Kraj

Czy Polska coś ugrała, szantażując wetem?

Fot. European Union 2020

Polska, mimo wymachiwania pięścią premiera, nie dostała ani złotówki więcej z unijnego budżetu. Groźby i szantaż przyniosły nam tylko polityczne straty. Zadowolony może być za to Viktor Orbán, bo on akurat – przy pomocy Polski – ugrał dla siebie dwa lata dalszej bonanzy na unijnych funduszach. Komentuje Jakub Majmurek.

Nie było weta. W ostatniej chwili, jak w dobrym thrillerze, uniknęliśmy katastrofy. Po tygodniach krzyków, groteskowego, pseudopatriotycznego teatrzyku, rejtanowskich pantomim i antyniemieckich tyrad jak z czasów towarzysza Wiesława, polski rząd nie odpalił bomby atomowej weta, choć niektórzy politycy rządzącej koalicji siłą pchali palec premiera Morawieckiego ku guzikowi.

Jest się więc z czego cieszyć? Tak i nie. Tak, bo Polska zyskuje dostęp do korzystnego dla niej budżetu i środków z Funduszu Odbudowy, których przeorana przez pandemię gospodarka zwyczajnie potrzebuje. Sam fundusz jest wielkim krokiem w stronę pogłębienia integracji Europy – co długotrwale jest dla Polski najlepszym rozwiązaniem. Nie, bo korzystna dla nas oferta leżała na stole od lipca. Polski rząd, głównie za sprawą sporów na własnym parlamentarnym zapleczu, zmarnował pięć miesięcy na bezsensowne konflikty, w których nie ugrał nic – ani dla Polski, ani nawet dla własnego politycznego obozu.

Krok w dobrym kierunku

Zacznijmy od pozytywów. Europa po raz pierwszy w historii wspólnie zaciąga dług, by sfinansować popandemiczną odbudowę europejskich gospodarek. Dług będzie częściowo spłacany z przychodów samej Unii. To ważny i dobry krok na drodze ku pogłębieniu integracji europejskiej, na której końcu – cały czas bardzo niepewnie i niewyraźnie – rysuje się jakaś wizja stopniowej europejskiej federalizacji.

W sytuacji gdy analitycy przewidywali, że pandemia przejedzie jak walec przez międzynarodowe instytucje, prowokując powrót do logiki twardego, narodowego egoizmu i państwa narodowego, Unia – mimo licznych problemów po drodze – zdobyła się na solidarność i wspólne działanie. Można mieć do niego wiele zastrzeżeń, nie przekreśla ono głębokich, strukturalnych problemów Wspólnoty (na czele z wadliwą, niekorzystną dla gospodarek Południa konstrukcją sfery euro), ale w porównaniu z tym, jak niesolidarnie Europa odpowiedziała na wielki kryzys finansowy sprzed dekady, jak wpychała w kryzys Grecję, Portugalię, Hiszpanię – doszło do istotnego postępu.

Krokiem w dobrym kierunku jest też mechanizm powiązania środków z praworządnością. W swojej bardzo ciekawej analizie obecnego kryzysu Marcin Kędzierski z Klubu Jagiellońskiego zarzuca mechanizmowi warunkowości, iż jest on bombą podłożoną pod stabilność Unii. Zdaniem analityka KJ w mechanizmie nie chodzi bowiem wcale o Wschód, o wiele ważniejszy jest tu konflikt Północ–Południe. Mechanizm dziś przyjęty, by powściągnąć cugle Orbánowi i Kaczyńskiemu, będzie używany przeciw krajom Południa, co wzmocni w nich antyeuropejskie, populistyczne nastroje – można streścić zarzut Kędzierskiego.

Choć tego ostatniego zagrożenia nie można zupełnie ignorować, a napięcie Północ–Południe jest być może najważniejszym strukturalnym problemem UE, to Kędzierski nie docenia jednak tego, jak bardzo w sporze o fundusze i praworządność chodzi także o nas. Dla stabilności Unii niebezpieczna jest bowiem również sytuacja, w której zamożne społeczeństwa Północy, płatnicy netto do unijnego budżetu, mają poczucie, że ich podatki finansują obce im ideowo, coraz bardziej autorytarne reżimy nowej Europy. Czy to wypowiadające wojny „ideologii LGBT”, czy używające unijnych funduszy do budowy oligarchicznych struktur – jak dzieje się to na Węgrzech. Na dłuższą metę taki stan rzeczy będzie politycznie karmił populistyczne, niechętne integracji siły w zamożnej północno-zachodniej Europie i rozsadzał Unię od środka.

Nie bez przyczyny organem najsilniej naciskającym na powiązanie funduszy z praworządnością – i to od czasów drugiej komisji Barroso (2009–2014) – był Parlament Europejski, jedyne unijne ciało reprezentujące europejską opinię publiczną, obdarzone bezpośrednim demokratycznym mandatem od Europejczyków. Fakt, że mechanizm powiązania funduszy z praworządnością stał się nieprzekraczalną granicą w negocjacjach – niezależnie od gróźb Warszawy i Budapesztu – jest wielkim sukcesem Europarlamentu i jego zwycięstwem w walce o wpływ na UE z innymi organami unijnymi i rządami narodowymi. To też dobra wiadomość – Unia cierpi na deficyty demokracji, dla ich przezwyciężenia konieczne jest wzmocnienie Parlamentu Europejskiego.

Mechanizm praworządności jest bezzębny. Oto lepsze rozwiązanie

Jednocześnie nie ma co liczyć, że mechanizm powiązania funduszy z praworządnością ochroni nas przed autorytarnymi szaleństwami Ziobry i Kaczyńskiego. Unia w potencjalnym sporze o praworządność zyskuje tylko dodatkowe narzędzie, nie cudowną broń, która z miejsca zatrzyma ewentualną kolejną fazę „reformy sądownictwa”.

Jak zrazić do siebie wszystkich i nie ugrać nic

Jednocześnie wszystko to, co dobre, 10 grudnia wydarza się obok stanowiska polskiego rządu, jeśli nie wbrew niemu. Polski rząd wykorzystał ostatnie pięć miesięcy najgorzej, jak mógł – lepsze efekty osiągnąłby, gdyby w tym czasie w sprawach europejskich wypowiadał się równie często, jak Andrzej Duda w sprawach politycznych w drugiej kadencji.

Jak pokazał na tych łamach Michał Sutowski, prowadząc swoją walkę przeciw powiązaniu funduszy z praworządnością i grożąc wetem, gabinet Morawieckiego zraził do siebie praktycznie wszystkich możliwych partnerów: zarówno bogatą Północ, jak i biedne Południe, premiera Holandii Marka Ruttego i Portugalii Antónia Costę, Parlament Europejski i europejską opinię publiczną. Wdzięczny może być tylko Viktor Orbán, bo on akurat realnie przy pomocy Polski ugrał coś dla siebie – dwa lata dalszej bonanzy na unijnych funduszach dla zbudowanego wokół siebie układu – ale to wdzięczność bez szacunku, bo nie szanuje się ludzi, którzy za darmo, wbrew własnemu interesowi, odwalają za nas brudną robotę.

Polska tymczasem, mimo wymachiwania pięścią premiera, nie dostała ani złotówki więcej z unijnego budżetu. Warunki pożyczek z Funduszu Odbudowy nie stały się lepsze od grożenia wetem. Nawet z punktu widzenia celów, jakie stawiał sobie sam rząd – maksymalnego osłabienia mechanizmu powiązania funduszy z praworządnością – osiągnięcia są więcej niż skromne. Kompromis w postaci konkluzji ze szczytu nie ma charakteru obowiązującego prawa. Konkluzje to czysto polityczna deklaracja, bardzo słaba gwarancja dla polskich rządów. Zbigniew Ziobro ma tu wyjątkowo rację.

Biedroń: Wierzę, że polski rząd pójdzie po rozum do głowy

Premier Morawiecki jako swój wielki sukces przedstawia deklarację z porozumienia, że „samo stwierdzenie naruszenia praworządności nie wystarczy, by uruchomić mechanizm” – konieczne jest do tego realne zagrożenie prawidłowego wydatkowania unijnych środków. Problem w tym, że od początku chodziło przede wszystkim o ochronę unijnego budżetu, nie o narzucanie konkretnych rozwiązań ustrojowych czy ideowych krajom członkowskim. Przy czym, zgodnie z rozporządzeniem, mechanizm jak najbardziej można uruchomić, gdy „naruszenia zasad praworządności w państwie członkowskim wpływają lub istnieje poważne ryzyko, że wpłyną na należyte finansowe zarządzanie budżetem UE lub ochronę interesów finansowych Unii”. Co w praktyce może oznaczać nie tylko sytuację, gdy fundusze europejskie wbrew prawu wypływają do krewnych i znajomych władzy (jak najpewniej dzieje się na Węgrzech), ale być może również taką, gdy wymiar sprawiedliwości danego państwa nie daje gwarancji uczciwego procesu – jak coraz częściej oceniana bywa Polska.

Zasiano eurosceptyczne ziarno

Morawiecki przypomina dziś człowieka, który przez kilka miesięcy frenetycznie przebierał nogami, biegnąc do utraty tchu, by ostatecznie stanąć w tym samym miejscu, gdzie stał w lipcu. O ile w Europie rząd nic nie osiągnął, o tyle w Polsce zasiał eurosceptyczne ziarna. W ciągu ostatnich pięciu miesięcy polskie społeczeństwo zostało wystawione na zmasowaną eurosceptyczną propagandę, jakiej nie widzieliśmy tu od czasów referendum akcesyjnego. Wtedy wygłaszali ją politycy mniej lub bardziej marginalni: Andrzej Lepper, Janusz Korwin-Mikke, Roman Giertych. W ostatnich miesiącach wrogi Europie przekaz po raz pierwszy w historii popłynął ze strony rządu. Premier Morawiecki wygłosił najbardziej eurosceptyczne przemówienie w historii polskich premierów. Minister edukacji, Przemysław Czarnek, oraz lider obozu władzy, Jarosław Kaczyński, twierdzili, że w Unii Europejskiej dzieje się gorzej niż w ZSRR. Paladyni ministra Ziobry z Solidarnej Polski przekonywali codziennie w mediach, że Polska na obecności w Unii w zasadzie traci i wcale nie potrzebuje unijnych pieniędzy. Podobne treści biły z okładek prorządowych tygodników funkcjonujących wyłącznie na kroplówce reklam ze spółek skarbu państwa, antyeuropejski festiwal zorganizowała bez zaskoczenia TVP.

Weta nie będzie. A Polexit?

To wszystko będzie miało konsekwencje. Nawet jeśli PiS nie chce polexitu, to hoduje w ten sposób elektorat, który kiedyś może go zażądać. Co najgorsze, cofa naszą narodową debatę o Europie do poziomu piaskownicy. Gdy Europa poważnie zastanawia się, jak utrzymać jedność bardzo różnorodnego klubu, jak pogodzić żądania głębszej integracji karolińskiego rdzenia Europy i ostrożność jego różnych satelitów, my tkwimy przy kuriozalnym pokrzykiwaniu „Europa albo śmierć” oraz wymachiwaniu zużytym sztandarem „Europy ojczyzn”, konceptu radykalnie niedostosowanego do wyzwań XXI wieku.

W obliczu kolejnych kryzysów, rewizji globalizacji, szoku Trumpa, wzrostu znaczenia Chin Europa coraz poważniej mówi o głębszej integracji, przynajmniej w wybranym gronie państw. Polska PiS na własne życzenie wypycha się z tej dyskusji. Nawet przyjaźni nam komentatorzy, jak Timothy Garton Ash, piszą, że być może w tej chwili dla Europy lepsze byłoby wyjście krajów takich jak obecne Polska i Węgry z Unii. Pozostaje mieć nadzieję, że uda się nam przeczekać PiS i następny rząd będzie miał jeszcze miejsce przy stole, realnie decydującym o europejskiej przyszłości.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij