Kraj

W „narodowej demokracji” Kaczyńskiego nie ma miejsca na niezależne media

Jeśli w telewizji zostaną nam „Wiadomości”, w internecie felieton Piotra Semki, a w radiu pieśni Jana Pietrzaka i dyskusje Sakiewicza z Karnowskimi, to nie tylko trudno nam będzie odczuwać smak życia, ale i zmienić władzę polityczną w Polsce w demokratyczny sposób. Komentarz Jakuba Majmurka.

Pewnie nie uszło państwa uwadze, że w środę praktycznie wszystkie media – poza narodowymi – zawiesiły normalną działalność lub ogłosiły solidarność z protestem. Telewizje pokazywały czarną planszę z napisem „tu miał być twój ulubiony program”, a zamiast pierwszych stron gazet i portali internetowych na ekranach naszych komputerów wyświetlały się czarne plansze z białym napisem: „Media bez wyboru. W tym miejscu powinna być nasza treść, jeśli plany rządu się powiodą, możesz jej kiedyś naprawdę nie zobaczyć”.

Chyba nigdy w historii III RP nie mieliśmy tak szerokiego protestu tak różnych mediów. Wszystko to z powodu nowego projektu rządu Mateusza Morawieckiego.

O co w nim chodzi? O nałożenie „składki solidarnościowej”, a faktycznie podatku od przychodów z reklam. Mają go zapłacić wydawcy prasy, portale internetowe, telewizje, kina, stacje radiowe, firmy zajmujące się reklamą zewnętrzną. Na co ma pójść składka? Według projektu ustawy połowa na Narodowy Fundusz Zdrowia, 15 proc. na Narodowy Fundusz Obrony Zabytków, reszta na mający dopiero powstać Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Ma się on zajmować badaniami medioznawczymi oraz „promowaniem dziedzictwa narodowego, kulturalnego i sportowego” w mediach.

To naprawdę najgorszy możliwy moment

Media powinny oczywiście płacić podatki proporcjonalne do swoich zysków. Nie trzeba nikogo przekonywać, że NFZ czy ochrona zabytków wymagają wsparcia. Rządowy pomysł zabiera się jednak do tego od najgorszej strony. Szuka pieniędzy tam, gdzie wcale ich wiele nie ma: nakłada dodatkowe obciążenia na branże, które i tak już zostały poszkodowane w wyniku pandemii, jak prasa i kina.

Kina zostały przymusowo zamknięte w 2020 roku na 140 dni, czyli około 38 proc. roku. Na pełnych obrotach pracowały tylko przez dwa pierwsze miesiące 2020 roku. Gdy otworzyły się w lecie, w reżimie sanitarnym, widzowie wracali do nich bardzo ostrożnie. W 2021 jest niewiele lepiej. Po sześciu tygodniach zamknięcia kina otwierają się „na próbę” dopiero 12 lutego, nie wiadomo jeszcze, na jak długo. W 2020 sprzedano tylko 17 milionów biletów za 300 milionów złotych – to najgorszy wynik od 2005 roku. W 2019 na bilety kinowe wydaliśmy 1,13 miliarda złotych – prawie cztery razy więcej. Rynek reklamy kinowej w okresie marzec–wrzesień 2020 zmniejszył się wobec podobnego okresu w 2019 o blisko 90 proc.

Wiele kin jest na granicy przetrwania. Łatwej sytuacji nie mają nawet wielkie sieci multipleksów. W listopadzie 2020 jedna z sieci przegrała kosztowny proces ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich – wyrok nakazuje zapłatę kilkunastu milionów tantiem reprezentowanym przez stowarzyszenie twórcom. W tej sytuacji, biorąc pod uwagę znaczenie gęstej sieci kin dla kultury audiowizualnej, należałoby pozwolić kinom – małym i większym – nadrabiać straty z zeszłego roku, a nie dokładać im dodatkowe daniny.

Pandemia uderzyła też w sprzedaż prasy papierowej. Społeczna izolacja, praca zdalna, zamknięcie galerii handlowych nie sprzyjały kupowaniu gazet. Jak podaje branżowy „Press”, w 2020 roku sprzedaż dzienników w Polsce spadła o 14,73 proc. Trendy spadkowe od dawna są widoczne na rynku prasy papierowej. Czytelnicy wybierają wydania elektroniczne lub ofertę portali internetowych. Pandemia przyspiesza te procesy – spadek sprzedaży dzienników był w 2020 roku dwukrotnie większy niż w 2019.

Przejście z papieru do internetu to nie tylko zmiana medium, w jakim czytamy tekst, ale także wyzwanie dla całego modelu biznesowego prasy. Stary model, oparty na sprzedaży fizycznej kopii gazety i sprzedaży w niej reklam – tym droższych, im większy nakład – wyczerpuje się na naszych oczach. Nowy dopiero się tworzy. Przychody z prenumerat cyfrowych i reklam on-line nie bardzo są w stanie zrekompensować te utracone w wyniku spadku sprzedaży papieru i drukowanych w nim reklam.

Popandemiczne spowolnienie uderzy w rynek reklamy, nawet w najlepiej radzące sobie na nim media. Wydatki na reklamę pierwsze pójdą pod gilotynę korporacyjnego Excela we wszystkich dotkniętych kryzysem branżach. Media są dziś tym sektorem, który wymagałby raczej publicznego wsparcia niż dodatkowych danin. Dodatkowa zaś składka dla wielu mediów może okazać się poważnym problemem, tym większym, że ma być liczona od przychodu z reklam – niezależnie od ogólnej zyskowności danego medium.

Media tylko narodowe

Państwo PiS, jeśli już chce pomagać, to tylko swoim mediom. Robi to, pompując miliardy z budżetu w propagandę TVP – która dziś jest parodią etosu telewizji publicznej – i miliony ze spółek skarbu państwa na często pozbawione biznesowej logiki reklamy w słabiutko radzących sobie z dotarciem do odbiorców mediach Karnowskich i Sakiewicza.

Groteskowa TVPiS jako największe zaniechanie Donalda Tuska

Pomaganiu swoim służyć będzie także najpewniej zapowiadany w ustawie Fundusz Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów. Nietrudno zgadnąć, kto dostanie z niego wsparcie na badanie medialnych treści czy promowanie dorobku polskiej kultury i sportu. Skoro Tomasz Sakiewicz potrafił uruchomić portal o puszczy, to i z portalem o osiągnięciach polskiego sportu jakoś sobie poradzi – zwłaszcza jak będą do wzięcia nowe publiczne środki. Jak celnie skomentował to poseł Adrian Zandberg: „propozycja rządu jest kuriozalna. Sprowadza się do tego, żeby wziąć pieniądze z tych mediów, których władza nie kontroluje, i rozdać je tym mediom, które się władzy podobają”.

Lewica nie ma alergii na słowo “składka”, ale propozycja rządu jest kuriozalna. Sprowadza się do tego, żeby wziąć…

Posted by Adrian Zandberg on Wednesday, February 10, 2021

Dlatego na projekt „składki solidarnościowej” dla PiS należy też patrzeć w kontekście całej filozofii i praktyki politycznej PiS. W projekcie „narodowej demokracji” Jarosława Kaczyńskiego nie ma po prostu miejsca na niezależne media, realnie patrzące władzy na ręce. Dla Kaczyńskiego media są zawsze czyjeś: albo realizują jego przekaz dnia, albo któregoś z jego przeciwników. By utrzymać władzę – co jest ostatecznym celem lidera PiS – trzeba więc zminimalizować wpływ tych mediów, które władza postrzega jako wrogie sobie.

Do tej politycznej kalkulacji u prezesa PiS i wielu działaczy rządzącej partii dochodzi autentyczne poczucie krzywdy, przekonanie, że liberalne media przez dekady niesprawiedliwie niszczyły i atakowały wszelkie projekty „obozu prawicowego” i teraz w końcu powinny „dostać za swoje”.

Ideałem Kaczyńskiego wydaje się model, w którym wszystkie najważniejsze media znajdują pod kontrolą spółek skarbu państwa, a w najgorszym razie należą do dobrze żyjących z władzą, zależnych od niej oligarchów. Krytyczne wobec rządu opinie mogłyby w tym modelu wybrzmieć wyłącznie w mediach aktywistyczno-obywatelskich bez realnych zasięgów, wiecznie niedofinansowanych i pozbawionych realnej możliwości ekspansji. W takich warunkach rząd nie tylko nie musi obawiać się, że jacyś dziennikarze śledczy ujawnią aferę z udziałem posła czy ministra, ale sprawuje tak ścisłą kontrolę nad debatą publiczną, że trudno w niej o realną konkurencję polityczną i ideologiczną, bez której nie ma mowy o dobrze działającej liberalnej demokracji.

W ciągu pierwszej kadencji PiS głównie o takim modelu mówił, nie zrobił wiele, by się do niego zbliżyć. W tej wyraźnie zaczyna czynić kroki w celu jego implementacji. Zaczęło się od zakupu Polska Presse przez państwowy Orlen, co z kontrolowanej z Nowogrodzkiej spółki skarbu państwa zrobiło praktycznego monopolistę na rynku prasy lokalnej. Można się domyślać, że celem ustawy o składce solidarnościowej jest takie osłabienie zyskowności działających w Polsce mediów, by ich właściciele długo nie zastanawiali się, co zrobić, gdy prezes Obajtek czy inny menadżer z nadania PiS złożą im finansowo przyzwoitą propozycję zakupu ich dziennika, telewizji lub radia.

PiS bierze media lokalne. Czarny dzień dla wolności słowa w Polsce

Gdzie jest interes społeczny?

Oczywiście pod adresem protestujących dziś mediów można mieć różne uwagi. Model mediów oparty na działających dla zysku korporacjach medialnych także ma swoje wady i ograniczenia. W dobrze urządzonej demokracji powinien być równoważony przez silne, godne tego miana media publiczne, kontrolowane przez obywateli, nie polityków. Państwo powinno też wspierać media obywatelskie, społeczne itp. Dziś nie jest jednak czas na dyskusję nad tym, jaki model finansowania niezależnych mediów marzyłby nam się w idealnym świecie.

Rząd wyraźnie bierze na cel jedyne niezależne media, jakie mamy, jedyne zdolne realnie kontrolować władzę i zwracać uwagę opinii publicznej na jej korupcję, arogancję, głupotę. Mówcie, co chcecie o protestujących dziś mediach, ale bez nich nie dowiedzielibyśmy się o hotelu na godziny Banasia, dwóch wieżach Kaczyńskiego, represyjnych akcjach prokuratury Ziobry, aferze hejterskiej w Ministerstwie Sprawiedliwości. Nie mielibyśmy przestrzeni, w której mogłaby wybrzmieć krytyka polityki rządu, sprzeciw wobec jego języka, nagonek na lekarzy, osoby LGBT+ i inne grupy.

Realny wybór przebiega dziś w Polsce między zachowaniem niezależności dużych prywatnych mediów – niemożliwej bez silnych ekonomicznych podstaw – a państwowym kapitalizmem, budującym medialny monolog. Nie mam wątpliwości, która strona tej alternatywy jest dziś zgodna z interesem społecznym, a która stanowi zagrożenie dla i tak już poobijanej polskiej demokracji liberalnej.

W warunkach, gdy na wszystkich ekranach widzimy ekspertów Wiadomości, gdy każdy portal otwiera felieton Piotra Semki, a z radia pieśni Jana Pietrzaka płyną na przemian z dyskusjami Sakiewicza z którymś z Karnowskich, nie tylko trudno odczuwać smak życia, ale także naprawdę ciężko będzie zmienić obecną władzę w normalny demokratyczny sposób. Do tego potrzebna jest jakaś medialna przestrzeń, gdzie różne pomysły na państwo mogą się ze sobą realnie ścierać, a obywatele i obywatelki mają skąd czerpać rzetelne informacje o tym, co robi władza. A zwłaszcza o tym, co rząd chciałby przed nimi ukryć.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij