Kraj

Brudne sumienie chrześcijańskiego narodu, czyli koniec patosfery na granicy

MSWiA ogłosiło, że od 1 lipca przestanie istnieć to, co na Podlasiu nazywamy zoną, patostrefą lub strefą stanu parawyjątkowego.

To pas mniej więcej 3 km wzdłuż granicy z Białorusią, na którego terenie leżą 183 miejscowości. Od września 2021 roku przez trzy miesiące obowiązywał tu stan wyjątkowy. Ponieważ konstytucja nie pozwalała na jego przedłużenie, uchwalono ustawę o ochronie granicy, a na jej podstawie minister spraw wewnętrznych wydał rozporządzenie o „czasowym zakazie przebywania na określonym obszarze w strefie nadgranicznej przyległej do granicy państwowej z Republiką Białorusi”.

Z końcem czerwca zakaz ten przestanie obowiązywać, chociaż nie do końca – wciąż pozostanie zakazane 200 m od linii granicy.

Rodzina uchodźców odnaleziona w lasach na Podlasiu, 6 października 2021. Fot. Maciej Łuczniewski

Lista spraw spieprzonych

W gruncie rzeczy to dobra wiadomość, ale jakaś taka słodko-gorzka. Niby jakiś przełom, który skłania do podsumowań, ale podsumowania są stanowczo przedwczesne.

W podlaskich lasach wciąż są ludzie. Wiosna nie jest tak intensywna i tragiczna jak miniona jesień, ale też nic nie wskazuje na to, żeby migracyjny szlak białorusko-polski znalazł się w schyłkowej fazie. Trudno więc odpowiedzieć na pytanie, jaki jest efekt dziesięciu miesięcy bezprawia, które panowało w zonie. Co udało się osiągnąć dzięki bezmyślnej przemocy, którą zastosowano jako receptę na sytuację, którą na wyrost nazwano kryzysem migracyjnym?

Udało się zrujnować region. Udało się zniszczyć turystyczny potencjał Podlasia, udało się zdemoralizować służby, które zaangażowano do hybrydowej wojny z Łukaszenką. Ich zadanie polegało na neutralizowaniu broni, której używa Łukaszenka, czyli żywych, bezbronnych ludzi. Oprócz tego testowali granice swoje siły, wynikające z faktu noszenia broni i munduru, szykanując aktywistów niosących pomoc i lokalnych mieszkańców, poddawanych setkom uporczywych i pozbawionych podstaw prawnych kontroli.

Udało się zniszczyć i tak wątłą lokalną infrastrukturę. Udało się zdegradować najcenniejszy przyrodniczo obiekt w Polsce i jeden z najcenniejszych przyrodniczo obiektów świata, wciąż jeszcze wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Udało się wydać co najmniej 1,5 miliarda złotych na metalowy płot na betonowym fundamencie, który wywołuje co najwyżej uśmiech politowania wśród specjalistów od migracji, którzy widzieli inne graniczne zapory na świecie. I śmieszy na przykład obywateli Kuby, którzy się pod nim podkopali bez większego problemu.

O Podlasie upomina się historia i banalna geografia

Brudne sumienie chrześcijańskiego narodu

Wiadomość o końcu strefy jest gorzka, bo nie wiadomo, co to tak naprawdę oznacza. Podobno lokalne biznesy, zwłaszcza w Białowieży, cieszą się na powrót turystów, ale przecież nikt nie powiedział, że wraz z końcem zakazu przebywania z Białowieży i innych przygranicznych miejscowości zniknie wojsko.

Czy ludzie będą chcieli odpoczywać w towarzystwie rosomaków i karabinów? Czy miłośnicy dzikiej przyrody, którzy chętnie odwiedzali Puszczę Białowieską, będą chcieli truć się obrazem przyrodniczej katastrofy, którą zawdzięczamy polskiemu rządowi i Budimexowi? Czy z podlaskich dróg na trwałe znikną bezsensowne policyjne checkpointy, których głównym zadaniem było uprzykrzanie życia zwykłym ludziom i wytwarzanie atmosfery zagrożenia? Odbudowa wizerunku Podlasia jako miejsca spokojnego i bezpiecznego może zająć dużo więcej czasu niż pozostałe do 1 lipca dwa i pół tygodnia.

Rodzina uchodźców odnaleziona w lasach na Podlasiu, 6 października 2021. Fot. Maciej Łuczniewski

To, co się niewątpliwie udało, to wymazanie ludzi, którzy przekraczali tę granicę, ze świadomości większości obywateli Polski. Pozbawienie ich twarzy, nazwisk i historii ukoiło sumienia chrześcijańskiego narodu, który słynie z wielkiego serca i międzyludzkiej solidarności.

Leder: Byliśmy ostentacyjnie dobrzy dla Ukraińców, by ratować nasze własne mniemanie o sobie, zszargane konfliktem politycznym ostatnich lat

Według straży granicznej w 2021 roku 39 697 obywateli państw trzecich usiłowało przekroczyć granicę państwową z Białorusią. Nie do końca wiadomo, co ta liczba oznacza, bo w tym samym komunikacie dalej mowa jest już nie o obywatelach, czyli ludziach, a o próbach przekroczenia granicy. A skoro wielu uchodźców zaliczało push-backi, niektórzy kilka, rekordziści nawet kilkanaście, to całą tę statystykę można włożyć między bajki.

Jeśli cokolwiek z tego komunikatu wynika, to właśnie to, że dla straży granicznej nie ma znaczenia, czy chodzi o człowieka, czy o zdarzenie, wszystko jedno. Nikt ich przecież nie zamierzał traktować jak ludzi, chodziło tylko o to, by przestali istnieć. Niektórych właśnie spotkał taki los, chociaż statystyk śmierci w podlaskich lasach straż graniczna już nie podaje. Ciche pogrzeby na lokalnych cmentarzach, grób z NN gdzieś pod płotem, kto by się trudził identyfikacją. Nie było człowieka i nie ma.

Obcy w naszym kraju. Gniew, żal i strach podlaskiego pogranicza

Ale nawet jeśli weźmiemy te liczby na wiarę, to okazuje się, że niespełna 40 tysięcy ludzi stanowiło zagrożenie dla Polski. 38-milionowa Polska by się niechybnie przez nich zawaliła.

Więc zdecydowano, że lepiej, żeby zawalił się tylko jeden region. Podlasie świetnie się do tego nadaje, bo to i tak miejsce na pograniczu mitu, niezbyt realne. Ważne, że potem premier mógł pojechać do Stalowej Woli i przekonywać, że z troski o bezpieczeństwo buduje zaporę na granicy z Białorusią.

Zabijcie mnie, ale nie wiem, jaki związek stalowy płot na granicy ma z bezpieczeństwem mieszkańców Stalowej Woli. Przyszło nam zapłacić za fantazmatyczne bezpieczeństwo naszych współobywateli, którzy chętnie uznali, że lepiej pozbawić nas praw i skazać na niebyt, żeby nie zobaczyć uchodźców. Dziękujemy ci, Polsko!

Wolność warunkowo odzyskana

Koniec strefy zakazanej to oczywiście też dobra wiadomość. Przede wszystkim dla mieszkańców zony, którzy odzyskają część odebranych im praw obywatelskich. To też dobra wiadomość dla organizacji humanitarnych, które będą mogły swobodniej działać przy granicy. Chociaż ich pomoc była najbardziej potrzebna i najpilniejsza jesienią i zimą, to i teraz będą mieli co robić.

Część ciężaru zostanie zdjęta z barków przemęczonych i wypalonych mieszkańców zony, którzy od września bez przerwy nieśli pomoc ludziom w lesie. To dobra wiadomość dla dziennikarzy, a więc pośrednio dla nas wszystkich. To dobra wiadomość dla służb i wojska, którzy w rozmowach off the record narzekali na cyrk, w którym zostali zatrudnieni. Oni też się wypalili.

Może dlatego mniej więcej w tym samym momencie, kiedy premier Morawiecki w Stalowej Woli mówił o zaporze na granicy i bezpieczeństwie, do centrum Hajnówki, czyli kilkanaście kilometrów od zapory, doszedł przez nikogo nie niepokojony Irakijczyk, który na przystanku autobusowym postanowił poczekać na transport na zachód Europy. Może właśnie dlatego ani premier, ani żaden wyższy lub niższy rangą państwowy urzędnik nigdy nie zaryzykował wizyty w Hajnówce ani w Białowieży, by tutaj opowiadać o bezpieczeństwie i skutecznej ochronie granicy. Bo tutaj można co najwyżej ziewnąć na takie rewelacje.

Nie ma co cieszyć się zbyt wcześnie. Bo tak jak jeden podpis i jeden tweet Mariusza Kamińskiego może zonę odwołać, tak samo jeden podpis i jeden tweet może ją przywrócić. Bezpieczeństwo Polaków jest w końcu najważniejsze.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Paulina Siegień
Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim. Autorka książki „Miasto bajka. Wiele historii Kaliningradu” (2021), za którą otrzymała Nagrodę Conrada.
Zamknij