Kraj

Pięć bzdur, które prawica opowiada o konwencji antyprzemocowej

Agata Diduszko-Zyglewska

Kobiety − tam gdzie są bezpieczne, a państwo gwarantuje im równe prawa − stają się aktywniejszymi obywatelkami. Kobiety, które nie muszą obawiać się o codzienne bezpieczeństwo, własne i swoich dzieci − głosują. I gdyby to głos kobiet był decydujący, prawicowi populiści i fanatycy religijni nie mieliby żadnych szans na utrzymanie władzy.

Konwencja o zapobieganiu przemocy wobec kobiet i przemocy w rodzinie służy ochronie ludzi przed przemocą. W jej kontekście mówi się głównie o kobietach i dzieciach, bo − jak możecie sprawdzić w dowolnych statystykach policyjnych − w przeważającej liczbie wypadków katowanymi domownikami są kobiety i dzieci, a katującymi mężczyźni.

Konwencja ustanawia standardy ochrony ofiar, profilaktyki i edukacji dotyczącej zapobiegania przemocy, których muszą przestrzegać kraje, które ją podpisały.

Prawicowym populistom i fanatykom religijnym u władzy w Polsce (i nie tylko) bardzo to nie pasuje i robią wszystko, żeby Polska wypowiedziała konwencję stambulską.

Kobiety, które nie muszą się obawiać

Dlaczego? Z bardzo niskich i prozaicznych pobudek.

Wiedzą, że kobiety − tam gdzie są bezpieczne, a państwo gwarantuje im równe prawa − stają się aktywniejszymi obywatelkami. W państwie, które przestrzega praw człowieka, kobiety nie muszą już na własną rękę chronić siebie i swoich dzieci przed przemocą domową i brać na swoje barki nieodpłatnej pracy opiekuńczej, bo państwo, w którym płacą podatki, zapewnia odpowiedni dostęp do przedszkoli, żłobków, szpitali i ośrodków opiekuńczo-leczniczych. Nie muszą bać się biedy wynikającej z niższych pensji i niższych emerytur. Zdobywają dobre posady, pną się po szczeblach kariery i dzięki swoim kompetencjom zajmują stanowiska związane z władzą. A to oznacza, że ci, którzy wcześniej, podpierając się wytrychami „tradycji”, „woli boga” i „naturalnego porządku”, przyznali sobie uprzywilejowane miejsce w społeczeństwie, muszą się posunąć i oddać kobietom część władzy, po prostu uznając fakt, że kobiety są ludźmi i przysługuje im pełnia praw obywatelskich.

Graff, Korolczuk: Gender to śmiertelnie poważna sprawa

Kobiety, które nie muszą obawiać się o codzienne bezpieczeństwo, własne i swoich dzieci, mają przestrzeń na wypełnianie obowiązków obywatelskich – i głosują. Badania dotyczące preferencji wyborczych kobiet nie mogą podobać się populistom i fanatykom, bo jasno z nich wynika, że gdyby to głos kobiet był decydujący, prawicowi populiści i fanatycy religijni nie mieliby żadnych szans na utrzymanie władzy. Kobiet nie da się przestraszyć fantazjami o nieistniejących ideologiach i trudno je skłonić do zlinczowania arbitralnie wskazanego przez kacyka u władzy „obcego”. Rozumieją, że realne problemy i zagrożenia wiążą się z katastrofą edukacji, ochrony zdrowia i środowiska. A tych nie da się rozwiązać przywilejami dla katechetów, oddawaniem sal szpitalnych kapelanom na kaplice i modlitwami o deszcz na sali plenarnej Sejmu.

„Wśród mężczyzn w wieku 18–30 lat liderem sondaży jest skrajnie prawicowa Konfederacja z wynikiem 29 proc., drugie jest PiS – 22 proc. Wśród kobiet w tym samym wieku wyniki są przeciwne: Wiosna i Koalicja Europejska prowadzą łeb w łeb, zdobywając po 27 proc. Młodzi mężczyźni i młode kobiety żyją w dwóch różnych światach” – donosiła po wyborach parlamentarnych w 2019 roku „Gazeta Wyborcza”.

Jak widać, zwłaszcza wyniki dotyczące poglądów i świadomości obywatelskiej młodszych pokoleń muszą przyprawiać prawicę o ból głowy. Bo z oczywistych przyczyn ta grupa wyborczyń będzie rosnąć, podczas gdy grupa skołowanych telewizyjnym propagandowym przekazem seniorek i seniorów, która niedawno dała zwycięstwo Andrzejowi Dudzie, kurczy się.

I jeszcze jedna zła wiadomość dla populistycznej prawicy – ze względu na skrajnie antykobiecą i antyrodzinną politykę Kościoła katolickiego kobiety młodszych pokoleń od dwóch dekad masowo opuszczają tę instytucję. A to oznacza, że w przewidywalnej przyszłości istotnie zmniejszy się znaczenie agitacji politycznej z ambon.

Jak spacyfikować kobiety?

Z punktu widzenia prawicy i Kościoła kluczowe w tej sytuacji wydaje się unieszkodliwienie najbardziej progresywnej grupy wyborców – nowych pokoleń kobiet. A najprostszym sposobem na osiągnięcie tego celu jest sprawienie, żeby kobiety znów musiały skupić się na obronie własnej. Wypowiedzenie międzynarodowej konwencji wymuszającej i kontrolującej wprowadzanie konkretnych standardów ochrony kobiet i dzieci wydaje się w tym kontekście pomysłem idealnym, tak samo jak ponawiane próby zaostrzenia barbarzyńskiego prawa antyaborcyjnego – mimo że większość społeczeństwa życzy sobie jego liberalizacji – utrudnianie rozwodów czy zamykanie porodówek.

Wózkowa [III miejsce w konkursie Mój #CzarnyProtest]

czytaj także

To dlatego od kilku tygodni spiętrzenie bzdur i absurdów na temat konwencji antyprzemocowej osiąga rekordowe stężenie w debacie publicznej. A suflowane przez międzynarodowy ruch fundamentalistów szalone „argumenty” przeciwko konwencji rozkwitają w fantazyjnych interpretacjach luminarzy prawicowej sceny politycznej.

Pięć bzdur

Przywołajmy pięć najpopularniejszych bzdur, które prędzej czy później każdy człowiek w Polsce usłyszy o konwencji antyprzemocowej.

1. „Konwencja stambulska mówi o religii jako przyczynie przemocy wobec kobiet”

Tak twierdzi Marcin Romanowski, związany z Opus Dei wiceminister sprawiedliwości. Tę nieprawdę wspiera też m.in. jego zwierzchnik, Zbigniew Ziobro, według którego „zapisy konwencji stambulskiej dają możliwość do kwestionowania tradycji i religii i ukazywania ich jako przyczyn przemocy wobec kobiet”.

Konwencja mówi coś zupełnie innego. W niestrawnym dla populistów artykule 12 (pkt 5) znajdziemy mianowicie zdanie, że „strony gwarantują, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja czy tzw. »honor« nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy objętych zakresem niniejszej konwencji”.

„Jeśli męża nie ma obok, jesteś prostytutką”

To znaczy, że w krajach, które respektują konwencję, nikt nie może, powołując się na tradycję czy wyznawaną przez siebie religię, krzywdzić innych ludzi, np. wycinając dziewczynkom łechtaczki, zakopując je żywcem w ziemi za seks przedmałżeński, kamienując kobiety za zdradę, katując je za brak tradycyjnego posłuszeństwa, torturując ciężarne przymusem rodzenia śmiertelnie uszkodzonych płodów czy maltretując dzieci w ramach stosowania tradycyjnych „metod wychowawczych”.

W Polsce około 30 proc. obywateli aktywnie wyznaje religię katolicką, a − dzięki zasadzie zapisywania ludzi do Kościoła katolickiego bez ich woli we wczesnym dzieciństwie – większościowa grupa teoretycznie przynależy do tej religii. I to rzekomo ta religia ma być atakowana przywołanym powyżej zapisem w konwencji. Jednak lektura Nowego Testamentu pozwala z całą pewnością stwierdzić, że Jezus był zdecydowanym przeciwnikiem przemocy, także wobec kobiet i dzieci – i znacznie wyprzedzał swoje czasy pod względem podmiotowego traktowania i pierwszych, i drugich. Zapisy konwencji są z jego filozofią absolutnie zgodne. Nie są za to zgodne z opresyjnymi i antychrześcijańskimi poglądami wielu polskich hierarchów Kościoła. Jednak niszczenie chrześcijaństwa przez hierarchów Kościoła wciąż nie wzbudza niepokoju u sprawujących władzę.

Dekalog katolickiego żonobijcy

Może − zamiast wypowiadać konwencję antyprzemocową − warto byłoby wypowiedzieć godzący w dobro wszystkich Polek i Polaków konkordat?

Na marginesie − kiedy minister sprawiedliwości demokratycznego państwa, w którym żyjemy, uznaje „kwestionowanie tradycji i religii” za problem, to kolejny już znak, że należy zacząć się bać, bo obowiązkowa apologia „tradycji i religii” – zamiast wolności przekonań w granicach prawa – nie ma nic wspólnego z demokracją. Dlatego wbrew tezom kolejnego wiceministra z resortu Ziobry, Marcina Warchoła, to nie konwencja „narusza wolność człowieka i jako taka nie jest do zaakceptowania w wolnym demokratycznym społeczeństwie” i to nie konwencja „narusza fundamenty demokracji”. Naruszają je w Polsce fundamentaliści, którzy w imię swoich przekonań religijno-politycznych dążą do odbierania różnym grupom obywateli właściwej, zgodnej ze standardami Wspólnoty Europejskiej, do której wciąż jeszcze należymy, ochrony prawnej.

2.Metodą na walkę z przemocą nie jest uczenie kilkuletnich chłopców, że mogą chodzić w sukienkach i bawić się lalkami. Konwencja stambulska to ratyfikowana przez rząd @Platforma_org i @nowePSL neomarksistowska propaganda, która przewraca do góry nogami nasz świat wartości”

„Konwencja stambulska ratyfikowana przez PO nakazuje demoralizację dzieci”

To znów wiceminister Romanowski (Opus Dei). Minister zwyczajem populistów ze swojej frakcji nie wskazuje fragmentu konwencji, który mówiłby o sukienkach i lalkach, zresztą byłoby mu trudno, bo konwencja nie wspomina, czym mają bawić się dzieci. Nakazu demoralizacji dzieci też nie znajdziemy w tym dokumencie.

Skąd zatem te pomysły od czapy? Możemy tylko spekulować. Może na przykład wiceminister podczytywał sobie w tym samym czasie książkę Sakrament pokuty dla dzieci, którą w niektórych szkołach dostają do czytania przed pierwszą komunią dziewięciolatki?

Dzieciom zaleca się w niej przygotowanie odpowiedzi m.in. na następujące pytania księdza, które mogą paść podczas spowiedzi: Czy nie wyobrażałem sobie siebie lub innych osób w scenach pornograficznych? Czy nie bawiłem się z kimś w nieprzyzwoite zabawy? Czy nie bawię się swoim ciałem, dotykając miejsc intymnych? Czy nie oglądałem filmów lub czasopism zawierających treści pornograficzne? Czy nie oglądam w internecie stron przeznaczonych dla dorosłych?

Publikacja, jak informuje wydawnictwo, została zatwierdzona przez władze kościelne. Pewnie o tym czytaliście. Gdybym szukała przykładu obrazującego frazę „nakaz demoralizacji dzieci” – tego rodzaju przygotowania dziewięciolatków do intymnego spotkania z księdzem nazwałabym „południkiem zero” w tej kwestii, ale jakoś nie sądzę, żeby Ministerstwo Sprawiedliwości lub Ministerstwo Edukacji podjęły temat.

A co do zabawy lalkami i przebierania się w sukienki – zgodnie z art. 31 konwencji o prawach dziecka, którą Polska ratyfikowała w 1991 roku – nikt nie może odbierać dzieciom prawa do uczestnictwa w zabawie (np. dzieleniem zabawek i przebrań na dostępne tylko dla dzieci określonej płci) i do nieskrępowanego uczestnictwa w działaniach kulturalnych i artystycznych. Wygląda na to, że i tę konwencję trzeba będzie wypowiedzieć.

3. „Wskazywanie źródeł przemocy w religii, tradycji, podziale ról społecznych nie jest merytorycznym definiowaniem problemu. Zresztą wystarczy spojrzeć na dane publikowane od lat przez UE. Statystycznie większy problem z przemocą wobec kobiet mają kraje laickie niż tradycyjnie katolickie”

„Badania Agencji Praw Podstawowych UE dowodzą, że paradoksalnie najwięcej przemocy wobec kobiet jest w tych państwach, w których została wprowadzona polityka genderowa i które mają najwyższy poziom tzw. »równości rodzajowej«. Są to Szwecja, Finlandia i Dania, gdzie odsetek przypadków przemocy sięga 50 proc. Praktyka dowodzi, że rozwiązania genderowe są kontrskuteczne”

Pierwszy cytat pochodzi z broniącego działań Ziobry komentarza w „Rzeczpospolitej”, a drugi to wypowiedź prawniczki z Ordo Iuris. Nieprzypadkowo pominięto kontekst tych liczb odnotowany w dokumentach Agencji Praw Podstawowych. Otóż w krajach, w których uważa się, że własne brudy należy prać we własnym domu, czyli że przemoc to sprawa prywatna, kobiety najczęściej nie zgłaszają się na policję, bo się wstydzą i boją ostracyzmu otoczenia oraz upokorzeń ze strony bagatelizujących sprawę funkcjonariuszy państwa. Natomiast w krajach przestrzegających zasad równouprawnienia kobiety wiedzą, że zostaną potraktowane poważnie i zadaniem policji jest udzielenie im pomocy − więc idą na policję.

Dziesięć dni urlopu dla ofiar przemocy domowej

Amnesty International Polska alarmuje, że w naszym kraju tylko jedna na dziesięć kobiet zgłasza policji doświadczenie przemocy seksualnej. Organizacje zajmujące się ofiarami przemocy domowej twierdzą, że sytuacja wygląda podobnie w wypadku innych rodzajów przemocy. Dzięki temu mamy rzeczywiście świetne statystyki i co roku kilkaset zamordowanych kobiet, kilkadziesiąt zabitych dzieci i tysiące zgwałconych oraz pobitych.

Nie jesteśmy wzorem w kwestii wprowadzania rozwiązań zapobiegających przemocy, ale z pewnością możemy podpowiedzieć, jak skutecznie zniechęcić obywatelki do psucia statystyk.

4. „Polskie prawo jest wzorcem dla innych krajów Unii Europejskiej i innych krajów na świecie, jeśli chodzi o standard ochrony przed przemocą”

Tak jest według Zbigniewa Ziobry. Na szczęście inne kraje UE raczej o tym nie wiedzą, co jest dobrą wiadomością dla ich obywatelek. Polskie prawo działa tak znakomicie, że co roku około 300–400 kobiet i kilkadziesiąt dzieci jest mordowanych przez domowych katów.

Pamiętacie pewnie historię miesięcznego Wiktora, która kilka dni temu obiegła media. Wiktor miał starsze rodzeństwo, także bite, o czym wiedział kurator. Jego ojciec kat miał założoną Niebieską Kartę. Nie uchroniło to niemowlaka przed śmiercią przez zatłuczenie. Wcześniej była historia dziewczynki zagłodzonej przez rodziców, a głodzenie – na oczach różnych instytucji, w których dziecko bywało – trwało kilka lat. Był dwulatek z Częstochowy wyrzucony przez okno. Był też chłopczyk katowany w jednej z warszawskich kamienic tak, że matka musiała nosić go do wspólnej dla kilku mieszkań toalety, bo nie miał siły sam tam chodzić. Nie przeżył. O tych tragicznych historiach dzieci i kobiet – z tradycyjnych polskich rodzin, tak hołubionych przez prawicę – czytamy w mediach z przerażającą regularnością.

W zeszłym roku po śmierci dziewięciomiesięcznej Blanki z Olecka, która przebywała wcześniej w rodzinie zastępczej, ale w ramach pielęgnowania tradycji zwrócono ją do rodziny biologicznej (w której została zamordowana ze szczególnym okrucieństwem, a wcześniej wykorzystana seksualnie), Fundacja Dajemy Dzieciom Siłę zwróciła się do władz państwowych o stworzenia ustawy o ochronie dzieci, która wprowadzałaby procedury przeciwdziałania takim morderstwom i ich dokładnego analizowania na wzór sprawdzonej brytyjskiej Serious Case Review. Ustawa nie powstała i nie uratowała życia Wiktorowi i innym ofiarom.

W polskim prawie brakuje też zapisanych w konwencji antyprzemocowej rozwiązań dotyczących przemocy ekonomicznej czy ochrony dzieci będących świadkami przemocy. U przekonanego o wzorcowym charakterze polskiego prawa Ziobry te informacje muszą wywoływać nieprzyjemny dysonans poznawczy. Nie jestem pewna, czy wypowiedzenie przez Polskę z jego inicjatywy konwencji antyprzemocowej to właściwy sposób na zlikwidowanie tej przykrości. Raczej nie podziała.

Spurek: Rozmawiałabym nawet z diabłem, żeby to załatwić

5. „Nie ma zgody na jakąś trzecią płeć, płeć uwarunkowaną kulturowo, społecznie. Co to w ogóle jest. Nie ma zgody na uderzenie w instytucję małżeństwa i rodziny” – ogłasza kolejny wiceminister sprawiedliwości, Michał Wójcik. A niesławna kuratorka oświaty, Barbara Nowak, twórczo rozwija temat: „Konwencja stambulska wprowadza restrykcyjnie płcie kulturowe, co najmniej 56. Jeśli ich nie rozróżniam, to w założeniu krzywdzę i stosuję przemoc, bo znam i mówię tylko o 2 płciach biol.? Postępowania, restrykcje zawarte w konwencji powinny być wymierzone we mnie. Dobrze rozumiem?”

Pani kuratorka i pan wiceminister oczywiście źle rozumieją zapisy konwencji, a przecież gdyby na serio chcieli pojąć, „co to w ogóle jest”, to wystarczyłoby dobrnąć do art. 3 (pkt c) konwencji, który zawiera prostą definicję „płci społeczno-kulturowej”. Najwyraźniej tak daleko nie dojechali.

LGBT to ludzie. To nasi przyjaciele, współpracowniczki, sąsiedzi, współobywatelki

A zbyt trudna dla wiceministra i kuratorki definicja brzmi następująco: „płeć społeczno-kulturowa” oznacza społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i atrybuty, które dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla kobiet lub mężczyzn”.

Jest też art. 12 (pkt 1): „Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn”.

Ten zapis celnie skomentowała na Twitterze prawniczka Anna Banasiak-Błaszczyk, przypominając drastyczną sprawę radnego Piaseckiego z PiS: „Pamiętacie sprawę przemocy w rodzinie byłego radnego? Mąż wyznaczył żonie harmonogram. Rano ma budzić go ze śniadaniem, a o 21 być do jego dyspozycji. To nie efekt uzależnień. To efekt jego wyobrażenia o jej społeczno-kulturowej roli w rodzinie. Gender”.

Konwencja nie wspomina o 56 płciach i nie uderza w rodzinę. Uderza w sprawców przemocy, którzy zasłaniając się zwyczajami i tradycjami, traktują kobiety i dzieci jak swoją własność; którzy biją, znęcają się psychicznie, poniżają, izolują od świata zewnętrznego, uniemożliwiają podjęcie pracy, wydzielają pieniądze, nie płacą alimentów…

PiS mówi do mężczyzn: zachowajcie władzę w rodzinie, nie będziemy wam przeszkadzać

Do tego, jak słusznie zauważyła prof. Monika Płatek: „treść konwencji stambulskiej jest niemal identyczna z tą, która obowiązuje od 2 kwietnia 1982 roku, kiedy weszła w życie konwencja ONZ w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet (CEDAW). Zacytuję: »państwa strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn, niezbędnych w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji i innych praktyk opartych na idei niższości kobiet oraz na stereotypowym modelu kobiet i mężczyzn«. (Art. 5a CEDAW)”. Czy i tę konwencję, która co prawda od czterech dekad nie zniszczyła polskiej rodziny, trzeba będzie wypowiedzieć?

Mogłabym długo jeszcze przywoływać brednie na temat konwencji antyprzemocowej, ale przyczyna ich głoszenia jest już zapewne dla wszystkich jasna. Merytoryczna zawartość tego dokumentu nie ma znaczenia, tak jak jego realna waga w kontekście zwalczania przemocy domowej i pozadomowej.

Osoby i organizacje wygłaszające absurdalne tezy o konwencji nie interesują się bezpieczeństwem kobiet i dzieci – ich celem jest unicestwienie standardów dotyczących praw człowieka, praw kobiet i praw dziecka, które przyniosły obywatelom Europy bezpieczeństwo i stabilizację w kilku ostatnich dekadach. Międzynarodowy ruch, który promuje te działania, już od kilku lat opisują zagraniczne i polskie badaczki (jak dr Elżbieta Korolczuk czy prof. Agnieszka Graff − obie obecne także na tych łamach). Poczytacie o nim także w raporcie Wielkiej Koalicji za Równością i Wyborem i w książce To jest wojna Klementyny Suchanow.

Kiedy Polska nie będzie już skrępowana zapisami konwencji o zapobieganiu przemocy w rodzinie, populiści będą mogli wreszcie wprowadzić prawa, które pozwolą im skuteczniej obezwładnić progresywne i nieposłuszne kobiety. Jak te forsowane w grudniu 2019 przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które zaproponowało zmiany w ustawie o przeciwdziałaniu przemocy pozwalające uznać, że jednorazowe pobicie i jednorazowa przemoc to nie jest przemoc, a także przerzucające na bite i zastraszane przez sprawców kobiety decyzję o założeniu Niebieskiej Karty.

Spurek: Nikt nie rodzi się przemocowcem

Będzie też pewnie nowa konwencja, tzw. konwencja praw rodziny, którą Ordo Iuris promuje na swoich stronach. Zgodnie z jej zapisami „ingerencja państwa w sprawy rodziny ma mieć charakter wyjątku”, „dochodzenie rekompensaty za szkody spowodowane poczęciem lub urodzeniem dziecka jest niedopuszczalne”, „Państwa-Strony szanują autonomię szkół wyznaniowych oraz innych szkół prywatnych, w szczególności poprzez zapewnienie im swobody w określaniu podstaw programowych” […], „wszystkie dzieci są równe wobec prawa. Dyskryminacja dzieci ze względu na cenzus urodzenia jest zakazana”.

Podsumowując, oznacza to: wycofanie się państwa z ochrony dzieci i kobiet, całkowity zakaz aborcji, która najprawdopodobniej będzie karalna, brak ochrony kobiet w ciąży, praktycznie niezależne od państwa szkoły wyznaniowe, kobiety zapędzone do domów, gdzie ich bezpłatna praca na rzecz rodziny zostanie szczególnie doceniona – i wiele innych atrakcji.

Ta rzeczywistość jest tuż za rogiem.

Kluczowe pytanie brzmi: czy pozwolimy się tam zapędzić?

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Agata Diduszko-Zyglewska
Agata Diduszko-Zyglewska
Polityczka Lewicy, radna Warszawy
Dziennikarka, działaczka społeczna, polityczka Lewicy, w 2018 roku wybrana na radną Warszawy. Współautorka mapy kościelnej pedofilii i raportu o tuszowaniu pedofilii przez polskich biskupów; autorka książki „Krucjata polska” i współautorka książki „Szwecja czyta. Polska czyta”. Członkini zespołu Krytyki Politycznej i Rady Kongresu Kobiet. Autorka feministycznego programu satyrycznego „Przy Kawie o Sprawie” i jego prowadząca, nominowana do Okularów Równości 2019. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą" i portalem Vogue.pl.
Zamknij