Kraj

Queerowe życie jest nie tylko możliwe, ale już tutaj jest. Już się dzieje

Fot. Monika Bryk

− Będę wspominała nie tylko zamieszki i brutalność policji, ale radosny, hałaśliwy przemarsz spod siedziby KPH, feerię barw i ścisk na placu Defilad. Tam czułam, że tacy ludzie jak ja są możliwi i że możemy też być rozkrzyczani w gniewie i radości. Zresztą powiedzieć „możemy być” nie wystarczy. Jesteśmy. Pisze Sójka.


Po wydarzeniach ostatnich dni, po wspaniałych gestach queerowej solidarności, po bombastycznym pokazie państwowej przemocy i policyjnej brutalności, po (którym to już!) wybiciu transfobicznego szamba w mediach − ukaże się niewątpliwie wiele komentarzy i wypowiedzi, opisujących złą sytuację osób LGBT+ w przestrzeni publicznej w Polsce oraz sposób, w jaki rząd wykorzystuje queerfobiczną panikę jako technikę władzy. I dobrze − trzeba o tych sprawach mówić i trzeba o nich przypominać. Obawiam się tylko, że czegoś w tym ponurym obrazie będzie brakowało.

Z piątkowego protestu zapamiętam nie tylko przerażającą noc, gdy wśród wyjących syren czekałam na wiadomość, czy moim przyjaciołom też udało się bezpiecznie wrócić do domu, a z sobotniej demonstracji pod Pałacem Kultury zapamiętam nie tylko rozpaczliwe przemówienia i atmosferę gniewu i strachu.

Sadyzm impotentów, czyli sprawa Margot a schyłkowa sanacja

Będę też wspominała radosny, hałaśliwy przemarsz spod siedziby KPH pod pomnik Kopernika, nieoficjalny Pride 2020, którego miało nie być, a jednak się odbył. Będę wspominała ścisk na Placu Defilad, feerię barw i wspaniały widok różnorodnych ciał otwarcie i bezwstydnie stojących razem. Będę to wspominała, ponieważ jest to namacalny dowód na to, że inne życie nie tylko jest możliwe, ale po prostu jest już teraz w Polsce obecne.

Piękno queerowej polifonii

To, co się zdarzyło, nie było wcale radykalnie nowe, pozbawione precedensu. Już w piątek zaczęły się pojawiać głosy próbujące opisać protest przeciwko aresztowaniu Margot ze Stop Bzdurom jako „polskie Stonewall”. Nie jestem do tego przekonana − widzę w tym próbę ustalenia historii polskiego queeru tak, jakby miał się on siłą rzeczy toczyć zgodnie z tym samym scenariuszem, w który wpisuje się historię amerykańskiego ruchu LGBT+. Jest też coś podejrzanego w ustalaniu takiego „punktu zero”, jakby to miał być dopiero początek, jakby wszystko, co zdarzyło się wcześniej: aktywizm, Marsze Równości − nie tylko w Warszawie, ale też „lokalnie”, w Lublinie czy Białymstoku − miało znaczenie tylko jako rozbieg do tej jednej, historycznej chwili.

Jeśli zastanawiasz się, dlaczego opozycja przegrywa…

Ale nie o to chodzi. Bez względu na hierarchię pierwszeństwa chciałabym podkreślić piękno i żywotność tego, co działo się w trakcie protestów.

Jestem świadoma, że opisywanie politycznych wydarzeń za pomocą kategorii estetycznych jest obarczone ryzykiem popadnięcia w elitaryzm. Mimo to nie znajduję innych słów dla opisania ucieleśnionego i życiodajnego piękna różnorodności i queerowej polifonii oraz dla oddania tego, co reprezentuje ono dla mnie i − chciałabym wierzyć − innych, podobnych do mnie ludzi.

To piękny świat, o którym − wychowując się w prowincjonalnym miasteczku na obrzeżach kraju − nie potrafiłabym sobie nawet pomyśleć, że zaistnieje. I nie chodzi mi tutaj o wykluczenie społeczne; okolice mojego dorastania nie były biedne. Nie chodzi też tutaj o traumę wychowania przez konserwatywną, fundamentalistyczną rodzinę. Miałam szczęście dorastać w domu liberalno-lewicowym. Ale mimo wszystkich tych przywilejów horyzont możliwego życia w rodzinnej okolicy był wąski w sposób, z którego nie zdawałam sobie nawet sprawy.

