Gospodarka, Świat

Wielkie schładzanie gospodarki: lekarstwo gorsze od choroby

Jeśli banki centralne na świecie zaczną rywalizować ze sobą na wysokość stóp procentowych, łatwo mogą przedobrzyć. A wtedy wpędzą nas w kryzys gospodarczy, w którym z rozrzewnieniem wspominać będziemy stare dobre czasy – z inflacją, ale i z niemal pełnym zatrudnieniem.

Prognozowanie recesji gospodarczej w sytuacji, gdy polski PKB pędzi na złamanie karku, może wydawać się na pierwszy rzut oka karkołomne, a jednak to właśnie scenariusz mocnego hamowania gospodarki rozgrzewa obecnie debatę ekonomiczną. Wzrost PKB Polski w pierwszym kwartale 2022 roku wyniósł 8,5 proc., co zaskoczyło chyba nawet najwierniejszych fanatyków partii rządzącej. Sytuacja się jednak zmienia – może nie z dnia na dzień, ale z kwartału na kwartał, co pokazały USA. Jeszcze w ostatnich trzech miesiącach 2021 roku amerykański PKB wzrósł o prawie 7 proc., tymczasem w pierwszych trzech obecnego nieoczekiwanie spadł o 1,4 proc. Do wspaniałego wyniku Polski też nie warto się więc przywiązywać.

Bankierzy centralni w wielu krajach świata postanowili przydusić nieco aktywność gospodarczą, podnosząc stopy procentowe. Będziemy przez to co prawda biedniejsi, ale przynajmniej nasze oczy cieszyć będą niższe odczyty inflacji. W sukurs idą bankierom wojna w Ukrainie oraz powrót pandemii w Chinach, które schłodzą gospodarkę może nawet skuteczniej niż jastrzębie w bankach centralnych.

Podobno masło kosztuje więcej, bo teraz zarabiamy lepiej. Prawda to?

FED rusza do boju

Słabe wyniki gospodarcze w USA nie przeszkodziły Rezerwie Federalnej, a dokładnie rzecz biorąc, komisji FOMC (Federal Open Market Commitee) rozpocząć serię podwyżek stóp procentowych. W wyniku dwóch decyzji stopa FED wzrosła o 75 punktów bazowych, czyli do 1 proc. Na tym jednak się nie skończy. W USA przypominana jest seria podwyżek z 1994 roku, gdy Alan Greenspan siedmioma kolejnymi decyzjami podwoił stopę procentową do 6 proc. Na początku maja FOMC podniosła stopę o 50 pkt bazowych, co jest największą jednorazową podwyżką od ponad 20 lat.

Inflacja w USA przebiła 8 proc., co według prezydenta Bidena jest efektem przede wszystkim pandemii oraz wojny w Ukrainie. Nie zmienia to faktu, że ostatni raz była tak wysoka kilka dekad temu. Sytuację w USA zaognia trudna sytuacja na rynku pracy. Amerykanie masowo składają wypowiedzenia – tylko w marcu odeszło z pracy aż 4,5 mln pracowników. Firmy w USA zmagają się z niedoborem rąk do pracy, a to skutkuje presją płacową i mniejszym wolumenem towarów i usług na rynku – czyli wzrostem cen.

USA: „Wielka rezygnacja” pracowników. Ludzie po prostu odchodzą

Prezes FED-u Jerome Powell zapowiada więc nie tylko serię podwyżek stóp, które podniosą koszty kredytu za oceanem, ale też „zmniejszanie wielkości bilansu”, czyli wyprzedaż aktywów leżących w rękach FED. W ten sposób ściągnie pieniądze z rynku i schłodzi gospodarkę. Pytanie tylko jak mocno.

Powell chciałby powtórki z 1994 roku, gdy udało się doprowadzić do miękkiego lądowania. Problem w tym, że w latach 90. sytuacja była zupełnie inna. Na rynku pracy aktywni byli wtedy przedstawiciele boomu demograficznego, którzy przeżywali właśnie szczyty swoich karier zawodowych, więc rąk do pracy nie brakowało. Świat stał w przededniu cyfrowej rewolucji technologicznej, a pędząca globalizacja sprzyjała rozwijaniu łańcuchów dostaw. Sytuacja geopolityczna była wtedy dla USA najlepsza w historii – trwał właśnie zenit amerykańskiej hegemonii.

Obecnie globalizacja jedzie na wstecznym, co prowadzi do problemów z dostępem do surowców, materiałów i półproduktów. Dominuje wojenna niepewność i postpandemiczny marazm. Boomersi odchodzą na emeryturę, a zniechęceni milenialsi odchodzą z pracy.

Oczywiście, to wcale jeszcze nie oznacza, że obecna seria podwyżek stóp FED doprowadzi Amerykę do twardego lądowania – czyli głębokiej recesji, spadku zatrudnienia i wzrostu bezrobocia. Gdyby tak się stało, kryzys szybko rozlałby się na inne rejony świata, tak jak ten poprzedni z 2008 roku. Problem w tym, że sama jastrzębia polityka FED może zaciągnąć hamulec światowej gospodarce, gdyż bankierzy centralni zaczną się ścigać na podwyżki stóp, by powstrzymać odpływ kapitału do USA.

W maju Bank Anglii podniósł stopę o 25 punktów bazowych, czyli także do 1 proc. Jeśli do FED i Banku Anglii dołączy jeszcze Europejski Bank Centralny, analogiczne instytucje w tak zwanych gospodarkach wschodzących – czyli między innymi Polsce – również zaostrzą swoją politykę. Nie zniweluje to oczywiście głównych przyczyn inflacji, a więc przerwanych łańcuchów dostaw oraz wojennego wzrostu cen surowców. Może za to doprowadzić do sztucznego wywołania recesji, a wtedy ceny faktycznie spadną, bo ludzie na bezrobociu zwykle kupują mniej.

Przestój w fabryce świata

Ręczne schładzanie gospodarki w obecnych warunkach może być piekielnie ryzykowne. A to dlatego, że łatwo można przedobrzyć. Zbyt wiele czynników sprzyja kryzysowi. Najważniejszym z nich jest sytuacja w Chinach, czyli w kolejnym państwie, od którego zależy globalna koniunktura. Chińskie szczepionki nie okazały się przesadnie skuteczne, między innymi dlatego tamtejsza odporność populacyjna na COVID jest niska.

Reaktywacja pandemii w Chinach doprowadziła do zamknięcia Szanghaju, czyli miasta kluczowego dla chińskiego eksportu i produkcji półprzewodników. Restrykcje pandemiczne pojawiły się także w Pekinie. Według Weijiana Shana, chińskiego ekonomisty i biznesmena z Hongkongu, sytuacja gospodarcza w Państwie Środka jest najgorsza od 30 lat. Według MFW wzrost gospodarczy w Chinach wyniesie w tym roku 4,4 proc., a według Barclays nawet mniej niż 4 proc. Byłby to najgorszy wynik od 1990 roku, wyjąwszy pandemiczny rok 2020.

Koniec świata przełożony na (trochę) później

Bezrobocie wśród młodych Chińczyków sięga 16 proc., tymczasem w tym roku uczelnie wyższe ma ukończyć rekordowe 10 milionów absolwentów. W związku z tym nastroje społeczne w Chinach nie są przesadnie entuzjastyczne, a władza tradycyjnie ucisza niewygodne głosy. Na przykład usunęła wszystkie konta społecznościowe ekonomisty Honga Hao, który informował o niezbyt dobrej kondycji chińskiej gospodarki. Według ekonomisty Craiga Bothama Chiny w pierwszym kwartale zanotowały już spadek produkcji – chociaż oficjalne dane mówią co innego – a w drugim zaliczą jeszcze głębszy dołek, bo wynoszący 2,5 proc.

Problemy Chin mogą się rozlać na inne rejony świata. Według prognozy MFW Chiny mają odpowiadać za jedną czwartą globalnego wzrostu gospodarczego do 2026 roku. Są zarówno potężnym importerem, jak i eksporterem. Na przestojach w Chinach cierpią więc tak dostawcy towarów do Państwa Środka – czyli między innymi Ameryka Południowa oraz kraje Dalekiego Wschodu – jak i importerzy, a więc z grubsza cały świat.

Łatwo przedobrzyć

Nie mniej istotnym stresorem dla światowej gospodarki, a co za tym idzie, dla poziomu życia mieszkańców naszej planety, jest wojna w Ukrainie. Już właściwie doprowadziła ona do kryzysu żywnościowego, a niedługo może do tego dołożyć prawdziwy szok paliwowy. Odcięcie od dostaw surowców energetycznych ze Wschodu – samo w sobie oczywiście słuszne i potrzebne, nie mówiąc już o tym, że spóźnione – doprowadzi do skokowego wzrostu cen energii, a więc też wyższych wydatków gospodarstw domowych i wyższych kosztów po stronie przedsiębiorstw. To zaś może doprowadzić do gwałtownego hamowania gospodarki.

Wojna w Ukrainie doprowadzi do głodu

Według analizy Instytutu Badań Strukturalnych embargo na paliwa z Rosji w najgorszym scenariuszu zmniejszyłoby tegoroczny PKB Polski o ponad 3 proc., a PKB do 2025 roku o niecałe 6 proc. Uderzyłoby to przede wszystkim w najuboższych. Gospodarstwa domowe o wysokich dochodach będą wydawać na energię – w najgorszym wypadku – 1,3 proc. więcej w tym roku i 1,6 proc. więcej do 2025 roku. Za to wydatki najbiedniejszych gospodarstw domowych wzrosną nawet o niecałe 5 proc.

Według najnowszej prognozy Komisji Europejskiej w tym roku PKB w Unii wzrośnie nie o 4 proc., jak prognozowano wcześniej, lecz jedynie o 2,7 proc. PKB Polski wzrośnie w tym roku o 3,7 proc. Biorąc pod uwagę, że w pierwszym kwartale nasz PKB wzrósł o ponad 8 proc., spełnienie tej prognozy oznaczałoby gwałtowne hamowanie gospodarki w drugiej połowie tego roku. Czyli dwie recesje, licząc kwartał do kwartału.

Bogato już było. Kraje rozwinięte równają w dół

Jeśli banki centralne na świecie zaczną rywalizować ze sobą na wysokość stóp, łatwo mogą przedobrzyć i wpędzić nas w kryzys gospodarczy, w którym z rozrzewnieniem wspominać będziemy stare dobre czasy z inflacją, ale z niemal pełnym zatrudnieniem. Kapryśne towarzystwo, obarczające bank centralny całą winą za inflację i głośno domagające się jak najszybszego jej zdławienia, zacznie wtedy załamywać ręce z powodu braku pracy. A bezrobocie oraz gospodarcza stagnacja są znacznie mniej przyjemne niż rosnące ceny w sklepach. Problem w tym, że większość opinii publicznej już zdążyła o tym zapomnieć.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij