Kraj

[List] Byłem narodowcem, jestem gejem

Fot. Jakub Szafrański

Mając naście lat naprawdę wierzyłem, że polska idea narodowa nikogo nie wyklucza. Że można być gejem, czarnoskórym bądź innego wyznania, ale mieć w sercu kraj i drugiego człowieka.

Moja historia nie jest wyjątkową opowieścią, w której pełno jest tragicznych wydarzeń i wzniosłych chwil. Jest raczej spowiedzią młodego chłopaka, który w ciągu kilku lat przeszedł drogę od narodowca ukrywającego prawdę o sobie do wolnego człowieka o zupełnie odmiennych poglądach na świat i życie.

Nie będę tutaj przepraszał za to, że przynależałem w przeszłości do ugrupowania niosącego na sztandarach hasło o Bogu, honorze i ojczyźnie, a w rzeczywistości niemającego zbyt wiele wspólnego z tymi wartościami. Nie przeproszę, bo mając naście lat, naprawdę wierzyłem, że polska idea narodowa nikogo nie wyklucza. Że można być gejem, czarnoskórym bądź innego wyznania, ale mieć w sercu Polskę i drugiego człowieka. Uważałem, że polski narodowiec kocha swój kraj, ale nie wywyższa go nad inne – że przyjmuje jego zalety, ale również i jego wady. Wierzyłem, że Polska może być idealnym miejscem do życia dla wszystkich.

W rozmowach prywatnych z innymi członkami, gdy wymienialiśmy poglądy twarzą w twarz, nie było skrajnej, bezpośredniej nienawiści. Owszem, pojawiały się żarty z gejów, Ukraińców, feministek, ale myślałem, że czarny humor nikomu przecież nie zaszkodzi. Towarzyszyła mi świadomość, że natrafiłem na grupę spokojną, w której było miejsce na racjonalizm.

Dopiero później to zrozumiałem. Przyglądając się innym sympatykom, członkom, grupom, wiedziałem, że ta otoczka jest tylko bujdą. Że ulizane włoski, marynarka i krawat z nikogo nie czynią intelektualisty i człowieka kultury. Czy się rozczarowałem? Trochę tak. Bo swoją twarzą, imieniem i nazwiskiem firmowałem ludzi, którzy gdyby tylko dowiedzieli się, że jestem gejem, nigdy nie spojrzeliby na mnie tak samo.

Z zapałem przekonywałem znajomych, rodzinę i postronne osoby, że polski nacjonalizm nie jest taki zły. Że ci ludzie, którzy go tworzą, nie są źli. I jeśli mam mieć do siebie pretensje, to właśnie dlatego.

Prawdą jest, że mnóstwo było we mnie wtedy kompleksów i frustracji. O mojej orientacji wiedziało zaledwie kilka osób. Nie szukałem ucieczki u narodowców, nie próbowałem kamuflować nimi swojego homoseksualizmu. Nacjonalizm nie miał być lekiem uzdrawiającym mnie z „choroby”. Ale wstydziłem się tego, że jestem inny. Nie wierzyłem, że wolno mi kochać inaczej. Nie brałem pod uwagę wspólnego życia z innym mężczyzną, bo „to nie po bożemu”, bo „rodzina mi na to nie pozwoli” (takich „bo” mógłbym wymieniać dziesiątki). W skrócie, nie akceptowałem siebie.

Jednak miałem w życiu to szczęście, że akceptacja przyszła dość szybko. Zrezygnowałem z członkostwa w ugrupowaniu, którego nazwy nie muszę wymieniać, odsunąłem się od polityki i krok po kroku zacząłem mówić o sobie – najpierw najbliższym przyjaciołom, później znajomym z uczelni, z pracy, a w momencie, gdy związałem swoje życie z człowiekiem, którego pokochałem nade wszystko – także i rodzinie.

Głupota – społeczny przywilej białych, heteroseksualnych mężczyzn

Nie stała mi się z tego powodu żadna krzywda, nikt nie rzucił we mnie kamieniem, ale z mojego serca spadł ogromny ciężar, który pozwolił mi inaczej spojrzeć na świat i przewartościował moje myślenie. Mimo tego, że jestem teraz znacznie bardziej otwarty – bardziej tolerancyjny, nie zmieniło się to, że wciąż kocham swój kraj i wierzę, że naprawdę może być on miejscem dla wszystkich. Wierzę, że nie musimy sobie zaglądać do łóżek, oburzać się, że ktoś kocha inaczej, myśli inaczej, wybiera inne rzeczy i podejmuje inne decyzje. Wierzę, że niezależnie od tego, czy czyjeś poglądy są prawicowe czy lewicowe – należy po prostu okazywać szacunek drugiemu człowiekowi.

Dlatego oburzam się, gdy prawica odbiera drugiej stronie godność i prawo do innego patrzenia na świat. Oburzam się też wtedy, gdy opozycja przyjmuje taką samą retorykę i kontynuuje seans nienawiści, jaki przelewa się od lat przez nasz kraj. Zupełnie tak, jakbyśmy nie pojmowali, że zmianę należy zawsze zaczynać od siebie. Że język wykluczenia nigdy nie będzie drogą do porozumienia.

Możemy publikować setki wpisów na Twitterze, Facebooku, możemy wrzucać InstaStories nawołujące do pokoju i zjednoczenia, ale dopóki język debaty publicznej będzie językiem wzajemnego obrzucania się błotem, dopóki obecne wciąż będzie – wcale już nie ciche – przyzwolenie na zacieranie jakichkolwiek granic przyzwoitości, nasz kraj nie stanie się dobrym miejscem do życia.

Moje życie bez polityki, nawet tej kanapowej – jest zdecydowanie lepsze. Wykorzystałem ten okres na uporządkowanie swojej głowy, ułożenie sobie życia i pełne zaakceptowanie tego, jakim człowiekiem jestem. Myślałem, że nie będę miał już chęci, by do polityki wrócić, ale gdy spoglądam na obecny krajobraz polityczny, zastanawiam się, czy jeśli odpuszczę, będę mógł powiedzieć na starość, że zrobiłem wszystko, co mogłem, by zostawić ten świat w trochę lepszym stanie.

**
Michał* – dane autora do wiadomości redakcji. Piszcie do nas na adres [email protected]

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.