Kraj

Granica – ta druga, o której nikt nie chce słuchać

O kryzysie humanitarnym na polsko-białoruskiej granicy coraz częściej mówi się w czasie przeszłym. „Uchodźcy”, „granica” – od 24 lutego te słowa kojarzą się głównie z granicą polsko-ukraińską, którą od tego dnia przekroczyły ponad 3 miliony osób uciekających z Ukrainy. Czas przeszły nie jest jednak uprawniony.

Na tereny graniczące z Białorusią wciąż trafiają wycieńczeni, potrzebujący pomocy ludzie, także dzieci, a polskie służby, zamiast zapewnić im możliwość złożenia wniosku o ochronę międzynarodową, brutalnie wypychają ich z powrotem do Białorusi. Osoby, które zwracają uwagę na podwójne standardy w traktowaniu uchodźców, są w najlepszym razie nazywane pożytecznymi idiotami Putina. Te, które niosą pomoc wycieńczonym ludziom, muszą liczyć się z zarzutami prokuratorskimi, czego doświadczyła 20-letnia studentka Weronika Klemba.

Służby na granicy mszczą się na aktywistach za brak sukcesów

Kwestie łamania prawa i okrutnego traktowania ludzi na granicy polsko-białoruskiej naświetla opublikowany w kwietniu raport Amnesty International Polska. Wcześniej, 28 marca, sąd w Hajnówce orzekł, że wywózki migrantów są nielegalne. Mimo to okrutny proceder i ludzki dramat trwają – w czasie teraźniejszym, nie przeszłym.

Przedstawiamy reportaż Alicji Palęckiej, która od kilku miesięcy jeździ na białoruskie pogranicze jako wolontariuszka Fundacji Ocalenie.

Dziewczynki w kaloszach

Październik. W pierwszych tygodniach kryzysu humanitarnego wciąż są tacy, którzy nie mają pojęcia, że czeka ich przeprawa, której mogą nie przeżyć. Jak młody iracki Kurd, który zadzwonił do nas z Białorusi. Mówił swobodnie po angielsku, miał stylowe czarno-białe zdjęcie profilowe na WhatsAppie. Gdy z nim rozmawiałam, wciąż był spokojny i optymistyczny. Pomyślałam: „Ty jeszcze o niczym nie wiesz”. Musiałam powiedzieć mu, że teraz nie możemy nic dla niego zrobić, żeby dał nam znać, kiedy uda mu się przekroczyć granicę. Niedługo później wysłał film, na którym widać drut żyletkowy – był tym widocznie zaskoczony, zbulwersowany.

*

Zanim wyjadę, otwieram grafik dyżurów. Natychmiast uderza mnie, że na liście osób jeżdżących na granicę są niemal wyłącznie żeńskie imiona, ponad dwadzieścia, na to tylko trzy męskie. Te proporcje później nieco się zmienią, ale w czasie pierwszej podróży na Podlasie to będzie jedno z moich początkowych pytań: czy na granicy działają przede wszystkim kobiety? Marianna Wartecka, która w Fundacji Ocalenie zajmuje się m.in. komunikacją, odpowiada, że słyszy to pytanie nieustannie. Duża dysproporcja płci wszystkim rzuca się w oczy. Przez kolejne trzy dni ja także będę słyszała to pytanie – od osób z mediów, od niemieckich dyplomatek, które odwiedziły nas w bazie.

– Strażnicy graniczni pewnie się z nas śmieją, kiedy stajemy naprzeciw nich, dziewczynki w kaloszach. To wynika z tego, że nasza organizacja to organizacja pomocowa. Pomocówka to sfeminizowana działka trzeciego sektora – wyjaśnia Marianna. Ale niezatrudnione w fundacji wolontariuszki to też niemal wyłącznie kobiety. – Działka gotowania zup i karmienia, zajmowania się chorymi, dbania o to, żeby komuś nie było zimno, też jest sfeminizowana – stwierdza gorzko Wartecka.

Kolejne trzy dni oraz następne zmiany na granicy spędzam głównie wśród kobiet: pracownic organizacji pozarządowych i mediów, tłumaczek, wolontariuszek. Nasza praca to dostarczanie gorącej herbaty i ciepłej zupy zmarzniętym i głodnym ludziom błądzącym w podlaskich lasach, ciepłych, suchych ubrań i butów, śpiworów i power banków, podstawowej pomocy medycznej i, jeśli uchodźcy tego chcą, wsparcia prawnego w staraniu się o ochronę międzynarodową w Polsce. Nasza praca to także pocieszanie i przytulanie płaczących zrozpaczonych ludzi, jeśli jest to potrzebne.

Nie działamy same. Żeby ta pomoc była możliwa, gdzieś indziej ktoś gotuje zupę i wekuje obiady, ktoś inny zbiera lub sortuje ubrania i śpiwory, tłumacze i prawniczki oddają uchodźcom swój czas, posłowie i posłanki przyjeżdżają, by nagłaśniać sprawę, lekarki i ratownicy czekają w gotowości na wezwanie, a nas wspiera grupa psychoterapeutek.

To pojenie, karmienie i pocieszanie często odbywa się w ukryciu. Nie możemy pozwolić sobie na to, aby zauważył nas patrol policji lub straży granicznej, może to bowiem skończyć się wywózką, ponownym wypchnięciem do Białorusi osób, którym pomagamy.

– Nie tak wyobrażaliśmy sobie pracę w NGO-sie, nikt z nas nie zapisywał się do państwa podziemnego – opowiada Wartecka. – Ocalenie nie było organizacją humanitarną i nikt z nas nie był na to gotowy. To wszystko wydarzyło się samo, było następstwem naszej misji.

Górczyńska z Grupy Granica: Pojechaliśmy udzielać pomocy prawnej, a musimy ratować zdrowie i życie

Fundacja Ocalenie zajmuje się pomocą cudzoziemcom i cudzoziemkom w Polsce. Dla Marianny była to do tej pory praca głównie zza biurka. Asystentki rodziny pracują w terenie, psychoterapeutki z fotela, mentorzy kulturowi chodzą z klientami do szpitali i urzędów, tutorki dziecięce jeżdżą na kolonie, a prawnicy nierzadko na powstrzymywanie deportacji na lotnisko. Ale niesienie pomocy humanitarnej w lesie to oczywiście coś zupełnie innego.

Kiedy w Usnarzu Górnym polska i białoruska straż graniczna uwięziła 32 osoby z Afganistanu na granicy w nieludzkiej przepychance, było jasne, że zespół Ocalenia musi pojawić się na miejscu. – Przyjechaliśmy, żeby ich stamtąd wyciągnąć – wspomina Marianna. – Byłyśmy pewne, że to nieporozumienie – dodaje Tahmina. Była pierwszą tłumaczką dla Muhammada, pani Gul i jej dzieci oraz pozostałych osób przetrzymywanych na granicy. – Sądziłam, że wystarczy wyjaśnić, przetłumaczyć strażnikom granicznym, kim są uwięzieni ludzie, skąd pochodzą, że proszą o ochronę międzynarodową w Polsce, a wtedy zaraz zostaną wpuszczeni – opowiada.

Na miejscu okazało się, że tak nie będzie, że nie da się uwolnić Afgańczyków i Afganek spomiędzy szpalerów białoruskich i polskich pograniczników, a pracownice Ocalenia wraz z tłumaczkami i posłami były przesuwane coraz dalej od uwięzionej grupy. Utworzenie obozu na miejscu było najbardziej oczywistym rozwiązaniem.

Dwie policyjne suki, namioty i wojskowa ciężarówka, czyli jak sprawić, żeby uchodźcy zniknęli z naszych sumień

Od tamtej pory są na granicy bez przerwy – bo bez przerwy potrzebne jest tam działanie ich i Grupy Granica, która zawiązała się w pierwszych tygodniach kryzysu z organizacji, które spontanicznie zaczęły działać na pograniczu. Nie zmieniła tego wojna w Ukrainie, choć pomoc osobom przybywającym z tego kraju spowodowała nowe rozłożenie sił. Na granicy z Białorusią działa obecnie znacznie mniej osób, choć wraz z nadejściem wiosny skala zapotrzebowania na pomoc rośnie.

Szkolenia z pierwszej pomocy, całodobowe dyżury przy telefonie, organizacja siatki pomocy – wszystko to działo się z konieczności. Wszystkiego uczyłyśmy się na bieżąco. Sieć wsparcia także budowana była na bieżąco. Tam, gdzie pojawia się potrzeba, pojawia się odpowiedź na nią, grupa ludzi, którzy podejmują zadanie i dzielą się swoim czasem i umiejętnościami. Na granicy dzieje się dużo dobra.

Interwencja: trzydziestka dwójka i kot

Wiele osób, które spotykamy, mówi po angielsku, ale w drodze na interwencje zawsze umawiamy się z tłumaczem lub tłumaczką. Grupa osób jest w gotowości o każdej porze dnia i nocy. Mają wyjątkowy rodzaj kontaktu z uchodźcami i uchodźczyniami w lesie – słyszą ich jedynie przez telefon, ale czasami poznają szczegóły ich strasznych historii, których my, stojąc obok pośrodku lasu, możemy nigdy nie usłyszeć.

To doświadczenie ma Tahmina. Jako Tadżyczka może swobodnie porozumieć się w dari, jednym z dwóch języków urzędowych Afganistanu. Na co dzień jest mentorką kulturową w Fundacji Ocalenie, pomaga osobom pochodzącym głównie z Tadżykistanu i Afganistanu w ułożeniu sobie życia w Warszawie, w kontakcie z urzędami, lekarzami, szkołami. W załatwianiu codziennych spraw. Była w Usnarzu Górnym w sierpniu, na samym początku, kiedy do Ocalenia dotarła wiadomość o trzydziestu dwóch osobach przetrzymywanych pod gołym niebem, w lesie między Polską a Białorusią. Towarzyszył im kot Fijuz.

Grupa uchodźców przetrzymywana przez Straż Graniczną i wojsko w Usnarzu Górnym Fot. TVN24

Skąd Ocalenie dowiedziało się o uwięzionej grupie? Z mediów społecznościowych. – Ktoś podczas spaceru zobaczył tę sytuację, grupę koczujących pod lasem ludzi otoczonych przez strażników – wyjaśnia Tahmina. – Nagrał to i wrzucił na Facebooka. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, byli już tam dziennikarze. Ci ludzie nie znali się wcześniej. Przyszli do Polski w mniejszych grupach. Straż, zamiast odesłać ich do ośrodków dla cudzoziemców, próbowała wypchnąć do Białorusi.

Ale po białoruskiej stronie stanęli tamtejsi strażnicy. I tak zaczął się impas. – Podobno wcześniej było tam więcej kobiet i dzieci, ale Białorusini przepuścili je na swoją stronę – dodaje Tahmina.

Uchodźcy i wojsko pod granicą, czyli gdzie jest Polska

– Nigdy nie sądziłam, że mój język ojczysty może okazać się tak potrzebny – opowiada Tahmina. – Nie wyobrażałam sobie, że będę mówić w moim języku do Afgańczyków i Afganek w środku Europy, w lesie, w otoczeniu wojska, policji, straży granicznej. – Dzień przed spotkaniem wraz z zespołem Ocalenia ustaliła, o co musi ich zapytać, co ustalić, co wyjaśnić. – Ale kiedy ich zobaczyłam, a oni usłyszeli, że ktoś zwraca się do nich w ich języku, kiedy zaczęliśmy rozmawiać – o wszystkim zapomniałam. Wtedy jedyne, czego chciałam, to powiedzieć strażnikom: proszę zrobić przejście!

To, co działo się później, wciąż jest dla Tahminy niezrozumiałe. – Nie potrafię zrozumieć nieludzkiego traktowania. Mówią, że to migranci ekonomiczni. Zatem należy ich przyjąć do ośrodka, rozpatrzyć wnioski, przyjrzeć się temu, kim są i czego chcą, zamiast sadzać ich na ziemi niczyjej w lesie i patrzeć, jak umierają z głodu, zimna i chorób.

Cała grupa wielokrotnie głośno, w obecności funkcjonariuszy służb i mediów, w dari i po angielsku, deklarowała, że chcą ochrony międzynarodowej w Polsce. Wbrew polskiemu i międzynarodowemu prawu deklaracje te zostały zignorowane.

Kiedy na początku września rząd wprowadził stan wyjątkowy na Podlasiu, obóz Fundacji Ocalenie musiał zostać zlikwidowany, a uwięzione na granicy osoby mogły kontaktować się z aktywistkami już tylko telefonicznie. W październiku, po ponad dwóch miesiącach koczowania między szpalerami strażników, zdesperowani ludzie po raz ostatni spróbowali przedostać się do Polski. Bezskutecznie. Tahmina wciąż widzi twarze całej trzydziestki dwójki, wciąż ich wspomina: studentki Haierę i Nargis, uczennicę Mariam, krawca Muhaammada, inżyniera Abdula, kucharza Sayeda, tkacza Mohammada, ekonomistę Masouda, kowala Mohsana, nauczycielkę Mursal…

We are dead either way

Jeszcze jedno pytanie, które często słyszą działaczki Ocalenia: „Jak znajdujecie ludzi w lesie i skąd oni mają wasz numer?”.

– Decydując się na daleką i może niebezpieczną podróż, każdy z nas zaopatrzyłby się nie tylko w telefon z dostępem do internetu, ale i wszelkie informacje o pomocy, jaką może uzyskać – wyjaśnia Marianna.

Mnie samej na myśl przychodzi numer Aborcji Bez Granic, który od 2020 roku stał się najbardziej popularnym numerem telefonu w Polsce, choć nie promowała go żadna kampania. Rozszedł się wieloma kanałami, bo był potrzebny. Numer interwencyjny Fundacji Ocalenie można znaleźć w sieci, bo jest potrzebny, czasami niezbędny do przetrwania. W najgorszych momentach desperacji pomocy szuka się teraz w internecie, a ludzie w trosce o siebie nawzajem przekazują sobie wszelkie wskazówki, które mogą pomóc, wszystkie sprawdzone i niesprawdzone ścieżki. Więc jeśli tylko zagubione w lesie osoby mają wciąż naładowane telefony i zasięg, mogą nas wezwać.

Czekając na wiadomości, myślę o tych, którzy nie mogą ich wysłać: bo pogranicznicy zabrali lub zniszczyli ich telefony, bo wyczerpały im się baterie. To dlatego wśród przedmiotów pierwszej potrzeby, które przekazujemy spotkanym uchodźcom i uchodźczyniom, są powerbanki i telefony.

Złe miejsce o złej godzinie

czytaj także

Odbieramy wiadomości przez całą dobę, przez całą dobę reagujemy też na wezwania o pomoc. Kontaktują się z nami zarówno ci, którzy potrzebują ubrań, wody i jedzenia, jak i ich bliscy. Wiadomości spływają z numerów irackich, jemeńskich, afgańskich, syryjskich, etiopskich, ale też niemieckich czy brytyjskich, od rodzin i znajomych zaniepokojonych brakiem kontaktu z zaginionymi, próbujących interweniować z daleka. Poruszają się oni pośród polskich instytucji – organizacji pozarządowych, straży granicznej, szpitali – nie znając języka, realiów i sposobów działania, chcą pomóc jak tylko mogą. To często ludzie, którzy kontaktują się z nami w imieniu rodzin, bo mówią po angielsku, czasem po polsku – to Polacy żyjący w Niemczech.

W wiadomościach ludzie niekiedy proszą o pomoc, której nie możemy im udzielić. Rozmawiam z mężczyzną, który wciąż jest w Jemenie. Dopytuje, czy możemy mu pomóc w podróży, zorganizować wizę do Polski lub innego kraju Unii. „No, sorry. That’s not what we do”, wyjaśniam. Proszę, żeby nie próbował przedostać się do Polski przez Białoruś, żeby poszukał w mediach informacji o tym, jak w rzeczywistości wygląda ta droga, piszę, że to bardzo niebezpieczne. Odpowiada: „We are dead either way, we have to take risks”.

UNDP (Program Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju), agenda ONZ, szacuje, że do końca 2021 roku w trwającej od 2014 roku wojnie domowej w Jemenie zginęło niemal 400 tysięcy osób. Przewiduje się, że do 2030 roku 1 milion 300 tysięcy osób zginie na skutek przemocy i głodu.

Kalina Czwarnóg, rzeczniczka prasowa Fundacji Ocalenie, przeczytała niektóre z tych wiadomości 12 listopada, podczas wspólnej konferencji prasowej Grupy Granica, Ocalenia, lokalnych działaczy i Rodzin Bez Granic, w lesie, tuż przed granicą strefy stanu wyjątkowego.

Mężczyzna z Iraku: „Odkąd wyjechałem z Iraku, wszyscy kłamią. Mówią nam jedno, robią drugie. Nigdy nie sądziłem, że istnieją tacy ludzie, że zobaczę takie rzeczy. Dziecko płacze z głodu, a oni przy nas normalnie jedzą i piją. Powiedzcie obu stronom, żeby dały nam tę broń, którą trzymają, żebyśmy sami się zabili, to będzie po problemie. Może jak tym razem spróbuję przekroczyć granicę, to mnie zabiją. Już mi wszystko obojętne. Przechodzić przez granicę albo umrzeć tutaj – trzeciej opcji nie mam. Tak bardzo kocham moją mamę. Przepraszam, że mówię takie złe rzeczy, ale widziałem takie rzeczy, że chyba stracę rozum. W domu byłem takim spokojnym człowiekiem, a tutaj traktują mnie, jakbym był kryminalistą, mordercą. Szczególnie młodych mężczyzn tak traktują. Ale już chyba przywykłem, już mi wszystko obojętne. Odkąd tu jestem, umarło osiem osób”.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Pinezka po białoruskiej stronie granicy z 11 listopada, niedaleko przejścia granicznego w Kuźnicy. Rodzina z dziećmi, bez wody i jedzenia, obawiają się, co będzie, gdy spadnie śnieg. Mówimy im, że po tamtej stronie nie możemy im pomóc. „Szkoda. Czyli musicie czekać, aż umrzemy. Dzieci pewnie umrą pierwsze. Dziękuję, że poświęciliście mi czas. Jeśli możecie, wyślijcie moją wiadomość do organizacji, kogokolwiek, kto mógłby nam pomóc”.

Siedmioosobowa rodzina z dziećmi: „Prosimy, pomóżcie nam. Jest tak zimno, że nie możemy dalej iść. Dzieci źle się czują, kobieta mdleje. Proszę, pospieszcie się, jesteście naszą jedyną nadzieją. Pospieszcie się, ona umrze. Naszą jedyną nadzieją jest to, że pozostaniemy w waszych życiach”.

Polscy żołnierze patrolujący umocnienia na granicy z Białorusią Fot. por. Irena Paczek-Krawczak/12 Brygada Zmechanizowana/facebook.com

Interwencja: osiemnastoletni Nasir

Zostajemy wezwane przez ekipę dziennikarską, która przypadkiem spotkała młodego Afgańczyka. Po prostu wyszedł na drogę. Grupa natychmiast się zatrzymała, wprowadziła chłopaka w głąb lasu, żeby nie znaleźli go strażnicy graniczni, i czekała z nim dwie godziny, aż przyjedziemy z pomocą. W drodze czytamy ostrzeżenia od nich: w okolicy jest sporo policjantów. Przez 10 minut cała grupa leżała na ziemi, czekając, aż odjedzie patrol.

Kiedy dojeżdżamy na miejsce, księżyc jest już wysoko. Zatrzymujemy samochód i idziemy jeszcze kilka minut, zanim wejdziemy w las, w stronę pinezki. Dochodzimy na miejsce, w świetle księżyca widzę twarz chłopca. Moja pierwsza myśl: to jeszcze dziecko! Mówi bardzo dobrze po angielsku. Uciekł z Afganistanu, gdzie talibowie grozili mu śmiercią. Jego rodzice pracowali dla amerykańskiej armii, ale nie załapali się na ewakuację. Do Polski dostał się w większej grupie, ale wszystkich pozostałych złapali strażnicy. Od kilku dni jest w lesie zupełnie sam.

Działamy szybko, jesteśmy bardzo blisko drogi, którą wciąż przejeżdżają samochody. Słysząc zbliżający się pojazd, za każdym razem padamy na ziemię. Kiedy my chowamy twarze, bo twarz to widoczna w ciemności jasna plama, i w ciszy czekamy, aż przejadą samochody, słyszę, jak chłopak pospiesznie je zupę, którą mu przed chwilą podałyśmy. Od trzech dni jadł tylko liście. Wiem, że nigdy nie zapomnę tej chwili, ciszy lasu, światła księżyca, zapachu ściółki tuż przy mojej twarzy i odgłosu prędkiego, łapczywego zjadania posiłku.

Z taką historią chłopak ma dużą szansę na status uchodźcy w Polsce. – Jeśli tylko ktoś zechce go wysłuchać – mówi Marianna. – Jeśli ktoś przed wywózką zajrzy w jego dokumenty i zorientuje się, że jest z Afganistanu.

Afgańscy sojusznicy Polski siedzą zamknięci w ośrodku dla uchodźców

Chłopiec ma się zastanowić, czy starać się o ochronę międzynarodową w Polsce. Moment, w którym patrzymy, jak odchodzi samotnie w las, w noc, wyczerpuje nasze siły. Rozmawiamy o tym, jak absurdalne, złe i niesprawiedliwe jest to, że zabierając go do domu, aby spędził pod dachem chociaż jedną noc, ryzykowałybyśmy oskarżenie za udział w przemycie ludzi. Że naprzeciw okrucieństwa i przemocy Łukaszenki, polskiego państwa i Unii Europejskiej stajemy my, dziewczynki w kaloszach. Myślimy o mieszkańcach strefy, którzy dając podobną pomoc, nie mają wytchnienia, robią to bez przerwy od tygodni. Mówimy, jak bardzo chore jest to, że cieszymy się ze słońca i dobrej pogody dlatego, że dzięki temu nikt tej nocy nie umrze z wychłodzenia, a osoby potrzebujące pomocy medycznej rzadziej staną przed dylematem, czy wzywać karetkę, co narazi je na ponowną wywózkę na granicę, kiedy tylko w szpitalu odzyskają nieco sił.

Interwencja: rodzina A.

Leśne interwencje, które widać w mediach, podawanie zupy to tylko część, niewielki właściwie fragment sieci działań i wsparcia, jakie dają aktywistki i aktywiści Fundacji Ocalenie i Grupy Granica. To, czego nie widać, to na przykład wielogodzinne wystawanie pod placówkami straży granicznej, do których zwożone są osoby uchodźcze – żeby pilnować, by nie wywieziono ich znowu do Białorusi. To pomoc w wypełnianiu wniosków o ochronę, zbieranie dokumentacji i reprezentacja prawna, która kontynuowana jest długo po zdarzeniach w lesie. Prawnicy pilnują przestrzegania procedur, kiedy osoby trafiają do ośrodków dla cudzoziemców.

O tym, czy tam trafią, decyduje komendant placówki Straży Granicznej. Na mocy niezgodnej z prawem międzynarodowym tzw. ustawy wywózkowej z 14 października 2021 roku może on zignorować wniosek o ochronę międzynarodową składany przez osobę złapaną przy granicy i postanowić o wywózce za polską granicę, czyli z powrotem do Białorusi. W praktyce ustawa sankcjonuje to, co działo się od początku kryzysu humanitarnego. Dlatego aktywistki na granicy poświęcają wiele czasu na to, żeby dopilnować, by nie spotkało to ich klientów, którzy przekazują im pełnomocnictwo do reprezentacji.

Gdzie są dzieci spod Narewki?

czytaj także

Natalia Borysławska na co dzień koordynuje program mieszkaniowy Refugees Welcome Polska. Spośród swoich interwencji na granicy szczególnie wspomina sześć osób z Iraku, państwo A. z dwójką dzieci, Haidarem i Nour, i towarzyszącą im parą narzeczonych. – Bardzo baliśmy się, że zostaną wywiezieni. Z placówki straży wciąż wyjeżdżały ciężarówki, wiedziałam, że ktoś w nich może być, może rodzina A. Jako pełnomocniczka całej szóstki chciałam wejść do placówki, żeby upewnić się, że oni wciąż tam są. Nie wpuszczono mnie, więc dzwoniłam. Uspokajało mnie to, że przez telefon słyszałam płacz dzieci. Sądziłam, że to mogą być Haidar i Nour. Zostaliśmy na miejscu, pod placówką, pół nocy. W końcu dostałam zapewnienie od komendanta, że rodzina nie zostanie wywieziona.

Kolejny dzień Natalia także spędziła pod placówką. – Czekałam na oficjalnego tłumacza straży granicznej, który nie przyjechał o umówionej godzinie. Bałam się, że jeśli odejdę choćby na chwilę, po obiad czy do sklepu, tłumacz nagle się pojawi, rozpoczną się czynności administracyjne i nie zostanę już dopuszczona do udziału w nich. Albo, co gorsza, rodzina zostanie jednak wypchnięta na Białoruś.

Tak spędziła czas od 10 rano do wieczora. Składanie wniosków rozpoczęło się dopiero następnego dnia. Dlaczego było tak ważne, by pełnomocniczka była przy składaniu wniosków? – W świecie, który znałam do tej pory, odpuściłabym – wyjaśnia Borysławska. – Wiedziałabym: skoro moi klienci, rodzina uchodźcza, są w placówce Straży Granicznej, ja nie jestem już potrzebna, wszystko odbędzie się jak należy. Ale to nie jest świat, w którym mogę zaufać funkcjonariuszom. Chciałam przy tym być, upewnić się, że ich wnioski zostaną przyjęte, a ja dostanę informację, do jakiego ośrodka dla cudzoziemców trafią. By być z nimi w kontakcie, wiedzieć, co się z nimi dzieje.

Zapora na granicy polsko-białoruskiej Fot. Radio Białystok

Natalia wciąż ma kontakt z całą szóstką. Są obecnie w ośrodkach strzeżonych, czekają na rozpatrzenie wniosków. Trudno przewidzieć, jak długo będzie to trwało.

Działające przy Fundacji Ocalenie Centrum Pomocy Cudzoziemcom codziennie odbiera wiadomości od osób w ośrodkach, zarówno otwartych, jak i strzeżonych. Wśród nich są już ci, którzy przeszli przez Białoruś. Osoby, które wnioskują o ochronę międzynarodową w Polsce, często trafiają do ośrodków strzeżonych. Sądy kierują je tam, choć nie jest to wymagany prawem etap, a w miejscach tych nie powinny przebywać osoby z doświadczeniem tortur i traumy. Ten przystanek może trwać do sześciu miesięcy – a nawet dłużej, jeśli tak zdecyduje sąd. Następnie trafiają do ośrodków otwartych i tam czekają na decyzje.

Kiedy mają już dach nad głową i wyżywienie w ośrodku, proszą o pomoc prawną lub o interwencję Centrum. Pisze na przykład Saleh – nie w swojej sprawie, ale w sprawie mężczyzn, których poznał. Martwi go ich stan zdrowia i brak opieki medycznej. Od wielu dni nie otrzymują potrzebnych im leków, jeden z nich powinien przejść operację. Saleh szuka sposobów, by im pomóc. Inni zamknięci w ośrodkach zgłaszają złe traktowanie, odmawianie im kontaktu z bliskimi, brak informacji o ich dalszym losie, przeludnienie.

Fatalne warunki w ośrodkach dla cudzoziemców wywołują protesty. W grudniu strajk głodowy podjęły osoby zamknięte w strzeżonym ośrodku dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej. W styczniu i lutym – mężczyźni przetrzymywani na terenie poligonu wojskowego w Wędrzynie, w kwietniu – piątka Syryjczyków w ośrodku w Lesznowoli. Już w październiku Biuro RPO donosiło: „Ogromny stres cudzoziemców budziły słyszane na co dzień odgłosy strzałów i eksplozji – a są wśród nich tacy, którzy opuścili swój kraj w związku z konfliktami zbrojnymi. Takie warunki mogą prowadzić do pogłębienia traum”. „Cudzoziemcy ulokowani w celach potrzeby fizjologiczne załatwiają w swoich wieloosobowych pokojach, w kącikach sanitarnych zabudowanych do wysokości ok. metra”… „Dwa budynki mieszkalne podzielone na dwa oddziały każdy […] przypominają zakłady karne, otoczone są zasiekami typu concertina”.

Sieć troski

Pomoc na granicy to także mnóstwo zwykłej żmudnej pracy, jak porządkowanie i segregowanie rzeczy w magazynie, by były gotowe i dostępne, kiedy przyjdzie wezwanie pomocy. Szykujemy plecaki wypełnione wysokoenergetycznym jedzeniem, które można wziąć w drogę. Przydają się zwłaszcza wtedy, gdy osoby wypychane są do Białorusi, nie wiedząc, ile jeszcze dni spędzą w lesie. Dołączamy paczki podpasek, mokrych chusteczek, słomek z mechanizmem do oczyszczania wody, które pozwalają pić wodę ze strumieni i kałuż. Przygotowujemy pakiety: ubrania w różnych rozmiarach. Pomagają przygotowane przez kogoś i przekazane nam „leśne paczki”, dobrze opisane torby z kompletem ubrań dla dzieci w różnym wieku, od niemowląt po nastolatki.

Sortując rzeczy w magazynie, znajduję karteczkę, musiała wypaść z kieszeni kurtki, zostawiona tam przez darczyńcę. Są na niej słowa po angielsku, francusku, arabsku, persku, sorani (dialekcie języka kurdyjskiego): You are a worthy person. We care about you and we are thinking about you! Wkładam ją z powrotem do kieszeni kurtki, aby trafiła do kogoś w lesie.

Praca w magazynie zdaje się nigdy nie kończyć. Jesteśmy zadowolone, jeśli na koniec zmiany pozostawimy go w ładzie, ułatwiając pracę koleżankom z kolejnej tury. Magazyn trudno uporządkować, bo wciąż pojawiają się nowe rzeczy, a wyjazd na każdą leśną interwencję zostawia w nim chaos po poszukiwaniu tych właściwych ubrań.

Nie wszyscy jesteśmy w stanie patrolować lasy, ale możemy organizować zbiórki

Przez pierwsze miesiące kryzysu humanitarnego z całej Polski na pogranicze wysyłane były wszelkie niezbędne rzeczy. Oprócz ubrań, śpiworów, środków higieny także przedmioty, o których istnieniu wcześniej nawet nie wiedziałyśmy. Jak wspomniane słomki do uzdatniania brudnej wody, sycące racje żywnościowe w maleńkich kostkach, chemiczne ogrzewacze różnej wielkości, które mogą uratować przed pogłębieniem hipotermii – ich małe wersje do ogrzewania stóp znałam z protestów kobiet. Grupa osób szyje nieprzemakalne pokrowce na śpiwory. No i posiłki, słoiki przeróżnych zawekowanych zup, które wystarczy podgrzać w kilka minut, przelać do termosów i są gotowe do podania głodnym.

W sieci wsparcia nie wszystko jednak działa dobrze. Powstaje ona organicznie, oddolnie, nikt nią nie zarządza i nie kieruje. Potrzebujący i darczyńcy komunikują się ze sobą lepiej lub gorzej, więc i odpowiedzi na zgłaszane potrzeby bywają nietrafione. Zup z różnych źródeł dostajemy za dużo, a na przykład nadających się na mrozy rękawiczek – za mało.

Wśród darów znajdujemy też rzeczy zupełnie niepotrzebne. To trudny temat. Ludzie robią to z dobrej woli i zdrowego odruchu pomagania. Chcą działać na dostępne im sposoby, przydać się, reagować na koszmar kryzysu humanitarnego. Jednak kiedy wyjeżdżamy na akcję i w magazynie szukamy choćby skarpet, pośpieszne przeglądanie worka i wyjmowanie kolejnych bawełnianych letnich skarpetek stópek jest bardzo frustrujące. Na różnego rodzaju zbiórki trafia mnóstwo rzeczy, w tym niestety też takie, które nie są potrzebne. Stąd organizatorzy zwykli tak dokładnie opisywać cele i wymieniać przedmioty, które są zbierane.

Wciąż jednak są i tacy, którzy oddają po prostu to, co mają w szafach i w piwnicach, nie bacząc, czy ich stare garniturowe spodnie lub dziurawa bielizna (bo i to można znaleźć wśród darów!) są komuś potrzebne. W branży mówi się o nich: patodarczyńcy. To bolączka wszystkich organizacji pomocowych prowadzących zbiórki, na przykład dla osób w kryzysie bezdomności.

Smutny fame

Trudno bywa także na odcinku, na którym na co dzień pracuje Natalia Borysławska. Program Refugees Welcome Polska, który koordynuje, polega na łączeniu ludzi, którzy mogą podzielić się mieszkaniem z uchodźcami opuszczającymi ośrodki dla cudzoziemców. To jeden z kluczowych momentów w układaniu sobie życia w Polsce.

– Do czasu kryzysu na granicy to była walka o każde mieszkanie, każdy pokój – opowiada mi Natalia w listopadzie. – Dwoiłam się i troiłam, organizowałam spotkania informacyjne, rozwijałam sieci. Cieszyłam się z każdej przeprowadzki, każda była na wagę złota.

Od sierpnia, kiedy głośna stała się sytuacja w Usnarzu Górnym, Fundacja Ocalenie otrzymuje mnóstwo zgłoszeń od osób, które chcą podzielić się mieszkaniem. – Ludzie usłyszeli o Ocaleniu i o programie Refugees Welcome Polska. To smutny fame, ale tak to działa. Wspaniale, że ta straszna sytuacja przynosi jednak coś dobrego. Kiedy rozmawiam z osobami, które zgłosiły się do programu właśnie w związku z sytuacją na granicy białoruskiej, mówią, że chcą zrobić coś bardziej konkretnego niż przekazanie datków. Jest wielu chętnych gospodarzy. Nie nadążamy z ogarnięciem wszystkich zgłoszeń.

Tym bardziej że przychodzą z całej Polski, podczas gdy Ocalenie może objąć programem jedynie mieszkania w Warszawie i okolicach.

To, co Natalię niekiedy smuci, to podyktowane medialnymi przekazami oczekiwania gospodarzy: – Zgłaszają się do mnie ludzie, którzy koniecznie chcą przyjąć do siebie „kogoś z lasu”. Tłumaczę, że to niemożliwe, że takie osoby są jeszcze w ośrodkach strzeżonych, gdzie pozostaną przez kilka miesięcy. Że są inni potrzebujący tanich mieszkań. Pewna kobieta przeczytała artykuł o dziewczynce znalezionej w lesie z babcią. Bardzo chciała ugościć właśnie tę dziewczynkę i nie dała się przekonać, by udostępnić pokój osobie, która akurat w jej okolice dojeżdżała do pracy i tam poszukiwała mieszkania.

Kiedy talibowie zdobyli Kabul, do Natalii dzwonili gospodarze, mówiąc, że mają pokój – dla Afgańczyka lub Afganki. – Tłumaczyłam, że do nas trafiają różne osoby i wszystkie potrzebują pomocy, nie możemy ich segregować.

Taka segregacja i kierowanie pomocy do jednej tylko grupy staje się przyczyną poczucia wyobcowania i dyskryminacji, nawet konfliktów w ośrodkach: kiedy na przykład afgańskie dzieci dostają wyprawki, a czeczeńskie nie.

Mimo wszystko większość historii, które Natalia przynosi z pracy, podnosi na duchu. Jak ta o kobiecie, która wynajęła pokój uchodźcom już trzy razy i zawsze dokładała starań, aby jej gość poczuł się dobrze w sąsiedztwie. – Mieszkał u niej muzyk, który w dodatku lubił pracować z dziećmi. Zaprosiła go więc na spotkanie z uczniami w szkole, żeby opowiedział o swoim doświadczeniu – opowiada Borysławska. – Włączała swoich lokatorów w życie sąsiedzkie, dzięki czemu łatwiej było im zadomowić się i znaleźć pracę – bo ktoś właśnie potrzebował kogoś do pomocy.

Interwencje: Mariam, Nelly

Listopad. Jest trzecia w nocy, środek lasu. To mój trzeci pobyt na granicy. Uderza mnie, jak bardzo jestem spokojna, jak się nie boję. Później, po powrocie, uświadomię sobie, że w każdych innych okolicznościach, będąc o trzeciej w nocy w lesie, byłabym przerażona, ale byłby to zwykły, normalny, zdrowy lęk przed ciemnością, lęk kogoś, kto nie zwykł być w lesie nocą. Ale tu wszystko jest na opak. Tu czuję, że noc i ciemność chronią ludzi, do których idziemy z pomocą. Nie chcę włączać latarek, nie mam też potrzeby, by wrócić do samochodu i po prostu odjechać, wrócić do normalności. Chcę iść dalej, głębiej w ciemność.

W nocy używamy światła tylko wtedy, kiedy to niezbędne, aby nie dać się zauważyć. W świetle księżyca ledwie widzę twarze. Nie mogę ich rozpoznać i zapamiętać. Pozostają ze mną inne szczegóły: skrzypienie drzew na wietrze, thank you, sister! i god bless you! szeptane słabymi głosami, drżenie ciał. Na ciemnej ściółce jasne, poranione stopy trzynastoletniej dziewczynki. Dotyk małej dziecięcej rączki.

Ta trzynastoletnia dziewczynka to Kurdyjka Mariam. Jest w lesie z rodzicami i młodszym rodzeństwem – jej najmłodszy brat ma pięć lat. Chłopiec jest uderzająco grzeczny – to słowo, które przychodzi mi do głowy, pochodzi z nieadekwatnego, starego słownika. Tak naprawdę to apatia, odrętwienie po piętnastu dniach, które dziecko spędziło w zimnym lesie. Mariam za to jest bardzo energiczna. Jako jedyna w rodzinie mówi bardzo dobrze po angielsku, więc to ona z nami rozmawia, dopóki nie połączymy się z tłumaczem. Wskazuje, kto potrzebuje nowych butów, kto kurtki, a kto leków na grypę.

Osoby pracujące na co dzień w Fundacji Ocalenie martwią się o te dzieci, które mieszkają już w Warszawie, dobrze mówią po angielsku lub po polsku i stają się dla dorosłych tłumaczami w urzędach. To zbyt duża odpowiedzialność, nieodpowiednia dla dziecka. A tu spotykamy dzieci, które robią to samo, ale w środku lasu i w kontakcie ze strażą graniczną.

Tej nocy udaje nam się dotrzeć do jeszcze jednej grupy, z Etiopii. Kiedy mój kolega objaśnia im sytuację prawną, ich możliwości i szanse otrzymania ochrony międzynarodowej w Polsce, podchodzi do mnie Nelly, młoda kobieta. – Czy masz podpaski? – pyta szeptem. Jestem szczęśliwa, mogąc jej powiedzieć, że w plecaku z jedzeniem są też podpaski i mokre chusteczki.

Wracamy. Jest ósma rano. Ubrudzeni błotem i zupą jemy śniadanie na stacji benzynowej. Ucinamy sobie pogawędkę z kierowcą tira o promocjach na Orlenie.

Medycy w momencie granicznym

Wparcie psychologiczne

W sieć troski, która tworzy się wokół granicy, włączane są różne funkcje i zadania. Jedną z takich funkcji jest grupowe i indywidualne wsparcie psychologiczne, które organizuje dla nas RegenerAkcja. Rozmawiam z twórczynią organizacji, Natalią Saratą, socjolożką, od dwudziestu lat działającą w ruchach społecznych: antydyskryminacyjnych, prawnoczłowieczych, feministycznych, queerowych. Działając, doświadczyła wypalenia aktywistycznego.

– Nie wiedziałam wtedy o żadnym miejscu w Polsce, do którego mogłabym pójść i uzyskać zrozumienie, słuchające uszy i wsparcie – wspomina. – Raczej słyszałam, że to, czego doświadczam, to aktywistyczne fatum i order za dzielność. Że mój stan poświadcza, że bardzo dużo dałam z siebie i że tak trzeba. Wszystko zgodnie z romantycznym mitem samopoświęcenia i płonięcia na stosie sprawy.

Jednak około 2015 roku stawało się dla niej jasne, że zapotrzebowanie na wsparcie psychologiczne i infrastrukturę wzajemnej troski w aktywizmie jest ogromne i że będzie rosnąć. Uczestnicy i uczestniczki kolejnych ulicznych protestów, Strajku Kobiet, Tęczowej Nocy, ruchów klimatycznych borykały się z przeciążeniem zaangażowaniem społecznym. Problem stał się jeszcze dotkliwszy, gdy protesty spotykały się z policyjną przemocą.

Na podstawie własnych doświadczeń i rosnących potrzeb Sarata rozwijała więc RegenerAkcję, a w jej ramach także sieć terapeutek, superwizorek, interwentek kryzysowych. Sama także prowadzi grupy wsparcia dla aktywistów i aktywistek, szczególnie obrońców i obrończyń praw człowieka. To pierwsza taka organizacja w Polsce.

Natalia zauważa, co jest typowe dla działań ruchów społecznych, a co wyjątkowe w obecnym kryzysie. Wyjątkowa jest uwaga mediów, także międzynarodowych: – To kryzys, który został ujawniony. Aktywiści i aktywistki biorą sobie to narzędzie, które do tej pory w zbyt małym stopniu było do naszej dyspozycji – zauważa Sarata.

Myśli też o ludziach mieszkających w strefie stanu wyjątkowego: – Wyjątkowe jest to, że wiele osób nie podjęło swobodnie decyzji o zaangażowaniu. Zostali postawieni w sytuacji, w której musieli działać, żeby móc sobie patrzeć w oczy w lustrze i żeby móc powiedzieć: zrobiłem, zrobiłam wszystko, co było możliwe.

Na wschodzie bez zmian

Podobna jest natomiast przemoc państwa: – Jak zwykle, tylko bardziej, więcej – podkreśla Sarata. Już nie tylko policja, ale też wojsko, straż graniczna, nawet leśnicy. Podobna jest też presja i potrzeba działania i towarzyszące temu mechanizmy psychologiczne.

– Ryzyko zwiększa się wtedy, kiedy osoby aktywistyczne wpadają w pułapkę odpowiedzialności i omnipotencji: mogę wszystko lub muszę wszystko i wszystko zależy ode mnie. Nie jest tak. Nie mamy kontroli nad tą sytuacją, ktoś inny ma: wojsko, rząd. Wojsko może nam pozwolić lub nie pozwolić gdzieś wjechać, rząd może zakazać lub nie naszej działalności, poszerzyć strefę lub znieść stan wyjątkowy. Działamy w ramach stworzonych przez opresyjne państwo. Jednocześnie wiele i bardzo niewiele zależy od nas.

Słowa Natalii Saraty rezonują z tymi, które często słyszę i sama powtarzam: „my tylko podajemy zupę”. Ale podczas superwizji współpracująca z RegenerAkcją psychoterapeutka Agnieszka Wróblewska mówi nam, że to, co dajemy ludziom, których spotykamy w lesie, to kawałek normalności, tego świata, który może jeszcze pamiętają, w którym ludzie troszczą się o siebie nawzajem i nie są obojętni wobec cierpienia.

Thank you all

Grudzień. Od grupy mężczyzn, którzy sześćdziesiąty piąty dzień są w lesie, teraz po białoruskiej stronie, dostajemy życzenia wesołych świąt. Na graniczny numer pomocowy dostajemy też takie wiadomości:

This is a love letter from me and the immigrants and those looking for a shelter to protect them. We were nine people helped by you several times in the woods of Poland and I would like to thank you all, without exception. We are safe now. All this thanks to God and thanks to you. I don’t want to cry but inside I have a feeling of love and gratitude. I thank you once again. You are the gratest people I have met in my life. We have called you the Angels of Mercy. Thank you again. Thank you all.

[To list miłosny ode mnie i migrantów oraz tych, którzy szukają schronienia. Byliśmy dziewięcioosobową grupą, której kilkakrotnie pomogliście w Polskich lasach, i dziękuję Wam wszystkim bez wyjątku. Jesteśmy teraz bezpieczni. Wszystko to dzięki Bogu i dzięki Wam. Nie chcę płakać, ale w sercu czuję miłość i wdzięczność. Jeszcze raz dziękuję. Jesteście najwspanialszymi ludźmi, jakich spotkałem w swoim życiu. Nazwaliśmy was Aniołami Miłosierdzia. Jeszcze raz dziękuję. Dziękuję wam wszystkim].

Pogrzeb w Bohonikach
Pogrzeb uchodźcy na cmentarzu tatarskim w Bohonikach Fot. Monika Bryk

953 kilometry granic do obsłużenia

Luty. Mieszkańcy strefy znajdują na bagnach ciało Ahmeda. Pochodził z Jemenu, miał 26 lat. Lokalsi mówią, że w maju, gdy bagna nieco wyschną, na powierzchni pojawi się więcej zwłok.

Po kilku dość cichych tygodniach pograniczny ruch ponownie wzrasta. Jestem w jednej z aktywistycznych baz. Od poranka 24 lutego rozmowy w bazach dotyczą działań już na dwóch granicach: z Białorusią i z Ukrainą.

Agata Kołodziej z zarządu Ocalenia ze swojej zmiany w bazie podlaskiej jedzie prosto do Lublina. Po drodze odwiedza jeszcze strzeżony ośrodek dla cudzoziemców, żeby zostawić paczkę dla osoby, która trafiła tam z białoruskiego szlaku. Wraz z prawnikiem odwiedza punkty recepcyjne i ośrodki pobytowe, żeby zaplanować działania pomocowe fundacji. Pierwsze wrażenia?

Aktywistki i podopieczny Fundacji Ocalenie uwolniony ze strzeżonego ośrodka po 5 miesiącach zamknięcia Fot. Fundacja Ocalenie

– W przygranicznych polskich miastach wciąż, dzięki zaangażowaniu wolontariuszy i lokalnej społeczności, organizacja jest bardzo dobra – relacjonuje Agata. – Koordynacja przyjazdów, postojów, noclegów działa, mieszkańcy dostarczają jedzenie, uczniowie i uczennice w szkołach przygotowują kanapki… Wygląda na to, że najwięcej pracy i naszej pomocy będzie potrzebne, kiedy uchodźcy i uchodźczynie dojadą już do miejsc, w których zostaną na stałe. Tak jak przewidywaliśmy.

To nie znaczy, że teraz potrzeb jest mało. Do pomocy przy najbardziej pilnych zadaniach, jak transport, przygotowanie i rozprowadzenie pomocy rzeczowej, tłumaczenia – zgłosiło się 1600 wolontariuszy i wolontariuszek. Na tej części polskiej granicy polskie społeczeństwo i państwo zachowują się tak jak trzeba, przynajmniej wobec Ukrainek i Ukraińców.

Niebiali też uciekają przed wojną. I też z Ukrainy

Marzec. Na numer alarmowy dla granicy z Białorusią przychodzą kolejne wiadomości. Coraz więcej, bo im jest cieplej, tym więcej osób, z których część zimę spędziła w Białorusi, widzi dla siebie nową szansę. Mężczyzna, który w wigilię życzył nam wesołych świąt, pisze:

„Jestem z Syrii i jestem tu [w Białorusi] od sześciu miesięcy. Nasz kraj jest zniszczony wojną. Próbuję dostać się do Polski, aby znaleźć godne życie dla mnie i moich dzieci z dala od niebezpieczeństwa i wojny. Polscy żołnierze wypchnęli mnie z powrotem do Białorusi czternaście razy. Dlaczego polska armia jest rasistowska? Kiedy Ukraińcy poprosili o wejście, otworzyliście im drzwi, nakarmiliście ich i zaopiekowaliście się nimi. W nich widzicie ludzi, a kim my jesteśmy? Tego samego dnia, w którym Ukraińcy zaczęli przybywać do waszego kraju, nas odesłano z powrotem pod białoruski płot na granicy. Dlaczego nikt nam nie pomaga? Codziennie modlę się i proszę Jezusa Chrystusa, aby powstrzymał wojny, aby nikt nie musiał smakować wojny, tak jak my, i nikt nie musiał prosić o pomoc, tak jak my”.

Dwie granice, dwie Polski

Imiona niektórych osób zostały zmienione.

**
Alicja Palęcka – socjolożka pracy i bezrobocia, doktorantka na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracowała z „Nowym Obywatelem” i „Nowymi Peryferiami”. Autorka raportu podsumowującego dotychczasowe działania Fundacji Ocalenie na granicy polsko-białoruskiej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij