Gospodarka

Polska transformacja: czy była modernizacyjna alternatywa?

Piekarnia przy ul. Nowotki w Łodzi, 1991 r.

Oceniając tamte decyzje, trzeba brać pod uwagę ówczesne ograniczenia, jak i naszą ówczesną wiedzę i doświadczenia. Część z nas liczyła, że z czasem będzie można skorygować to początkowe, silnie liberalne wychylenie – mówi prof. Jerzy Osiatyński. Publikujemy jego wystąpienie w dyskusji panelowej w Fundacji Batorego z 14 czerwca tego roku.

Pytanie o alternatywne scenariusze polskiej transformacji obejmuje tak transformację instytucji, procedur i porządku prawno-politycznego, decentralizację władzy państwa i reformę samorządową, jak transformację gospodarki. Moje uwagi dotyczą tylko tej ostatniej kwestii.


W reformatorsko nastawionych kręgach polskich ekonomistów i socjologów co najmniej od wczesnych lat 80. wielką popularnością cieszył się skandynawski, a przede wszystkim szwedzki model „kapitalizmu opiekuńczego”. Na początku 1989 roku z pięciodniową wizytą studyjną wyjechała do Sztokholmu grupa dziewięciu ekonomistów z Konsultacyjnej Rady Gospodarczej (KRG), organu doradczego rządu. W jej skład wchodzili m.in. przyszli „solidarnościowi” uczestnicy obrad Okrągłego Stołu: Jan Mujżel i Marcin Święcicki – późniejszy minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Dorobkiem tej wizyty był obszerny raport, szczegółowo omawiający możliwości praktycznego przetransponowania szwedzkiego modelu na grunt Polski.

1989, czyli niedokończona rewolucja

Zważywszy krótki czas wizyty, raport odznacza się szczegółowością uzasadnianych zaleceń i merytoryczną dojrzałością. Jednak po powrocie misji do Polski wokół raportu zapadła cisza. Dopiero w czerwcu 1989 roku raport został powielony jako materiał KRG. Nie wiadomo, czy był znany uczestnikom obrad Okrągłego Stołu. Nie ma też śladów, aby uczestniczący w tych obradach profesor Mujżel czy dr Święcicki się do niego odwoływali (zob. T. Kowalik, www.polska transformacja.pl, Muza, Warszawa 2009, s. 111; zob. też jego Intelektualne źródła polskiej transformacji, s. 3–4).

Przypomnijmy za Tadeuszem Kowalikiem kilka głównych tez tego raportu.

Rozpatrując wielkie szwedzkie programy restrukturyzacyjne, autorzy raportu podkreślali utrzymywanie ostrych rygorów efektywnościowych narzucanych przez rynek międzynarodowy i związany z tym brak paternalizmu w stosunku do przedsiębiorstw czy branż trwale nieefektywnych. Jednak nawet tak olbrzymie programy restrukturyzacyjne jak likwidacja praktycznie całego przemysłu stoczniowego, wcześniej uznawanego za jeden z najnowocześniejszych w świecie, przebiegały tam w warunkach spokoju społecznego – i to mimo stale znacznej siły związków zawodowych. Pisali:

„Tajemnica sukcesu tkwi w tym, co Szwedzi nazywają aktywną polityką zatrudnienia. Zamiast przeznaczać pieniądze na zasiłki dla bezrobotnych, najpierw szuka się możliwości pracy dla potencjalnych kandydatów na bezrobotnych. Spośród pracowników zlikwidowanych stoczni nikt nie został pozostawiony własnemu losowi (…). Radykalizm gospodarczy współistnieje w Szwecji z solidaryzmem społecznym, a filozofia rozwiązywania sytuacji konfliktowych jest zaprzeczeniem thatcheryzmu. W Anglii likwidacja nierentownych przedsiębiorstw przeważnie pociąga za sobą wzrost bezrobocia, a co za tym idzie – strajki i napięcia społeczne”.

Autorzy raportu wskazywali zarazem, że w Szwecji likwidacji przemysłu stoczniowego dokonali socjaldemokraci, podczas gdy sprawujący wcześniej władzę konserwatyści subsydiowali ten przemysł. W przestrzeganej w Szwecji zasadzie „równej płacy za równą płacę”, niezależnie od kondycji firmy na rynku, autorzy dostrzegli mechanizm automatycznej restrukturyzacji gospodarki: eliminacji firm słabych i zachęcania pozostałych do innowacji.

Spośród pracowników zlikwidowanych [szwedzkich] stoczni nikt nie został pozostawiony własnemu losowi.

Raport konfrontował zarazem realia szwedzkie z polskimi w odniesieniu do takich kwestii, jak stosunek podstawowych sił społecznych do zmian strukturalnych w przemyśle, pojmowanie priorytetów w procesie zmian strukturalnych, mechanizmy zmian strukturalnych oraz ich aspekty finansowe, zarządzanie przedsiębiorstwami oraz struktura instytucjonalna sterowania przemysłem, polityka rolna, spółdzielczość itp.

Ogólne przesłanie adresowane do władz polskich – pisze Kowalik – robi wrażenie, jak gdyby chciano dochować wierności późniejszej Konstytucji RP: „Dostrzec można zatem znaczne podobieństwo między wartościami, którym podporządkowana jest polityka gospodarcza i społeczna socjaldemokratów w Szwecji, oraz tymi, które urzeczywistniamy lub staramy się urzeczywistnić w Polsce: pełne zatrudnienie, płaca uzależniona od wkładu pracy, bezpieczeństwo socjalne. Tym bardziej doświadczenia szwedzkie warte są przestudiowania, a niektóre z nich mogą być bezpośrednio użyteczne dla procesu reform gospodarczych oraz bieżącej polityki”.

Przywiązując szczególną wagę do polityki przemysłowej, a zwłaszcza do restrukturyzacji starych branż, autorzy raportu opracowali specjalne aneksy konsensualnej restrukturyzacji przemysłów stalowego i stoczniowego, a opracowanie na temat ogólniejszych zasad szwedzkiej polityki przemysłowej znajdowało się do wglądu w siedzibie KRG.

Nie wiadomo dlaczego – pisze dalej Kowalik – „omawiany dokument został całkowicie zignorowany”. Ten zarzut nie jest ścisły. Bodaj na początku października 1989 roku profesor Witold Trzeciakowski, który był członkiem Rady Ministrów i przewodniczącym Rady Ekonomicznej w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, zwołał specjalne posiedzenie Rady poświęcone dyskusji nad tym raportem. O ile dobrze pamiętam, uczestniczyło w niej – obok Trzeciakowskiego i Jana Mujżela (zastępcy przewodniczącego Rady i głównego autora raportu) – co najmniej dwóch „konstytucyjnych” ministrów (Tadeusz Syryjczyk i Jerzy Osiatyński), ekonomiczny doradca Mazowieckiego Waldemar Kuczyński, ówczesny senator Cezary Józefiak, z którego poglądami powszechnie się liczono, kilku podsekretarzy stanu i innych wysokich uczestników administracji oraz wielu zaproszonych gości. Prawdą jest jednak, że raport nie miał wpływu na politykę stabilizacji i restrukturyzacji wielu następnych lat. Dlaczego?

Na czym polegał główny problem? Posiedzenia Rady Ministrów i jej decyzje to nie są spotkania seminaryjne czy debaty naukowe. Rada Ministrów podejmuje konkretne decyzje i przygotowuje stosowne projekty zmian legislacyjnych lub sama te zmiany w ramach swoich kompetencji wprowadza. Raport napisany pod kierunkiem profesora Mujżela nie był rozważany na posiedzeniu Rady Ministrów, bo ze swojej natury się do tego nie nadawał ani niczego konkretnego jako alternatywy dla przywrócenia przede wszystkim krótkookresowej równowagi rynkowej nie proponował.

Nad włókniarkami nikt nie zapłakał

czytaj także

Trzeba przy tym rozróżnić dwie kwestie, które stały wtedy przed rządem – przywrócenia krótkookresowej równowagi oraz długofalowej przebudowy systemu gospodarczego, czyli przejścia od gospodarki nakazowo-rozdzielczej do kapitalistycznej gospodarki rynkowej. Świadomość politycznych konsekwencji tej pierwszej była jednym z czynników, dla których kilka osób, którym proponowano tekę ministra finansów, odmówiło. Ta operacja stabilizacyjna – polegająca na uwolnieniu spod administracyjnej kontroli znakomitej większości cen, a także kursu złotego w stosunku do innych walut – musiała być bolesna, ale była konieczna.

„W labiryncie”, czyli wielka fantazja o tym, jak PRL-owscy inteligenci przekształcą się w nowoczesną klasę średnią

Takie operacje wprowadzano już wcześniej w wielu innych krajach. Na Radzie Ministrów trochę spieraliśmy się o to, jak „głęboka” miała być ta liberalizacja cen i jaki miał być nowy kurs złotego (także jako kotwica antyinflacyjna), ale nie pamiętam, aby któryś z makroekonomistów spierał się wtedy, czy w ogóle trzeba to zrobić albo w jaki sposób. Dopiero wiele lat później, też głównie za sprawą Kowalika, podjęto debatę o tym, czy w 1990 roku ta nierównowaga na rynkach dóbr konsumpcyjnych jeszcze występowała, czy nie została już zaabsorbowana przez wzrost cen nieregulowanych w czasie rządów Mieczysława Rakowskiego. Wtedy jednak, w 1989 roku, nie pamiętam, aby Tadeusz Kowalik powątpiewał w jej istnienie.

W tym miejscu dochodzimy do powiązania pakietu stabilizacyjnego z reformami strukturalnymi. Najpierw chodziło o to, w jaki sposób – zaraz po wprowadzeniu operacji stabilizacyjnej i po znacznej dewaluacji kursu – zabezpieczyć się przed atakiem rynków finansowych i ucieczką kapitału zagranicznego z Polski. Żeby mieć coś więcej niż tylko same słowne zapewnienia Funduszu Walutowego i Banku Światowego co do wsparcia tej operacji, a zwłaszcza nowego kursu złotego. Tu było źródło naszych zabiegów o fundusz stabilizacyjny – rodzaj rezerwowego ubezpieczenia tej operacji. Wtedy, dzięki zaangażowaniu wielu sprzyjających nam krajów, Stanów Zjednoczonych, Francji, Wielkiej Brytanii i Japonii, by wymienić kilka najważniejszych – a także przy wsparciu MFW, Banku Światowego oraz Klubu Paryskiego reprezentującego największych wierzycieli zagranicznego długu publicznego – utworzono dla Polski specjalny fundusz stabilizacyjny w wysokości jednego miliarda dolarów USA (który zresztą nie okazał się potrzebny na ten cel).

Dopiero w tym kontekście mogę wrócić do pytania o alternatywne scenariusze gospodarczej transformacji. Dlaczego nikt z „gospodarczych” ministrów rządu Tadeusza Mazowieckiego nie proponował całościowej alternatywy dla pakietu stabilizacyjnego? Mogę odpowiadać tylko za siebie. Nie proponowałem jej dlatego, że także w bardzo krytycznym raporcie oceniającym nasz program stabilizacji, który z mojej inicjatywy przygotował profesor Kazimierz Łaski, nie kwestionował on samego pakietu stabilizacyjnego, a jedynie jego „głębokość” i związane z tym koszty gospodarcze i społeczne. Nie proponował tego profesor Mujżel. Tego nie było w żadnym „menu wyboru”.

Złota era po 1989? Buahaha!

czytaj także

Jacek Kuroń, który pod koniec życia napisał dość krytyczną książkę o naszej ówczesnej polityce gospodarczej, również przyznaje, że w gruncie rzeczy nie widział wtedy innych rozwiązań. Karol Modzelewski, którego także trudno uznać za neoliberała, w gruncie rzeczy podzielał tę opinię. Sądzę, że na tamte nasze decyzje powinniśmy patrzeć nie w sposób ahistoryczny, ale biorąc pod uwagę ograniczenia naszych ówczesnych i późniejszych wyborów, jak i naszą ówczesną wiedzę i doświadczenia.

Oczywiście to, co teraz mówię, nie zamyka kwestii zmian strukturalno-systemowych, dla których operacja stabilizacyjna była koniecznym warunkiem. Dopiero w tym miejscu pojawiał się obszar wyboru. Ale w tym obszarze, m.in. prywatyzacji i „siłowej” restrukturyzacji, nie byliśmy bynajmniej tak radykalni jak niektóre inne kraje ćwiczące np. prywatyzację „kuponową”. Umocowaniem i swego rodzaju zakotwiczeniem tych bardziej radykalnych pomysłów były raczej IMF, Bank Światowy i Klub Paryski, odwołujące się do udzielanej nam pomocy i interesów naszych wierzycieli i darczyńców, niż polscy politycy gospodarczy tamtego okresu. Trawestując znaną skądinąd sentencję, powiedziałbym: cuius pecunia, eius regio et religio – czyje pieniądze, tego władza i religia – ale to już temat na oddzielną debatę.

Na koniec jeszcze punkt, który dotyczy szczególnej determinacji większości ówczesnej gospodarczej ekipy rządu Mazowieckiego, a po części nawet samego Mazowieckiego (także w obszarach poza gospodarką). Znakomita większość z nas albo osobiście brała udział w wielu kolejnych próbach reformowania gospodarki nakazowo-rozdzielczej, albo miała okazję bardzo blisko się z nimi zapoznać z różnych źródeł i dokumentów, jak ja z reformami po październiku 1956 roku. To były doświadczenia Leszka Balcerowicza i jego najbliższych współpracowników, profesorów Janusza Zielińskiego i Janusza Beksiaka spośród Szkoły Wakara, Cezarego Józefiaka i jego współpracowników z Uniwersytetu Łódzkiego czy Waldka Kuczyńskiego i Alika Smolara i kilku innych wtedy asystentów profesora Włodzimierza Brusa z Uniwersytetu Warszawskiego. Ten ostatni całe życie zmagał się z kolejnymi próbami reformowania i racjonalizacji polskiej gospodarki, aby pod koniec życia, w autobiograficznym eseju, pisać o „zmorze reformowania socjalistycznego systemu ekonomicznego”.


Byliśmy tej zmory aż nadto świadomi. Niezależnie od tego, od czego albo jak ambitnie zaczynano, zawsze kończyło się podobnie – zarzuceniem reform, powrotem gospodarki w stare, nakazowo-rozdzielcze koleiny, arbitralne wybory, marnotrawstwo sił i środków, źle pojmowany prymat polityki nad gospodarką. Wiedzieliśmy, że tym razem, aby się udało, musimy w tych reformach przekroczyć punkt, za którym już nie ma powrotu. Część z nas liczyła na to, że z czasem będzie można skorygować to nasze początkowe, silnie liberalne wychylenie, znaleźć więcej miejsca na politykę ochrony socjalnej, równiejszego dostępu do usług publicznych – zwłaszcza ochrony zdrowia, edukacji, pomocy osobom starszym, niepełnosprawnym, innym.

Przeterminowana wizja Europy

Nie jest się sędzią we własnej sprawie. Jednak mimo różnych błędów i uchybień zdaje się, że w konkurencji transformacji od gospodarki centralnie planowanej do rynkowej w tej części świata raczej się nam naprawdę powiodło.

**

Prof. Jerzy Osiatyński (1941) – profesor nauk ekonomicznych, absolwent warszawskiej SGPiS, przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN, członek Komitetu Badań Ekonomicznych NBP, w latach 1992–1993 minister finansów RP. Wybitny znawca problematyki finansów publicznych, historii myśli ekonomicznej XX wieku oraz teorii ekonomicznej. Autor m.in. podręcznika akademickiego Finanse publiczne: ekonomia i polityka, a także redaktor polskojęzycznego (1979–1988) oraz anglojęzycznego (1990–1997) wydania Dzieł Michała Kaleckiego, doktor honoris causa Uniwersytetu w Nowym Jorku.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.