Nie zmieniły tego też pierwsze studia na konserwatywnej uczelni, chociaż właśnie wtedy z przypadkowej lektury dowiedziałam się, że może istnieć coś takiego jak osoba trans. Jednak w tym świecie, który wtedy wydawał mi się jedynym możliwym, transowość mogła być jedynie przerażającą traumą, należącą się wyłącznie sparaliżowanym dysforią; swobodna, niewstydząca się siebie transowość, niepotrzebująca usprawiedliwiać się w języku psychiatrii i prawa wydawała mi się czymś, na co tutaj, w Polsce, nie było miejsca.

Ten styl myślenia nie jest rzadki. I niekoniecznie wynika z prostej homofobii czy transfobii, ale raczej z głębokiego poczucia, że queerowe życie jest czymś niemożliwym, że queerowość to los wyrzutków i desperatów, definiowanych przez ich wykluczenie i traumę, nieustannie dotykanych przemocą. To styl myślenia mojej − dobrze mi życzącej − matki, upominającej mnie, że za kolorowe ubrania można dostać po twarzy od pseudokibiców. To myślenie bardzo bliskiej mi osoby, która moją próbę wyjścia przed nią z szafy zbyła stwierdzeniem, że pewnie po prostu mówi przeze mnie autyzm. To myślenie, którego głęboką, choć niewypowiedzianą istotą, jest przekonanie, że za queerowość trzeba płacić bólem i wykluczeniem, że musi być nieszczęśliwa, że spełnienie się w niej jest, po prostu, niemożliwe. Było ze mną zbyt w porządku, żebym mogła być trans.

Władze ponoszą porażkę

Już teraz można przeczytać wiele komentarzy wskazujących sposoby, na które PiS wykorzysta protesty do napędzania i rozgrywania wojny kulturowej, gdzie sposób aresztowania Margot był niczym innym jak prowokacją i rzuceniem ochłapu fundamentalistycznemu elektoratowi podgryzanemu przez Konfederację.

Posłanki Lewicy na tęczowo na zaprzysiężeniu prezydenta

Przy całej swojej trafności komentarze często popadają w fatalistyczny ton, wskazując, jak medialna supremacja władz nakręca queerfobiczną spiralę nienawiści, jak przebicie się z naszym przekazem będzie trudne, jeśli nie niemożliwe. Jak jesteśmy skazani, jako osoby queerowe, na bycie „tematem zastępczym”, nawet dla opozycji użytecznym głównie jako tęczowa przypinka do polityki anty-PiS-u. Jest w tym dużo prawdy.

A jednak, jeśli celem polityki władz jest eliminacja queerowości z przestrzeni publicznej, to na tym froncie ponosi ona monumentalną porażkę. Obrazu świata, w którym dorastałam, nie da się już zachować. Widok protestujących z barwnymi flagami wspinających się na pomnik Kopernika, rozkrzyczany tłum z placu Defilad, bez względu na to, jak go oczerniać, pokazuje, że queerowe życie jest nie tylko możliwe, ale że jest już tutaj. Między nami. Że to już się dzieje.

Nigdy nie czułam się pewniejsza w swojej transowości, bardziej zdolna do życia w ten sposób niż tam właśnie. Bez względu na grozę chwili chcę zapamiętać najmocniej to głębokie, wzruszające poczucie, że moje życie, którego kiedyś nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, tutaj, teraz ma się lepiej niż kiedykolwiek wcześniej. Że tacy ludzie jak ja są możliwi i że możemy też być rozkrzyczani w gniewie i radości. Zresztą powiedzieć „możemy być” nie wystarczy. Jesteśmy.

Obok tęczowych flag powieśmy też biało-czerwone

Wszystkim zaś tym, którzy uważają się za naszych sojuszników, a którzy mogą czuć się zaniepokojeni, że zetknięcie społeczeństwa z otwartą innością wywołuje zniesmaczenie, chciałabym tylko przypomnieć słowa jednej z „wielopłciowych matek” ruchu queerowego w Stanach Zjednoczonych, Eve Kosofsky-Sedgewick, która prawie trzydzieści lat temu napisała, że: „pragnienie godnego traktowania już homoseksualnych [już transpłciowych − przyp. Sójka] osób koniecznie musi przekształcić się albo w protekcjonalną apologetykę, albo, co gorsza, w dobrze zakamuflowany współudział w opresji − chyba że będzie mu towarzyszyło mocne, otwarte, erotycznie naładowane afirmowanie odczuwanej przez niektórych potrzeby, żeby świat tuż obok nich zamieszkany był również przez gejów [transów, enbies, asy… − przyp. Sójka]”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać