Gospodarka, Kraj

Zamiast nakładać podatki od reklam, PiS powinien sięgnąć do głębokich kieszeni zarządów i gwiazd

PiS-owska propozycja podatku od reklam jest źle przygotowaną receptą na błędnie opisany problem. Natomiast w koncernach medialnych jest mnóstwo realnych problemów, których jednak władze publiczne od lat nie ruszają, a wręcz udają, że ich nie ma.

Prawo i Sprawiedliwość zaproponowało, by wprowadzić nowe podatki od reklam i wpływy z nich przeznaczyć między innymi na wsparcie mediów zaprzyjaźnionych z władzą.

Ten pomysł wywołał słuszne oburzenie i niesmak, bo już teraz rząd wydaje setki milionów złotych na narodowo-katolicką propagandę. Ponadto trwa epidemia, a wraz z nią pogłębia się kryzys. Z jednej strony rząd chwali się, że w ramach tarcz antykryzysowych przekazuje ponad 200 mld zł, a z drugiej chce zabrać blisko miliard złotych branży medialnej, którą kryzys również dosięgnął. Nie da się uzasadnić tego typu działań inaczej niż poprzez chęć osłabienia mediów niewygodnych dla władzy.

Podatek od przychodu

Przede wszystkim jednak sama konstrukcja nowego obciążenia fiskalnego budzi poważne wątpliwości. To kolejny pomysł rządu na podatek od przychodu. Od początku bieżącego roku obowiązuje podatek od handlu, który ma dwie stawki. Pierwsza wynosi 0,8 proc. i obejmuje miesięczny przychód ponad 17 mln zł, ale nieprzekraczający 187 mln zł. Natomiast stawką 1,4 proc. będzie opodatkowana nadwyżka przychodu ponad kwotę 187 mln zł. Na tej samej logice opiera się obniżenie przez rząd Prawa i Sprawiedliwości podatku CIT do 9 proc. dla firm o przychodach do 2 mln euro, pierwotnie limit wynosił 1,2 mln euro. Deklaratywnie chodzi tu o zrównanie szans między małymi i dużymi firmami.

Ale czy faktycznie zrównywanie szans ma polegać na zwiększeniu obciążeń firm o większych przychodach? Takie rozwiązanie nie zrównuje szans, a po prostu osłabia sklepy o dużym obrocie, a przecież wśród nich są takie, które generują relatywnie mały zysk (na przykład kioski z gazetami). Tego typu rozwiązania opierają się więc na różnicowaniu podmiotów gospodarczych w zależności od ich wielkości i mogą budzić wątpliwości konstytucyjne.

Ponadto, wbrew argumentom partii rządzącej, największe media płacą obecnie różne formy podatków, nie tylko CIT, ale też kilka rodzajów opłat emisyjnych. W tym kontekście narzuca się pytanie, które warto zadać tak posłom PiS, jak i części Lewicy złorzeczącej na największe korporacje zachodnie: czy zadaniem państwa jest uprzywilejowywanie firm w zależności od ich wielkości lub kraju pochodzenia? Mówienie o progresji podatkowej w kontekście podatku od handlu lub podatku reklamowego jest nadużyciem, bo pojęcie progresji odnosi się do zysku, a nie do obrotu.

Podatki od reklam nie są złe, ale ten proponowany jest fatalny

Wprowadzenie progresji podatkowej stanowi jeden z fundamentów socjaldemokratycznej polityki gospodarczej – wyższe opodatkowanie najlepiej zarabiających koryguje nierówności, a zarazem umacnia solidarność społeczną. Jednak wyższe opodatkowanie korporacji o dużych obrotach tej funkcji nie spełnia. Nie niweluje nierówności społecznych, a jedynie dowartościowuje małe firmy względem tych większych.

Jak się mają do tego prawa pracownicze?

Czy to gra warta świeczki? Z perspektywy praw pracowniczych nie ma to żadnego znaczenia, a w mikrofirmach sytuacja pracowników jest o wiele gorsza niż w dużych przedsiębiorstwach. Coroczne raporty Państwowej Inspekcji Pracy pokazują, że prawa pracownicze znacznie częściej łamane są w najmniejszych firmach niż w dużych przedsiębiorstwach.

Również dane Głównego Urzędu Statystycznego jasno wskazują, że małe nie jest piękne. W 2019 r. średnie płace w firmach do dziewięciu osób wynosiły zaledwie 3349 zł brutto, a tymczasem w przedsiębiorstwach zatrudniających ponad dziewięć osób – 5169 zł, czyli o ponad 50 proc. więcej. Również warunki pracy w firmach z udziałem kapitału zagranicznego są o wiele lepsze niż w polskich przedsiębiorstwach – lepiej płacą, rzadziej łamią prawa pracownicze, dają różne dodatkowe profity, których nie ma w firmach krajowych. Dotyczy to też mediów. Nie ulega wątpliwości, że korporacje medialne, szczególnie z udziałem kapitału zagranicznego, oferują lepsze warunki pracy niż małe media krajowe.

Z drugiej strony małe, oddolne media to nie tylko przedsiębiorstwa, ale często też inicjatywy odgrywające ważną rolę w przestrzeni publicznej. Dlatego powinny funkcjonować różne formy wsparcia publicznego dla tego typu podmiotów, podobnie jak dla organizacji pozarządowych. Natomiast wydaje się mocno dyskusyjne, by państwo opodatkowywało reklamy mediom w zależności od ich wielkości czy pochodzenia. Fiskus powinien zwalczać kreatywną księgowość i różne techniki optymalizacji podatkowej, ale trudno uzasadnić tworzenie nowych rozwiązań podatkowych pod kilka dużych koncernów medialnych. Skoro dana firma ma duże zyski, powinna płacić podatek CIT, który mógłby zostać podniesiony o kilka punktów procentowych, bo polskie 19 proc. jest znacznie niższe niż podatek od firm w większości rozwiniętych krajów zachodnich. Francja i Niemcy mają CIT o ponad 10 punktów procentowych wyższy niż Polska.

Trudno jednak nie zauważyć, że duże koncerny medialne nie traktują dobrze pracowników. W branży dziennikarskiej w ogóle nie istnieją układy zbiorowe ani regulaminy płac, a umowy na etat są spotykane coraz rzadziej. Jednocześnie zarządy dużych korporacji medialnych takich jak TVN czy Agora zarabiają miliony, zatrudniając wielu pracowników na niskopłatnych śmieciówkach. Czy to argument na rzecz dociskania dużych koncernów i podnoszenia im podatków? Oczywiście nie, ale z pewnością ich skargi, że jakakolwiek dodatkowa danina doprowadzi ich do bankructwa, odbierają im wiarygodność.

Jaka alternatywa?

W tej sytuacji warto nakreślić alternatywne pomysły wobec tych przedstawionych przez rząd. Premier nie chce wprost przyznać, że w budżecie brakuje pieniędzy i w związku z tym trzeba komuś podnieść podatki. Dlatego szuka dodatkowych źródeł wpływów budżetowych, których nie nazywa podatkami, a przy okazji uruchamia populistyczne nagonki na wybrane grupy, w tym właśnie media komercyjne. To strategia nieuczciwa i społecznie szkodliwa. Ale merytoryczna opozycja nie powinna uciekać przed problemem braku środków publicznych i potrzebą wskazania źródeł finansowania ważnych wydatków związanych z opieką zdrowotną czy szkolnictwem. Skąd więc zdobyć nowe środki i przedstawić rzeczową alternatywę wobec pomysłów rządu?

W „narodowej demokracji” Kaczyńskiego nie ma miejsca na niezależne media

Największe media opierają się na gigantycznych dysproporcjach dochodowych. Wielu pracowników otrzymuje minimalne stawki, ale są też tacy, którzy zarabiają miliony. Nawet w czasach największego kryzysu prowadzący w największych kanałach telewizyjnych zarabiają rocznie setki tysięcy złotych, a producenci dużych produkcji czy celebryci wręcz miliony.

Gigantyczne wynagrodzenia otrzymują też oczywiście członkowie zarządów największych stacji telewizyjnych, gazet czy kanałów radiowych. W sytuacji kryzysu podniesienie im podatków nie odbiłoby się negatywnie na kondycji mediów, a zwiększyłoby wpływy budżetowe. Wprowadzenie dodatkowej, wyższej stawki podatku dochodowego PIT od osób fizycznych objęłoby np. gwiazdy TVP, ale też mediów prywatnych.

Warto też zauważyć, że czołowi celebryci nie mogliby przenieść swoich dochodów za granicę, a więc wzbogaciłby się na nich polski fiskus. Jeżeli PiS chce sięgnąć do głębokich kieszeni, to z całą pewnością powinien podnieść podatki osób o najwyższych dochodach. W ten sposób wpływy budżetowe wzrosłyby znacznie bardziej niż przy wprowadzeniu podatku od reklam, a nowe obciążenie nie byłoby groźne ani dla mediów, ani dla żadnej innej branży. Co najwyżej, celebrytów i prezesów spółek skarbu państwa byłoby stać na jeden samochód mniej.

Bogatsi cieszą się przywilejami

Według ostatnich danych z 2018 r. średnie obciążenie dochodu podatkiem PIT dla podatników rozliczających się według skali podatkowej po odliczeniu składek na ubezpieczenia społeczne wynosiło tylko ok. 9 proc. Podatnicy mający dochody do 85,5 tys. zł i objęci stawką 18 proc. zapłacili przy uwzględnieniu wszystkich ulg i zwolnień średnio 7,5 proc. dochodu, a ci wchodzący w drugi przedział skali podatkowej, objęci stawką 32 proc., zapłacili 15,5 proc. Dane ministerstwa pokazują też, że w górną stawkę podatku PIT, 32 proc., w 2018 r. wchodziło zaledwie 4 proc. podatników rozliczających się według skali (czyli jakiś 1 mln z łącznej liczby ponad 25 mln osób).

Warto też zauważyć, że w Polsce górna stawka podatku PIT należy do najniższych w Unii Europejskiej. Zdecydowana większość krajów UE ma znacznie wyższe stawki – w Szwecji to 57,2 proc., w Danii – 55,9 proc., w Holandii – 51,8 proc., w Słowenii – 50 proc., w liberalnej Irlandii – 48 proc. Zwiększenie progresji podatkowej i wprowadzenie dodatkowego progu na poziomie 50–55 proc. (np. od kwoty 120 tys. zł) nie tylko więc byłoby pożądane społecznie, ale też przybliżałoby nasz kraj do rozwiązań podatkowych Europy Zachodniej.

Od 2019 r. obowiązuje co prawda tzw. podatek solidarnościowy, ale jego zasięg jest bardzo ograniczony. Wynosi on 4 proc. od kwoty przekraczającej milion złotych, ale obejmuje zaledwie około 20–25 tys. podatników. Ponadto od 2004 r. przedsiębiorcy mogą płacić podatek liniowy na poziomie 19 proc., z którego korzysta coraz więcej osób. W 2004 r. było ich 200 tys., w 2009 r. ponad 390 tys., a w 2018 r. już ponad 629 tys. Ich łączny dochód brutto w 2018 r. stanowił aż 168,3 mld zł, a więc przeciętny dochód każdego z podatników należących do tej grupy wyniósł 267,4 tys. zł rocznie, czyli blisko 22,3 tys. zł miesięcznie! W kontekście kryzysu finansów publicznych wydaje się oczywiste, że ten dziwny przywilej dla bogatych podatników powinien zostać zlikwidowany.

Alternatywą fiskalną wobec podatku reklamowego jest więc wprowadzenie dodatkowej stawki podatku PIT i zniesienie podatku liniowego dla przedsiębiorców. Ale jest jeszcze drugi wymiar dyskusji na temat kondycji mediów.

Dziennikarze na śmieciówkach

W debacie na temat nowego podatku medialnego szczególnie politykom i ekspertom związanym z lewicą trudno było bronić koncernów medialnych ze względu na fatalne traktowanie pracowników w całej branży dziennikarskiej. Stąd część komentatorów przychylnie zareagowała na pomysł rządowy, wiedząc, że wydatki koncernów medialnych to w znacznym stopniu wypłaty dla zarządów i nielicznych gwiazdorów. Można mieć wątpliwości, czy to wystarczający powód do poparcia źle przygotowanego rozwiązania, ale jeżeli media chcą mieć społeczeństwo za sobą, powinny dbać o swój wizerunek.

Dlatego optymalnym rozwiązaniem dla branży medialnej powinno być wprowadzenie układu zbiorowego, który regulowałby zasady zatrudnienia pracowników różnych segmentów rynku medialnego, w tym dziennikarzy prasowych, montażystów czy fotoreporterów. Taki układ określałby obligatoryjność etatów w części branży, minimalne stawki za pracę czy zasady dotyczące czasu pracy. Przyjęcie tego typu rozwiązań zwiększyłoby solidarność korporacyjną, a zarazem pozwoliłoby na uregulowanie pracy w branży, która obecnie funkcjonuje tak, jakby prawo pracy w ogóle nie istniało.

Innym rozwiązaniem, które byłoby pożądane nie tylko dla branży medialnej, ale też dla całej gospodarki, jest wprowadzenie limitów dopuszczalnych nierówności w obrębie danego przedsiębiorstwa. Warto byłoby przyjąć zasadę, zgodnie z którą łączne dochody najlepiej opłacanej osoby w danej firmie nie mogą przekraczać np. ośmiokrotności najgorzej opłacanego pracownika. Jeśli więc firma z powodu kryzysu obniżałaby pensje części pracowników (co miało miejsce choćby w Polskich Liniach Lotniczych LOT), to również zarząd firmy musiałby obniżyć sobie wynagrodzenia, tak by nie były one wyższe niż osiem wynagrodzeń najniżej opłacanych pracowników. W największych mediach nierówności są szczególnie irracjonalne, gdyż researcherzy zarabiają grosze, jeżdżąc całymi dniami w poszukiwaniu setek, a prowadzący główne serwisy informacyjne bezmyślnie czytający z promptera otrzymują dziesiątki tysięcy złotych.

Inne rozwiązanie, które byłoby dobrą praktyką korporacyjną, zwiększającą zaufanie pracowników do zarządu, to określenie minimalnego procentowego udziału płac w zyskach i/lub przychodach firmy.

Dziennikarstwo to praca

Obydwa powyższe rozwiązania mogłyby jednak być stosowane przy wprowadzeniu innej, bardzo pożądanej regulacji w polskiej gospodarce, a mianowicie jawności płac, która pozwoliłaby na zdrowsze i bardziej transparentne relacje między pracodawcami i pracownikami.

Obecnie zdarzają się sytuacje, gdy firma zwalnia pracowników lub obniża im pensje, a w tym samym czasie kadra zarządzająca przyznaje sobie podwyżki lub premie. Bywa też tak, że koszty kryzysu ponosi arbitralnie wybrana część pracowników. Takie decyzje budzą uzasadnione niezadowolenie pracowników i niechęć opinii publicznej.

Ponadto informacje na temat podwyżek lub ich braku są przedmiotem plotek, a brak sprawdzonej wiedzy psuje atmosferę w przedsiębiorstwie i skłóca załogę. Jawność płac byłaby dla pracodawców bodźcem do bardziej sprawiedliwego i akceptowanego dla pracowników systemu płac. Musieliby tłumaczyć pracownikom przyczyny wprowadzanych rozwiązań płacowych, w tym przekonać załogę co do wysokości honorariów dla kadry zarządzającej.

PiS-owska władza stara się zniszczyć wszelkie niezależne od niej podmioty, w tym media. Kolejne ustawy uderzające w organizacje krytyczne wobec rządu są niebezpieczne, źle przygotowane i szkodliwe społecznie. Ale krytyka tych rozwiązań to za mało. Potrzeba całościowych alternatyw i mocnych argumentów przeciwko propagandzie władzy. Największe media powinny być rzetelne, transparentne finansowo i szanujące swoich pracowników. Dzięki temu zyskają większe poparcie opinii publicznej i łatwiej im będzie chronić się przed autorytarną władzą.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Szumlewicz
Piotr Szumlewicz
Lider związku zawodowego Związkowa Alternatywa
Lider związku zawodowego Związkowa Alternatywa, redaktor naczelny magazynu gospodarczego „Fakty”, redaktor kwartalnika „Bez Dogmatu” i portalu lewica.pl, felietonista portalu strajk.eu, komentator spraw związkowych i pracowniczych w Krytyce Politycznej.
Zamknij