Kraj

Jesteś gejem lub lesbijką? Sąd ci na słowo nie uwierzy. Biegnij po zaświadczenie

Fot. Jakub Szafrański

Uczę swoich studentów i studentki, że wyroki sądu trzeba szanować. Ale trudno zachować powagę wobec zachowania sędziego, który naruszył naszą godność, nakładając na nas konieczność udowodnienia homoseksualności. Cechy, która jest dla nas przyczyną dyskryminacji w niemal każdej dziedzinie życia – mówi nam prof. Jakub Urbanik.

W 2018 roku w programie Tak czy nie Kaja Godek stwierdziła, że osoby homoseksualne są „zboczone”. Na wniosek 16-osobowej grupy przedstawicieli i przedstawicielek społeczności LGBT+ za tę i kilka innych skrajnie homofobicznych wypowiedzi najbardziej znana antyaborcjonistka w Polsce stanęła przed sądem.

Sędzia oddalił jednak powództwo. Na sali rozpraw orzekł, że wprawdzie zachowanie Godek było naganne, ale na gruncie prawa cywilnego nie da się z tym nic zrobić ani pociągnąć pozwanej do odpowiedzialności. Z kolei w pisemnym uzasadnieniu uznał, że na taki wyrok zapracowali sobie sami skarżący. Powód? Nie wykazali przed sądem swojej orientacji, którą powinien poświadczyć lekarz seksuolog. Tymczasem od Kai Godek, która w czasie procesu o tęczową aureolę Maryi deklarowała, że jej uczucia religijne zostały obrażone, sąd zaświadczenia od księdza o przynależności do grupy religijnej nie wymagał.

O absurdach i ignorancji w polskim systemie sprawiedliwości, prawnym wykluczeniu mniejszości i przywilejach katolików i katoliczek rozmawiamy z jednym z pozywających Godek, wykładowcą Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Jakubem Urbanikiem.

Przeczytaliśmy projekt #StopLGBT od Godek, żebyście wy nie musieli. Najgorsze w nim jest to, że powstał

Paulina Januszewska: Dlaczego polskie prawo nieskutecznie chroni obywateli i obywatelki przed mową nienawiści?

Jakub Urbanik: To proste. Taka jest wola polityczna. Przy czym trzeba pamiętać, że to, jak wyglądają dotyczące tej sprawy art. 256 i 257 Kodeksu karnego, nie jest zasługą wyłącznie obecnego rządu. Zostały one wprowadzone pod koniec lat 90. i odpowiadają w zasadzie treści peerelowskiego Kodeksu karnego. Wśród odpowiedzialnych za kształt kodeksu teoretyków i praktyków prawa karnego brakowało wówczas świadomości i wrażliwości społecznej, które dziś w krajach europejskich uchodzą, a przynajmniej powinny uchodzić, za cywilizacyjny standard. Polski Kodeks karny był wręcz chwalony za swoją nowoczesność, mimo że w kwestii przestępstw motywowanych nienawiścią zabrakło wzmianki o orientacji seksualnej. A to niejedyna słabość, która z biegiem lat coraz bardziej bije po oczach i nad którą nie zechciały się pochylić żadne władze.

Co nie działa w tym przepisie?

Wspomniany art. 257 nie wymienia przypadków mowy nienawiści ze względu na inne cechy ludzkie, które bardzo często są przesłanką dyskryminacji wywołującej przemoc fizyczną, słowną i ekonomiczną. Mam tutaj na myśli m.in. wiek, płeć, ale także tożsamość płciową, która na rządzących, którzy właśnie walczą z gender, działa jak płachta na byka. Przy czym zasadniczym dylematem jest to, czy przeciwko mowie nienawiści należy występować w sposób karny, czy też nie. Po stronie prawodawcy spoczywa konieczność wyważenia dwóch wartości – wolności/swobody wypowiedzi i poglądów oraz ochrony godności ludzkiej przed znieważeniem, zniesławieniem czy traktowaniem w sposób uwłaczający.

Polskie prawo nie mówi o tym wprost?

W istocie mamy do czynienia z kwestią ideologiczno-polityczną, wykraczającą poza porządek prawny. Należy bowiem zdecydować, które kwestie są dla naszego społeczeństwa najważniejsze. W mojej ocenie godność ludzka ma wartość najwyższą i tak też pozycjonuje ją polska konstytucja, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że w doktrynie czy filozofii prawa jest to temat nieoczywisty i niełatwy do rozstrzygnięcia. Zupełnie inne jest na przykład podejście amerykańskie, w którym mowa nienawiści w zasadzie nie podlega sankcjonowaniu ani penalizowaniu przez prawo, bo wolność wypowiedzi jest wartością stawianą bardzo wysoko.

Jeśli jednak w naszym porządku prawnym zdarza się już tak, że penalizujemy mowę nienawiści, to zgodnie z zasadą równości gwarantowaną przez art. 32 konstytucji zakazujący wszelkiej dyskryminacji każdy jej przejaw powinien być traktowany tak samo. Czyli art. 257 Kodeksu karnego, który dziś zakazuje mowy nienawiści ze względu na przynależność do grupy narodowej, etnicznej czy wyznaniowej albo z powodu bezwyznaniowości, powinien objąć inne cechy, często związane z dyskryminacją jakiejś grupy: przede wszystkim wiek, płeć czy wreszcie, orientacja psychoseksualna.

Ale wiemy, że to nie działa. Ściganie autorów homofobicznych czy transfobicznych wypowiedzi wymaga skomplikowanej prawniczej gimnastyki.

Owszem. Skoro art. 257 nie gwarantuje ochrony wprost, to trzeba sięgać po przepisy niezwiązane z mową nienawiści. Jeśli pozostajemy przy procesie karnym, to taką możliwość teoretycznie daje art. 212 dotyczący zniesławienia i 216 dotyczący znieważenia. Dotychczas w sytuacjach związanych z publicznymi, nacechowanymi nienawiścią wypowiedziami w odniesieniu do osób nieheteronormatywnych zazwyczaj używano właśnie przepisu o zniesławieniu. Tak stało się w sprawie Barta Staszewskiego, organizatora Marszu Równości w Lublinie. Aktywista oskarżył prywatnie miejskiego radnego, autora zniesławiających wpisów na Facebooku. Sąd prawomocnie go skazał. Ale sprawiedliwości można też dochodzić na drodze cywilnej.

Na to zdecydował się pan wraz z grupą kilkunastu innych osób skarżących Kaję Godek za określenie orientacji homoseksualnej „zboczeniem”. Wypowiedź ta padła na antenie Polsatu w 2018 roku – tym samym, w którym Staszewski pozwał lubelskiego radnego. Dlaczego – w przeciwieństwie do niego – wybraliście pozew cywilny o naruszenie dóbr osobistych?

Proces cywilny wydawał nam się właściwszy. Po pierwsze, w prawie karnym „utrudnieniem” dla skarżących jest zasada domniemania niewinności i rozstrzygania wszelkich wątpliwości na korzyść osoby oskarżonej. I słusznie: są to przecież zasady praworządności, na których opiera się państwo prawa. Poza tym tak spowszechniałe dziś trans- i homofobiczne wypowiedzi mają charakter ogólny, odnoszą się do grupy. W procesie karnym oskarża zaś konkretna osoba, która musi wykazać, że dana wypowiedź odnosząca się do całej grupy „homoseksualistów” ma przełożenie na zniesławienie konkretnych, indywidualnych osób. Ale nie to ostatecznie zaważyło na naszej decyzji.

Co w takim razie?

Wyszliśmy z założenia, że wchodzimy w bardzo delikatną sferę potencjalnego ograniczania wolności wypowiedzi współobywateli i obywatelek, w związku z czym nie chcieliśmy do tego celu używać represyjnego narzędzia prawa karnego: ideologicznie wydawało nam się to po prostu niewskazane. Skorzystaliśmy zatem z przepisów cywilnych, związanych z codziennymi życiowymi aktywnościami, mając pełną świadomość, że ta metoda też wcale nie jest prosta.

Dlaczego?

To wynika z użytych przez nas przepisów dotyczących ochrony dóbr osobistych. Ustawodawca cywilny umyślnie nie określił, czym one dokładnie są, art. 23 podaje tylko ich przykłady. Katalog dóbr i pole do ich interpretacji są otwarte i szerokie. Nie ma żadnych wątpliwości, że dobrem osobistym są zdrowie, cześć – wymienione wprost przez Kodeks cywilny, i godność człowieka, którą dodatkowo chroni konstytucja. Ale mogą nim być także poczucie bezpieczeństwa społecznego i inne zindywidualizowane cechy osoby. By skutecznie skorzystać z ochrony, musimy najpierw wykazać, że ktoś, posługując się mową nienawiści, naruszył przynależne nam dobra osobiste.

Jak było w pańskim przypadku?

Naruszenie dóbr osobistych przez Kaję Godek wynika z tego, że twierdzenie „homoseksualizm to zboczenie” czy „geje chcą adoptować dzieci, bo chcą je molestować i gwałcić” uderza we mnie jako wyoutowanego, otwarcie działającego na rzecz równości nauczyciela akademickiego i naraża na szwank moje dobre imię, podważa zaufanie, którym darzą mnie studenci i studentki. Czuję się poniżony jako osoba sprawująca urząd – jak by nie patrzeć – publiczny. Obniża moje poczucie bezpieczeństwa i dobrostanu – czyli moje dobra osobiste. Podobnie reszta powodów i powódek, wśród których znalazły się adwokatki, dziennikarki, politycy, czyli osoby sprawujące zawody publiczne. Istnieje też duże niebezpieczeństwo, że za takimi nienawistnymi sformułowanie pójdzie przemoc fizyczna skierowana wobec konkretnych osób. To także obniża nasze poczucie bezpieczeństwa.

Jakiej właściwie rodziny prawica broni przed LGBT?

Sąd jednak miał inne zdanie. Jak uzasadnił swój wyrok?

Otóż wskazał wspomnianą przeze mnie trudność, która łączy w kwestiach przeciwdziałania mowie nienawiści proces karny i cywilny. W sytuacji, gdy mamy wypowiedzi odnoszące się negatywnie do całej grupy osób wszystkich Polaków i Polek, wszystkich osób LGBT+ czy katolików i katoliczek, nie jest łatwo wykazać przejście pomiędzy znieważeniem lub naruszeniem dóbr całej grupy a konkretnej, indywidualnej osoby, która wnosi oskarżenie lub wytacza proces cywilny. To problem dyskutowany w doktrynie prawa cywilnego od dawna. Byliśmy jednak na niego przygotowani. Nie mamy bowiem wątpliwości, że nasze dobra naruszono, i potrafimy to udowodnić.

Ale sędzia już na pierwszej rozprawie z góry założył, że jest to całkowicie niemożliwe, i nie zdecydował się was przesłuchać.

To przykre: na sali sądowej musiałem wystąpić w roli publiczności i zostałem pozbawiony prawa do złożenia zeznań. A to była jedyna droga, żeby dowieść powstania indywidualnej krzywdy, powołując się m.in. na opinie eksperckie, pokazujące, jak nasz dobrostan pogorszył się na skutek wypowiedzi Kai Godek i całej spirali nienawiści, jaką w dyskursie publicznym one zapoczątkowały. W tym procesie wnosiliśmy więc nie tylko o przeprosiny i naprawienie krzywdy, ale także o zaprzestanie tych naruszeń.

Tymczasem Kaja Godek nabrała jeszcze większej pewności siebie. Jej występ w Polsacie, od którego minęły już niemal trzy lata, był jednym z pierwszych tego typu w przestrzeni publicznej. Kolejne homofobiczne czy transfobiczne hasła ośmieliły innych, wysypywały się potem jak z rozerwanego worka, nie mówiąc już o tym, że ów skandaliczny i wykluczający język przejęli wysocy rangą oficjele rządowi. Wytaczamy więc sprawy sądowe, by kolejni publiczni mówcy zastanowili się dwa razy, zanim zdecydują się kogoś obrazić na wizji, by wiedzieli, że za nienawistne słowa poniosą odpowiedzialność.

Sąd Okręgowy w Warszawie oddalił powództwo waszej grupy przeciwko Kai Godek 12 stycznia 2021 roku. Kilka dni temu uzasadnienie wyroku opublikowano w formie pisemnej. Czym różniło się od tego, które usłyszeliście na sali rozpraw?

W ustnym uzasadnieniu sędzia wskazał, że słowa Kai Godek należy ocenić negatywnie, że przekroczyła ona granice wolności słowa. To było dla nas ważne, ponieważ świadczyło o dostrzeżeniu przez sąd problemu i naruszeń z jej strony. Tymczasem w pisemnym uzasadnieniu tego stwierdzenia zabrakło. Pozytywne aspekty niekorzystnego dla nas wyroku zniknęły z wersji pisemnej, a zamiast nich pojawił się kompletnie kuriozalny dyskurs, zajmujący w dodatku większą część uzasadnienia, w którym sąd stwierdza, że jako indywidualne osoby nie tylko nie mogliśmy odnieść słów o osobach nieheteronormatywnych do siebie, ale również nie udowodniliśmy przynależności do tej grupy. Wydaje mi się, że coś takiego wcześniej się w naszych sądach nie zdarzało.

Objawienie Tęczowej Matki Boskiej

„W ocenie sądu przynależność do grupy osób o orientacji homoseksualnej winna zostać wykazana poprzez przedłożenie opinii lub zaświadczenia lekarza seksuologa” – brzmi fragment orzeczenia. Słowem: sąd nie jest pewien, czy jest pan gejem?

Tak właśnie. Gdyby sędzia wpisał imię każdego i każdej z nas w przeglądarce, przekonałby się o tym, kim jesteśmy. Nasza przynależność do społeczności LGBT+ nie jest żadną tajemnicą. Sąd cywilny może się oprzeć na własnej mądrości i doświadczeniu, nie musi do potwierdzenia tego powoływać ekspertów. Kodeks postępowania cywilnego mówi wprost: „Fakty powszechnie znane nie wymagają dowodu. Sąd bierze je pod rozwagę nawet bez powołania się na nie przez strony”. Co więcej, taki wymóg uwłacza, bo sugeruje, że ktoś z nas mógłby udawać osobę homoseksualną czy biseksualną. Zarzut, że nie zachowaliśmy się właściwie procesowo, bo powinniśmy załączyć zaświadczenie od biegłego sądowego o naszej homoseksualności, zdecydowanie wykracza poza to, co wyobrażałem sobie w najgorszych snach. A przede wszystkim było zupełnie niepotrzebne.

To znaczy?

Na poziomie argumentów wystarczyłoby, by sąd odniósł się do ogólnych zasad prawa cywilnego, które można różnie rozumieć, bo jest ono przecież dość elastycznym narzędziem pozwalającym prowadzić spór w oderwaniu od jego ideologicznej perspektywy. Nauczyłem się i tego też uczę swoich studentów i studentki, że wyroki sądu trzeba szanować. Ale trudno jest zachować powagę wobec zachowania sądu, który naruszył naszą godność, nakładając na nas konieczność wykazania swojej immanentnej cechy, która w dodatku jest dla nas przyczyną dyskryminacji w niemal każdej dziedzinie życia.

W uzasadnieniu uderza też wykluczający język.

Sędzia używa nieporadnych, zmedykalizowanych terminów, co świadczy o tym, że nie potrafi prowadzić takich spraw. W uzasadnieniu wyroku czytam o „grupie homoseksualistów”, co brzmi co najmniej jak grupa przestępców. Brakuje też feminatywów, choć w sprawę było zaangażowanych kilka kobiet. Proszę sobie wyobrazić, że nawet we fragmencie dotyczącym rozmowy Kai Godek i dziennikarki Polsatu, obie kobiety opisano rzeczownikami rodzaju męskiego.

Czy Kaja Godek, która była niedawno oskarżycielką posiłkową w sprawie o obrazę uczuć religijnych, była przez sąd indagowana o dowód na przynależność do grupy religijnej?

Nie byłem w Płocku na sali sądowej – nie wiem zatem, jak zidentyfikowano cechy pani Godek jako oskarżycielki posiłkowej. Zakładam jednak, że nie żądano od niej żadnych zaświadczeń o jej katolicyzmie: w przeciwnym razie na pewno byśmy się tego dowiedzieli. W naszej sprawie powoływała się na wolność religijną jako uzasadniającą głoszone poglądy. Jej katolickie wyznanie ma te poglądy potwierdzać i co więcej, nakładać obowiązek upominania nas, grzeszników. Sąd w ogóle nie badał tego zagadnienia, na wiarę też przyjął jej działalność „społeczną pro-life” − tu w uzasadnieniu pada wyciąg ze strony internetowej Fundacji Życie i Rodzina.

Kaję Godek obraziła nie sugestia popełnienia przestępstwa czy mowa nienawiści, ale tęczowa aureola. Czy te dwie sprawy pokazują, że prawo chroni uprzywilejowaną i nieatakowaną większość, a wobec dyskryminowanej mniejszości jest po prostu wrogie?

Tak, oczywiście: art. 257 Kodeksu karnego wymienia wyznanie jako powód karanej mowy nienawiści, art.196 Kodeksu karnego, który jest podstawą oskarżenia w sprawie „Tęczowej Maryi”, chroni przed obrazą uczuć religijnych. Grupa religijna jest chroniona lepiej, w naszym kraju zaś grupa religijna to przede wszystkim wyznaniowa większość katolicka. Nie posunąłbym się do stwierdzenia, że prawo jest wrogie. Prawo nie ma uczuć. Prawo po prostu nas często nie zauważa, chociaż pamiętajmy, że orientacja seksualna w kontekście dyskryminacji pojawia się w kodeksie pracy, w tej mierze udawało się skutecznie takiej dyskryminacji zapobiegać. To jego stosowanie lub brak może dopiero być niechętne lub dodatkowo dyskryminujące. Na marginesie obu spraw warto zauważyć, że dziś coraz częściej kolejne osoby powołują się na wolność religijną, by uzasadnić dyskryminację mniejszości LGBT+ albo usprawiedliwić nienawistne wobec niej zachowania czy stwierdzenia. Ta tendencja, jak się wydaje, przychodzi zza oceanu. Znowu, o czym mówiliśmy na początku naszej rozmowy, mamy konflikt dwóch wartości czy wolności. Powtórzę: każda wolność jest podporządkowana godności człowieka, ta bowiem jest źródłem wszystkich praw.

Czy to orzeczenie może negatywnie odbić się na innych procesach dotyczących mowy nienawiści?

Jeżeli sędziemu prowadzącemu naszą sprawę przyszło coś takiego do głowy, to kto nam zagwarantuje w przyszłości, że w innych przypadkach nie będziemy musieli zdawać testów na udowodnienie orientacji albo płci? Jak takie testy miałyby wyglądać? I dlaczego ktoś miałby je przeprowadzać, skoro jest to niezgodne z obowiązującym prawem europejskim i godzi w prawo człowieka do prywatności? Zresztą tak naprawdę to już się dzieje, chociażby w sprawach dotyczących uzgodnienia płci wśród osób transpłciowych, które nasz przypadek komentują tak: „teraz widzicie, przez jaką gehennę musimy przechodzić w sądach”. Przede wszystkim jednak nasza sprawa jest dowodem na to, że ogromna nieufność społeczeństwa do sądów i przekonanie o ich zepsuciu są jak najbardziej uzasadnione.

Dlaczego?

Polki i Polacy nie lubią sądów nie tylko dlatego, że z rozprawy zawsze ktoś wchodzi przegrany, ale również dlatego, że sędziowie są zamknięci na ludzi, nie potrafią okazać im zrozumienia, nie znają inkluzywnego języka, nie dostrzegają zmian zachodzących w społeczeństwie. Otwartość tymczasem nie wymaga od nich zdjęcia togi i obniżenia powagi swojego urzędu, ale wzięcia przykładu chociażby z sędziów anglosaskich, którzy zachowując powagę i teatrum sprawiedliwości, potrafią słuchać ludzi, są przeszkoleni z równościowego traktowania różnych grup, zwracają się wprost do stron, pozwalają im mówić i pamiętają, kogo mają przed sobą.

A co dalej z Kają Godek? Będzie apelacja?

Owszem. Mamy dwa tygodnie na odwołanie. Liczymy na większą wrażliwość i większe rozpoznanie wagi sytuacji od strony prawa cywilnego przez sąd wyższej instancji, bo po to on jest. Co się wydarzy? Liczymy, że wygramy, ale jeśli nie, to im szybciej przegramy proces w Polsce, tym prędzej dojdziemy do tego miejsca, które sędzia nam, jak mniemam, polecił.

Co ma pan na myśli?

Usłyszeliśmy, że prawo cywilne nas nie chroni i mamy szukać pomocy w innych systemach prawnych. Sąd uznał, że nie może wskazać związku pomiędzy naruszeniem dóbr jednostki a naruszeniem dóbr grupy, która w jego ocenie powinna być w dodatku „ściśle określona, a najlepiej – mieć ściśle określone członkostwo”. Nie zgadzamy się z tym. To jest dyskusja na poziomie przepisów, problemów i argumentów prawniczych: choć pojmuję rozumowanie sądu w tej mierze, nie zgadzam się z tak wąską ich interpretacją. Jeśli jednak tak jest, że polski porządek prawa w ogóle przed mową nienawiści nie chroni, pozostaje szukać sprawiedliwości w europejskim systemie ochrony praw człowieka, czyli w Trybunale w Strasburgu. Miejmy nadzieję, że jego pozytywny wyrok zmieni obecne standardy.

Tego chce Ursula von der Leyen, która zapowiedziała, że Komisja Europejska wprowadzi w życie strategię równości LGBT+ i będzie „działać przeciwko dyskryminacji, w tym również przez zawieszanie środków unijnych”.

Trzeba przy tym pamiętać, że Bruksela to nie Strasburg i odwrotnie. Bardzo jednak liczę na to, że synergia pomiędzy tym, co na poziomie spójności polityki prawnej robi KE, a wyrokami ETPCz, okaże się na tyle silna, by otoczyć ochroną wszystkie dyskryminowane grupy. Skoro Ursula von der Leyen zareagowała na sławetne strefy wolne od LGBT+ w Polsce, to mam nadzieję, że nasza sprawa również nie ujdzie uwadze europejskich decydentów i przyczyni się do spełnienia zapowiedzi o wprowadzeniu jednolitego i walczącego z wykluczeniem unijnego prawodawstwa.

**
Prof. Jakub Urbanik
– doktor habilitowany nauk prawnych, wykładowca na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista od prawa rzymskiego, aktywista, a także współtwórca Funduszu Prawo Nie Wyklucza, którego celem jest organizacja i pokrywanie kosztów pomocy prawnej dla osób LGBT+.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij