Film

Dotknięcie queerowej różdżki

Kiedy pierwszy raz usłyszałam o „Queer Eye”, od razu wiedziałam, że mi się nie spodoba. Bo przecież nie może. Pięciu nieheteroseksualnych mężczyzn, występujących pod boysbandowym kryptonimem Fab 5, odwiedza kolejnych uczestników, aby przeprowadzić makeover wyglądu, diety, mieszkania i emocjonalności. Rok później kończę trzeci sezon i ocieram ostatnią łzę.

Queer Eye to reaktywacja programu amerykańskiej telewizji Bravo, który odegrał na początku wieku niejednoznaczną rolę. Z jednej strony próbował przełamać schematy i dystans dzielący mężczyzn o różnej tożsamości seksualnej, z drugiej zaś – pomógł zabetonować je na dobrych parę lat.

Odcięcie drugiego członu tytułu (oryginalny program nazywał się Queer Eye for the Straight Guy) ma w przypadku reality show Netfliksa przełożenie na dobór uczestników programu. Pojawiają się w nim kobiety (nieliczne, to prawda, ale za to w świetnych odcinkach; szczególnie godny uwagi jest ten poświęcony siostrom Jones), ale, co może istotniejsze, również bohaterowie LGBT+.

Posłanie miłości i czułości

Wszystkie trzy odcinki wyraźnie pokazują, jak dalece fałszywe jest domniemanie, że QE pokazuje pięknych gejów i zapuszczonych hetero. To bardzo istotna zmiana w obrębie formatu. O ile bowiem niemal dwie dekady temu atrakcyjne wydawało się przeciwstawienie dwóch „typów” mężczyzn, dziś istotniejszy wydaje się empatyczny wymiar projektu, bez względu na tożsamość płciową i seksualną osoby, którą odwiedza „cudowna piątka” – Fab 5.

Kiedy Małysz broni osób LGBT, Polska jest lepsza

Dwa pierwsze sezony łączyła lokalizacja – była to Georgia, jeden z czerwonych stanów USA. Ci widzowie, którzy lubią śmiałe kontrasty epoki późnego kapitalizmu, z radością obserwowali hiperekspresyjnego fryzjera Jonathana Van Nessa serdecznie gawędzącego z tymi, których nierzadko pejoratywnie opisuje się jako „rednecks”. Trzeci sezon zabiera widza do Kansas i Missouri.

Queer Eye oferuje rodzaj efektownej rozrywki przypominającej badania Arlie Russell Hochschild, autorki przenikliwej książki Obcy we własnym kraju, czy nieco kabotyńską serię dokumentalną Alexandry Pelosi. Fab 5 obiera za cel jednak nie konfrontację czy niekończące się dysputy o przewadze Obamy nad Trumpem, ale mesjańskie nieomal posłanie miłości i zrozumienia. Jest to o tyle ciekawe, że cała piątka daleko przekracza ustalony schemat poznania wroga, nawet jeśli skupić się jedynie na kontrastowych przykładach.

Ich obecność w domach bohaterów kolejnych odcinków po pierwsze wynika z nominowania przez bliskie im osoby, po drugie – nie przewiduje utrzymywania dystansu. Chodzi o przełamanie bardzo dosłowne i bardzo cielesne. Jonathan głaszcze nieładne brody i włosy bohaterów, podkreśla atrakcyjność i piękno. Tan France (ulubieniec większości widzów serii) śmiało przebiera ich w nowe ubrania, za każdym razem upewniając się, czy nie przekracza granicy. Bobby Berk (najbardziej wycofany z całej piątki, choć wykonujący chyba najcięższą pracę) projektuje na nowo ich mieszkania.


Cielesna bliskość, która wpisana jest niejako w formułę programu, zmusza obie strony do rzadkiej w amerykańskiej telewizji czułości wobec politycznego wroga. Fab 5 podejmowani są zazwyczaj jak goście rodziny, nie jak pięcioosobowa Magda Gessler. Ideologiczny wymiar tego gestu bez wątpienia razi widzów, którzy przymus gościnności postrzegają jako kolejne piętro kreacji programu. Wydaje się jednak, że to w dużej mierze hiperboliczna i popkulturowa wersja tego, co próbuje pokazać Hochschild – zawieszenie politycznego sporu na rzecz poznania, empatii i przełamania pierwszego lęku.

Jacy oni są?

Nieco niepokojący wydaje się (bardzo poza tym udany) odcinek, w którym bohater policjant wysyła udawany patrol, aby zatrzymał samochód kierowany przez czarnoskórego Karamo Browna. Przebłysk realnego lęku i poczucia zagrożenia, który się w związku z tym pojawia, jest dokładnie tym, czego reality show stara się za wszelką cenę później unikać. Temat poczucia bezpieczeństwa w prowincjonalnej Georgii powraca kilkakrotnie, również w samochodowych rozmowach, które otwierają każdy odcinek. Jedynie Antoni Porowski (wino i jedzenie, choć nie przypominam sobie wina) wyraża bezproblemowe poczucie komfortu. W tej rozmowie zresztą zaznacza się jego wyraźna odrębność od reszty grupy, wskazującej mu, że w przeciwieństwie do nich mógłby uchodzić za heteroseksualnego mężczyznę.

Obecność Antoniego, pochodzącego z Kanady syna polskich imigrantów, wydaje się raczej symboliczna. Trudno porównać jego wysiłek do któregokolwiek z pozostałych członków Fab 5: jego zaangażowanie ogranicza się raczej do ciepłych uśmiechów, zdroworozsądkowych komentarzy i przygotowania prostego dania (a i to nie w każdym odcinku). Czy to rzeczywiście mrugnięcie okiem do mniej queerowych widzów? Czy nadzieja na zbalansowanie załogi? Antoni pozostaje niezbyt inspirującą enigmą.

Egzorcyzmy i piłka nożna nie zmienią orientacji seksualnej

Bobby z kolei, choć niewyrazisty, odgrywa w programie zasadniczą rolę. Pomijając nawet pomysłowość i uważność na potrzeby bohaterów, jego prywatna historia (adopcja, wychowanie w ortodoksyjnej społeczności chrześcijańskiej i następnie wykluczenie w wyniku coming outu) pozwala na sięgnięcie nieco głębiej, niż spodziewalibyśmy się po takim programie. To zresztą dotyczy także pozostałych prowadzących, śmiało odwołujących się do swoich doświadczeń i biografii.

Chyba na tym właśnie polega telewizyjna magia Queer Eye. Na performowaniu otwartości w prostych, sentymentalnych i humorystycznych zarazem dialogach. Na wydobywaniu z telewizyjnego kiczu odrobiny czułości i bliskości, której dawno tam nie było. Na uściśnięciu mężczyzny w baseballówce MAGA i – z drugiej strony – na pozwoleniu pięciu gejom na spuszczenie powietrza z twojej poważnej i przezroczystej męskości. Na zaburzeniu binarności w ekstremalnie banalnym gatunku telewizyjnym. To najlepszy telewizyjny makeover – dlatego, że wykorzystuje wszystkie słabości tego medium na swoją korzyść. Udaje mu się dzięki temu przełamać bariery.

Mokry sen o edukacji seksualnej

Queer Eye opiera się wyraźnie na osobowości prowadzących. To w zależności od stosunku do Fab 5 program ma szansę zyskać nasz entuzjazm lub nie. Wynika to nie tylko z ich wszechobecności, ale także z faktu, że to na rozmowach i bliskich relacjach z nimi opiera się przemiana bohaterów. To wydaje się zresztą odróżniać ten makeover od setek innych, które pojawiły się w telewizji ostatnich dekad.

Po pierwsze nie każda przemiana odbywa się wedle tego samego schematu (czy tylko ja pamiętam setki obciskających pasów w talii i wyszczuplających majtek w programie Trinny & Susannah?), po drugie – ma ona przede wszystkim odpowiadać stylowi życia bohatera lub bohaterki. Zmęczona swoim brakiem kobiecości myśliwa nie jest więc przebierana za księżniczkę, ale proponuje jej się wygodne stroje wykorzystujące genderowe spektrum. Tan jest wspaniałym stylistą, bardzo przytomnym i kreatywnym zarazem.

Istotny wydaje się tu też kontekst ekonomiczny – jeżeli wiemy, że bohatera nie stać na drogą garderobę, zabieramy go do sieciówki. Jeżeli Jonathan słyszy, że ojciec rodziny śpi trzy godzinny dziennie i pracuje niemal non stop, obmyśla rutynę w łazience przewidzianą na kilka minut.

To pozwala dostrzec w Queer Eye nieomal blogową elastyczność. Jednocześnie oznacza to brak nudy z perspektywy widzów. Nie mamy – jak w nieszczęsnych Kuchennych rewolucjach – różnych wariantów tego samego hardcore’owego wystroju i dziwacznej koncepcji wielu knajp („tu będzie stolik, na którym będziecie kroić kiełbasy”). Pod tym względem Fab 5 realizuje plan minimum, wprowadzając korekty i próbując pokazać, że można ładniej i milej bez karnawałowej zmiany. Pobrzmiewa za tym neoliberalna myśl podana w ładnym pozłotku – wszystko to było w tobie, my tylko pomogliśmy ci to zobaczyć.

„Bohemian Rhapsody”: ugrzeczniona bajka dla nostalgików

Reality show spełnia niewyrażone marzenia – w tym przoduje Bobby, który z nor i graciarni robi pinterestowe cacka o wysokim poziomie funkcjonalności – zaznaczając jednocześnie, że zmiana była od początku możliwa. Pojawia się tu więc proste pytanie: czy aby na pewno była możliwa bez środków Netfliksa? Czy zaniedbanie większości bohaterów i brak dostrzeżenia w sobie atrakcyjności nie jest pokłosiem niedoborów finansowych, modowego dyskomfortu wynikającego z nadwagi, wykluczenia lub biedy?

Przemiana

Niepokoi tu figura zbawiciela i pięknego dobroczyńcy zarazem. Czy gdyby kolejni bohaterowi mogli zatrudnić stylistę Tana i projektanta Bobby’ego, nadal siedzieliby w brzydkich krótkich spodenkach na zjedzonej przez psa kanapie? Niewątpliwie część bohaterów doprowadza się do skrajnej nieatrakcyjności (przede wszystkim w swoich oczach) w wyniku pójścia na łatwiznę, opacznie rozumianego komfortu czy też poczucia, że ładnych ubrań w ich rozmiarze nie sposób kupić. Wielu z nich jednak zdaje się nie przejawiać dotąd wystarczającego entuzjazmu, by dostrzec potencjał w ładnym ubraniu w rozmiarze XL.

Bohater pierwszego odcinka mówi wielokrotnie: „You can’t fix ugly” (Nie naprawisz brzydoty). Fab 5 nie tylko nie pozwala mu na samoponiżenie (w czym przoduje cały zastęp prowadzących reality shows), ale próbuje przede wszystkim dodać mu odwagi. Podobnie jest w przypadku starszych kobiet, które grupa obsypuje komplementami. Celem wydaje się zadowolenie bohaterów z własnego wyglądu. Za zmianą nie idzie jednak obciskanie ciał czy tworzenie niemożliwej na co dzień garderoby. Perspektywa Queer Eye jest jednoznaczna: jesteś piękny/a, jesteś seksowna/y, jesteś niesamowity/a, „kto pozwolił ci być tak uroczą/ym”. Afirmacja o smaku waty cukrowej jest znakiem rozpoznawczym programu.

Mimo że Queer Eye jest bardzo uważne na kwestię wykluczenia niedominujących modeli tożsamości czy dyskryminacyjny język, angażując m.in. prowadzących o różnych backgroundach, nadal jesteśmy w orbicie: piękni ludzie objaśniają reguły atrakcyjności. Gdyby nie serdeczność i wylewność prowadzących, byłby to gorszący spektakl. Fab 5 wyraźnie pomija kontekst oczywisty – wzorów ciała i seksualności, ograniczonej medialnej widoczności ludzi w ich rozmiarze, wreszcie złego samopoczucia wynikającego z konieczności przymierzania za małych strojów.

Nie żryj, czyli szczyt hipokryzji

Oczywiście wspaniały Tan France, pakistańsko-brytyjski stylista, udowadnia, że ich założenia są błędne. Nie sięgamy jednak do przykrego sedna problemu. Wówczas nasza dynia nie przemieniłaby się w karocę, tylko zgniła z rozpaczy na miejscu i tyle byśmy mieli z torpedowania miłością.

Nadal jesteśmy w orbicie: piękni ludzie objaśniają reguły atrakcyjności. Gdyby nie serdeczność i wylewność prowadzących, byłby to gorszący spektakl.

Queer Eye nie projektuje utopii przemiany, raczej utopię komunikacji i serdeczności. Kulminacją niemal każdego odcinka jest bowiem rozpoznanie, że zostało się niebywale szczodrze obdarowanym. Przyjemność widza jest więc przyjemnością z poprawy wyglądu bohatera, a co za tym idzie – jego humoru. Dużą wartością dodaną są tu niewątpliwie zdolności co najmniej trójki mężczyzn. Koszmarki w rodzaju Sablewskiej sposób na modę żenują same w sobie, zestawienie z Queer Eye pokazuje jednak, że jest tu do wygrania coś więcej. Godne docenienia na poziomie montażowym jest stworzenie schematu „przed i po” wyłącznie w odniesieniu do mieszkań czy też lokali, w których pracują bohaterowie. Ich ciała i stroje nie tworzą takiego zestawienia. Wynika to, jak sądzę, przede wszystkim z empatii twórców programu.

Mimo wielu strukturalnych wad makeoverów nie znam bardziej ludzkiego, czułego i serdecznego programu niż Queer Eye. Oczywiście jest to specyficzna konkurencja, jeżeli jednak można osiągnąć w niej coś więcej niż wydłużenie nóg i ukrycie brzucha – w tym przypadku niewątpliwie się to udaje.

Oglądanie Queer Eye wiąże się z wieloma wyzwaniami, szczególnie dla widzów, którzy nie są przyzwyczajeni do – ha! – oglądania telewizji. Nie superskomplikowanych nowych seriali, ale telewizji. Będzie tu gryzła w oczy przesadna emocjonalność, brak subtelności w reakcjach i powtarzalność wzruszenia wieńczącego przełamanie lodów i ziszczenia marzeń jak za dotknięciem queerowej różdżki. Z pewnością obudzi się chór oburzonych, że geje znów są fryzjerami, stylistami i nic, tylko schemat.

Byłby to pewnie argument zasadny, gdyby nie fakt, że w programie Davida Collinsa geje odgrywają wszystkie role. Także paskudnie ubranych bohaterów (to skądinąd odcinek, w którym tylko człowiek ze skały nie uroni łzy). Niewątpliwie gra się jednak na tym oczekiwaniu, strategia porzucania schematu, nie zaś jego definitywnego porzucenia, zmęczy niejednego widza. Może mierzić też przymuszanie nas do czerpania przyjemności ze ziszczenia przewidzianych przez program marzeń, a także oczekiwanie Fab 5 na gratyfikację w postaci emocjonalnego uniesienia bohaterów.

Tu skądinąd ciekawy zabieg – wkroczenie bohatera do nowego życia oglądają oni już na ekranie telewizora. Wszystko to jest niezbywalną częścią Queer Eye, tak jak jest nią wzajemna otwartość i gotowość na wpuszczenie kamer do najbardziej prywatnych (i bolesnych, jak w odcinkach, w których pojawiają się bohaterowie przeżywający żałobę) zakamarków swojego życia. Czy to tylko desperacja i transakcja – kosztowny makeover za wzruszającą historię? Nie jestem przekonana.

Na Jeżycach i na Marsie

Queer Eye to program pod każdym względem paradoksalny, komplikujący ustalone schematy odbiorcze, wystawiający na próbę ideologiczne oczekiwania i „dobry smak”. Nie wiem, czy stać nas współcześnie na rezygnację z takiej popkulturowej opowieści o spotkaniu ludzi z różnych światów, którzy wystawiają się na wzajemne spojrzenia i rozmowę. I nawet jeżeli wszystko to błysk sztucznych diamentów, to są wspaniałe w swoim kiczowatym pięknie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.