy najlepiej, jak to bywa z prowizorkami – okazują się zaskakująco trwałe. Przy tym większość wodoru do ogniw paliwowych powstaje dziś przy dużych emisjach CO2. Ten przypadek pokazuje, że megaprojekty unijne z trudem poddają się kontroli obywatelskiej, a ich procedowanie i treść ukrywane są za drzwiami rozmaitych fachowych podkomisji i zasłoną trudnego języka prawniczego.

Alternatywą niezbędną w kontekście zmian klimatycznych byłoby – zamiast gigantycznych przedsięwzięć – mnóstwo małych projektów, zazwyczaj prowadzonych we współpracy z małymi przedsiębiorstwami, spółdzielniami i mieszkańcami. Tu ryzyko lobbingu maleje, choć trudniej też śledzić ich efekty. No i nie wszystkie problemy da się w ten sposób rozwiązać. Choćby problem retencji wody w polskich rzekach to nie jest problem jednej gminy, nie mówiąc już o problemie przetwarzania odpadów.

Wielki Zielony Mur

Skoro nie za duże projekty i nie za małe mogą nam pomóc, to jakie? Przede wszystkim finansowane etapowo, porządnie weryfikowalne i otwarte na kontrolę obywatelską, z budżetem na utrzymywanie kancelarii otwartych danych i kompletu otwartych statystyk przeznaczonych do informacji publicznej. Z jasno wyznaczonymi celami, wynikającymi jedne z drugich i sprawdzalnymi, bo dziś w Polsce i w UE zbyt wiele projektów jest zatwierdzanych „siłą rozpędu” – na etapie planowania bardzo często nikomu nie zależało na konkretnych celach i wskaźnikach, ale jeśli nie ma konkretów na początku, to trudno je potem weryfikować w trakcie realizacji.

Z dotychczasowych kilkunastu lat członkostwa w UE wiemy, że odpowiedzialności przed obywatelami nie da się zapewnić „przy okazji”, bo wymaga ona uwzględniania w planowaniu od początku projektu. Być może niezbędne są do tego działania na pograniczu kilku aktorów: NIK, organizacji strażniczych sektora pozarządowego, dziennikarstwa śledczego.

Europejski Zielony Ład to świetny przykład greenwashingu

A że kontrola obywatelska wiąże się z kolejną biurokracją? Być może. Ale czy naprawdę dwa etaty „do kontaktu z obywatelami” w projekcie z budżetem rzędu, powiedzmy, 50 mln zł to dużo? W końcu to publiczne pieniądze. I znowu: to nie jest fantazja o idealnym świecie, bo przecież już się coś takiego dzieje na skalę pilotaży, np. w grantach naukowych unijnej European Science Foundation.

Naukowcy też marudzą, ale się przyzwyczajają. No to może autorzy projektów infrastrukturalnych i publicznych też mogliby?

Po tych wszystkich zastrzeżeniach pora na konkrety. To znaczy: w jakich obszarach Polska mogłaby włączyć się w projekty o średniej skali, ważne ze względu na specyfikę naszego położenia wobec zmiany klimatycznej?

Wspomniałem wcześniej o afrykańskim Wielkim Zielonym Murze. Jest on kontynuacją kilku wcześniejszych inicjatyw, jak na razie doprowadził do zazielenienia ok. 30 mln hektarów (300 tys. km2) w najbardziej suchym pasie Afryki. Dużo to czy mało?

Ponieważ wyrastałem we wsi w Polsce, to powiem, że to półtora raza w sam raz, bo to trochę ponad półtora raza powierzchnia rolnictwa w Polsce (18 mln hektarów). Dosłownie wyrwanych pustyni, dokładnie tak samo jak w filmie Diuna, który za moment ma wejść do kin. Udało się zwiększyć produkcję zboża w Etiopii i posadzić nowe pasy drzew odporniejszych na suszę w Senegalu. Ze strony UE projekt był wspierany przez dyplomację francuską, przynajmniej do czasu pandemii.

Co z tym ma wspólnego Polska? Po pierwsze: na tle UE jesteśmy wyjątkowo blisko kryzysu hydrologicznego. Proponowałbym zatem program badawczo-dyplomatyczny, integrujący Polskę z krajami Wielkiego Zielonego Muru oraz z Francją.

Badawczy – organizowany pod kątem badań upraw i gatunków drzew odpornych na suszę, sposobów hamowania pustynnienia i mechanizmów redukcji jałowienia gleb. A dyplomatyczny: pod kątem współpracy w zakresie migracji klimatycznych. Z tych właśnie regionów będzie pochodzić jakaś część uchodźców klimatycznych, a więc budowanie tam polskich placówek pozwoliłoby nam choć trochę lepiej antycypować fale migracji i rozpoznawać uwarunkowania kulturowe.

No i jeszcze argument dla redaktora Gadomskiego i podobnie myślących: jeden z partycypujących w Zielonym Murze krajów, czyli Nigeria, ma najmocniejszą gospodarkę spośród państw Afryki i też stoi na progu transformacji energetycznej. Korzystając z większej placówki w Nigerii, proponuję zatem zbudować szereg stacji badawczych z zakresu rolnictwa i misji handlowych w całym Zielonym Pasie. Do tego programy stypendialne, które przy normalizacji stosunków z Francją dałoby się współfinansować z UE. Za jednym zamachem szansa na rozwój badań związanych z klimatem Polski, trzymanie ręki na pulsie migracji klimatycznych i jakiś kierunek polityki zagranicznej.

Inwestycja w reaktory modułowe

Drugi obszar, który nie był zbyt mocno dyskutowany w Polsce, to kwestia małych reaktorów modułowych (SMR). Mowa w dużym skrócie o małych reaktorach jądrowych, które byłyby przeznaczone do produkcji seryjnej, łatwe w montażu, dostosowane do instalacji w gotowych blokach.

Dotychczasowe reaktory przypominają raczej meble robione przez rzemieślników pod wymiar, projektowane za każdym razem od nowa i dopasowywane do indywidualnych życzeń odbiorców. Reaktory modułowe to z grubsza to samo, co Henry Ford zrobił z samochodami, a Elon Musk chciałby zrobić z rakietami, czyli marzenie o standaryzowanej produkcji fabrycznej. Nie tylko szybszej i tańszej, ale też koniec końców bezpieczniejszej. Wiadomo, że eksperymenty komercyjne z takimi reaktorami realizowane są m.in. w Danii czy Czechach, nie wspominając oczywiście o USA, Wielkiej Brytanii czy Rosji.

Co w tym interesującego? Po pierwsze: technologia jest stosunkowo świeża i nie wymaga dużych inwestycji. Przykładowo, główny program badawczy amerykańskiego Departamentu Energii wart jest 600 mln dolarów w skali siedmiu lat. W skali badań przemysłowych – fistaszki. To mało, nawet jakby porównywać z wydatkami badawczymi na polską humanistykę, a co dopiero na energetykę przemysłową. Nic zatem dziwnego, że Dania i Czechy uruchomiły już swoje programy, żeby złapać choć szansę. Moja propozycja byłaby taka: porządny program rozpoznania potencjału wdrożeniowego między polską atomistyką a PGE EJ, na jakieś pięć lat i z budżetem, powiedzmy, 1 mld złotych. Do tego polski rząd mógłby wreszcie zapisać Polskę do grupy roboczej o SMR przy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Mamy zasoby kadrowe, mamy podmioty biznesowe z takimi możliwościami – czemu nie spróbować?

Atom najlepiej łączy bezpieczeństwo energetyczne z walką o klimat [rozmowa]

Pomysły, o których tu mowa, krążą wokół energetyki, migracji i kwestii pustynnienia. Te obszary uważam za najważniejsze, choć pewnie należałoby dołożyć do nich jeszcze poważniejszą dyskusję o rolnictwie, hydrologii i odporności klimatycznej naszych miast.

Nikt nas nie zbawi, trzeba zakasać rękawy

Nie sądzę, by te propozycje wyczerpywały zagadnienie, ale sądzę, że przynajmniej pokazałem Witoldowi Gadomskiemu i zwolennikom jego sposobu myślenia, że nawet jeśli pozostajemy na gruncie czysto ekonomicznym, to nie ma sensu ani bagatelizować kryzysu klimatycznego, ani też traktować go jako ściany ognia, za którą czeka nas tylko zagłada. Obydwa podejścia prowadzą bowiem do bierności zamiast aktywnego działania.

Tymczasem to raczej kwestia wariantów, założeń i modeli adaptacyjnych. Nie ma sensu szukać jednej idei, która rozwiąże wszystkie problemy, musimy szukać sposobów, żeby budować zasoby na dłuższy czas. W takim wyścigu wygrywają uważne żółwie, a nie zające poszukujące cudownych rozwiązań.

Zamiast zakończenia pozwolę sobie na anegdotę: na jednej z konferencji socjologiczno-klimatycznych spotkałem osoby modelujące stawki ubezpieczeń, czyli tzw. aktuariuszy. Poznałem ich przypadkiem, w trakcie przerwy przy dyskusji o jakichś modelach społecznych. Konferencja była dość niszowa, dotyczyła bardziej ruchów antykapitalistycznych związanych ze zmianą klimatu niż kwestii wielkiego kapitału. Zapytałem ich, co właściwie robią w tym dość niecodziennym dla nich miejscu. Jeden z nich, cokolwiek zasmucony, spojrzał mi w oczy i powiedział: „Musimy się uczyć od wszystkich. W tym też od ludzi, z którymi się nie zgadzamy w żadnym calu”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Marcin Zaród
Marcin Zaród
Fizyk, socjolog
Doktor inżynier, wykładowca socjologii cyfrowej na Uniwersytecie Warszawskim. Specjalizuje się w badaniach socjologii nauki i techniki. Z pierwszego wykształcenia fizyk i inżynier OZE. Członek partii Razem.
Zamknij