Gospodarka

Już nikt nie czeka, aż powiemy „tak” i wskażemy konkretny rok dojścia do neutralności klimatycznej

Wiele krajów zdecydowało się już na całkowite odejście od węgla w konkretnym terminie. Największy czeski koncern węglowy OKD chce zamknąć kopalnie do 2022 roku. A my milczymy. Choć era węgla w Polsce się kończy, a polski sektor energetyczny jest stary i modernizacja jest niezbędna. Rozmowa z Aleksandrą Gawlikowską-Fyk.


Michał Sutowski: Czy pandemia i kryzys, którego się po niej spodziewamy, to jest dobry czas na reformowanie energetyki? Jako Forum Energii postulujecie wielką modernizację, ale czy nie lepiej wydać pieniądze na ratowanie tego, co jest najbardziej zagrożone dzisiaj – sektora usług, turystycznego, transportu…

Aleksandra Gawlikowska-Fyk: Jasne, że działania doraźne są teraz kluczowe, bo trzeba i ratować chorych, i chronić tracących pracę. Ale o tym, że będzie recesja, wiedzieliśmy już od dłuższego czasu, pandemia tylko ją przyspieszy. A w kraju zawszą są jakieś sektory, gdzie inwestycje są potrzebne, tylko nie zawsze najpilniejsze, jak edukacja, ochrona zdrowia czy wreszcie energetyka. One też przynoszą zwrot – choć nie natychmiastowy, to na pewno ogromny – a przede wszystkim służą społeczeństwu.

Szkoły i szpitale rozumiem, ale czemu akurat energetyka?

Bo równolegle mamy do czynienia z kryzysem klimatycznym, nawet jeśli w tej chwili nie wydaje nam się on tak spektakularny jak pandemia koronawirusa. On też niszczy fundamenty naszego sposobu życia. Do tego zmagamy się w Polsce z zanieczyszczeniem powietrza i smogiem, którego skutkiem jest podwyższona śmiertelność oraz pogłębione problemy zdrowotne związane z COVID-19.

A czemu akurat teraz?

Bo właśnie teraz toczą się w Unii negocjacje budżetowe na kolejną siedmiolatkę, a równolegle dyskusja o neutralności klimatycznej i nowym zielonym ładzie jako projekcie flagowym obecnej Komisji Europejskiej.

A czy gdyby – hipotetycznie – polityka klimatyczna Unii Europejskiej nas nie obowiązywała i do tego jeszcze uznalibyśmy, że nasze emisje gazów cieplarnianych to i tak kropla w morzu, dałoby się ten temat odłożyć na bok? I skupić się na pilniejszych wydatkach?

Nie, bo polski sektor energetyczny jest stary, wiele jednostek zostało zbudowanych jeszcze w latach 60. i 70., więc cykl ich życia zbliża się do końca. Do tego dochodzi zły stan infrastruktury sieciowej – przerwy w dostawach energii są wyjątkowo częste, zwłaszcza w Polsce wschodniej, w rejonach słabo zurbanizowanych. Na rozbudowę sieci wysokich napięć, za które odpowiadają Polskie Sieci Elektroenergetyczne, musimy wydać kilka miliardów złotych. Ale dwu-, trzykrotnie większe inwestycje będą potrzebne na sieci dystrybucyjne. No i wspomniana już jakość powietrza: nie tylko smog pochodzący głównie z ogrzewania indywidulanego, a w dużych miastach również z transportu, ale też emisje siarki, azotu i pyłu. To wszystko oczywiście reguluje Unia, ale i bez niej chcielibyśmy chyba mieć nietrujące ogrzewanie i energetykę w Polsce…

Chcieć można, ale czy nas stać?

No i tu dochodzimy do kluczowego argumentu: bardzo długo, bo ponad ćwierć wieku, rozwijaliśmy się i osiągaliśmy wzrost w modelu opartym na niskich kosztach pracy i energii elektrycznej. Ale to też się zmienia, tzn. energetyka staje się coraz droższa. I to nie są tylko koszty emisji gazów cieplarnianych i koszty samego węgla, ale też brak konkurencji na rynku energii. Panuje dominacja jednego koncernu, czyli PGE. Firmy zagraniczne się z Polski wycofały, jak np. francuski EDF, szwedzki Vattenfall, duńska Dong Energy, obecnie Oersted, a słyszymy, że konsolidacja sektora ma postępować.

Od żółtych kamizelek po Zielony Nowy Ład

Dlaczego się wycofały?

Bo zmieniła się polityka inwestycyjna – duże koncerny od dawna już porzucają aktywa węglowe, a inwestowanie w źródła odnawialne, zwłaszcza w wiatr na lądzie, jest w Polsce utrudnione. Nasz kraj to wielki rynek, atrakcyjny w skali Unii Europejskiej, ale zły klimat polityczny do inwestowania w OZE i niepewność warunków prawnych spowodowały zastój. Krótko mówiąc: polityka klimatyczna UE przyspiesza, a modernizacja naszej energetyki jest niezbędna tak czy inaczej. Bez niej produkcja prądu będzie nie tylko wysokoemisyjna, ale też bardzo droga.

Modernizacja może znaczyć różne rzeczy, np. wymianę starych bloków na nowe, ale z tego samego źródła energii – czy tylko polityka unijna odpycha nas od węgla?

Od węgla odpycha nas porównywalny koszt różnych innych technologii. Pamiętajmy też, że poza regulacjami unijnymi są też umowy międzynarodowe, choćby porozumienie paryskie, które zobowiązuje państwa do ograniczania emisji.

To wszystko są decyzje polityczne.

Tak, ale mają ekonomiczne konsekwencje. Np. Norwegia ze swym ogromnym rządowym funduszem inwestycyjnym wycofała się z inwestycji w aktywa węglowe, robi tak też coraz więcej banków komercyjnych i prywatnych funduszy inwestycyjnych. Bo takie są oczekiwania ich klientów i udziałowców.

Czytajcie Bendyka teraz. Za kilkanaście lat będzie już na wszystko za późno

Czy z tego powodu zrezygnowano z budowy nowego bloku węglowego Ostrołęki?

Nie udało się zmontować tego przedsięwzięcia finansowo, bo węgiel w Polsce jest drogi, a do tego trzeba doliczyć spodziewane koszty emisji. Wiadomo było, że to się nie zwróci, dlatego niebudowanie bloku, mimo wydania na niego już miliarda złotych, było i tak najtańszą opcją. Podjęto jeszcze próbę ratowania tej inwestycji tzw. rynkiem mocy, czyli płaceniem danej jednostce nie tylko za prąd, który dostarcza, ale za samo to, że jest w systemie. No ale i to nie wyszło…

A może import węgla – skoro w Polsce wydobywa się go z coraz głębszych pokładów – pozwoliłby na utrzymanie kosztów energii na akceptowalnym poziomie?

Cały czas importujemy węgiel kamienny z Kazachstanu, Kolumbii, no i oczywiście Rosji, rekord importu padł w roku w 2018. Spółki energetyczne wciąż próbują się w ten sposób ratować kosztowo i importować surowiec z zagranicy, no ale tu dochodzi jeszcze polityczne powiązanie energetyki z sektorem wydobywczym. Energetyka musi ratować górnictwo. Wszystko to razem sprawia, że nasza produkcja energii jest droga i mało konkurencyjna. Importujemy już nie tylko sam węgiel, ale też energię elektryczną, choć kiedyś byliśmy jej eksporterem netto. Za granicą jest po prostu taniej.

Ale za to przy odnawialnych źródłach energii jest jeszcze drożej. Czy nie?

Jeszcze kilkanaście lat temu nowe moce OZE były naprawdę drogie, teraz jednak nakłady inwestycyjne na jednostkę mocy szybko spadają, w fotowoltaice o ponad 80 proc. w ciągu dekady, a wiatr na lądzie staje się najtańszym z dostępnych źródeł. Intensywnie rozwija się też wiatrowa energetyka morska, gdzie wskaźnik wykorzystania mocy jest naprawdę wysoki.

To znaczy?

Wysokie instalacje o większej mocy zainstalowanej pracują coraz więcej godzin w roku, zwiększając rentowność. Nie przypadkiem inwestują w nie Duńczycy czy Brytyjczycy. Polityka klimatyczna UE oczywiście tu pomaga, nie tylko w tym sensie, że wymusza pewne zmiany, ale też związane z nią nakłady finansowe przyspieszają rozwój technologii.

Rozwój rozwojem, ale wiatr nie zawsze wieje, nawet jeśli wyżej wieje trochę mocniej. A baterie są drogie i mało ekologiczne w produkcji.

Ale robią się coraz tańsze i już są komercjalizowane, to nie jest pieśń przyszłości. Zresztą baterie to nie są jedyne dostępne magazyny energii, w UE dominują przecież wykorzystywane od dekad elektrownie szczytowo-pompowe. No i obiecujący jest wodór, wdrażany od lat w Japonii, a ostatnio mocno dowartościowany w Niemczech, zresztą unijna strategia klimatyczna też go uwzględnia.

I to będzie to panaceum? Wodór zamiast baterii?

Nie chodzi o panaceum. Żyjemy w Polsce w jakimś przekonaniu, że ktoś nam chce z dnia na dzień narzucić system, który musiałby działać wyłącznie na OZE, i my, wiedząc, że to przecież niemożliwe – opieramy się temu.

A możliwe?

Nie, ale nikt nie twierdzi, że będziemy się jutro zasilać wyłącznie wiatrem i słońcem. To będzie długi proces dodawania do miksu energetycznego kolejnych elementów. Ten przyszły system będzie całkowicie odmienny od dzisiejszego. Ze zmiennością mocy OZE – czyli z efektem, że produkcja zmienia się zależnie od warunków pogodowych, a naszych decyzji– potrafimy sobie radzić coraz lepiej, zresztą to jest problem dopiero przy bardzo wysokim udziale OZE w całym miksie. Z czasem pojawiają się też zupełnie inne kłopoty − z nadprodukcją energii. Bo przecież jeśli dane moce pracują mniej godzin w roku niż np. węgiel, to musi ich być zainstalowanych więcej…

Czy Niemcy na wodorze wyjadą z kryzysu?

A potem naraz zawieje i zaświeci?

No i wtedy mamy nadwyżkę mocy. I z tej dodatkowej mocy opłaca się wyprodukować w procesie elektrolizy tzw. zielony wodór, który właśnie tę energię nam zmagazynuje i którym można zasilać np. transport. I to są prawdziwe wyzwania – jak zbudować synergię energetyki z innymi obszarami, z ciepłownictwem, z transportem. A my tu wciąż się martwimy, że nie ma tanich baterii i że w ogóle to się nie da…

A skąd w takim razie bierze się częsty w Polsce argument, że za niemiecki „zielony” prąd płacą konsumenci w rachunkach?

Bo płacą. Na rynku hurtowym w Niemczech cena wyprodukowanej energii jest niższa, ale dla odbiorców prąd jest droższy. Po prostu taką wybrali ścieżkę finansowania rozwoju OZE – kosztami wsparcia tych technologii obciążają gospodarstwa domowe, a nie swój przemysł, który w ten sposób chronią.

Czyli OZE to albo mniej konkurencyjny przemysł, albo wydrenowane kieszenie indywidualnych odbiorców prądu.

Niekoniecznie, to był akurat wewnętrzny wybór Niemiec, który ich społeczeństwo zresztą akceptuje. Poza tym podjęty wówczas, gdy technologie OZE były drogie. Faktycznie nie robią tego tanio, ale wynika to też z faktu, że się spieszą i mają bardzo ambitne cele – zarówno na ten rok, jak i na 2030, kiedy chcą mieć 60 proc. OZE w swoim miksie energetycznym, dziś mając ponad 30. Niemcy i ich Energiewende to eksperyment.

Przyszłość energii

Może gdyby nie wygaszali atomu, byłoby taniej i można by wygasić węgiel brunatny?

Energetyka jądrowa, szczególnie jeśli jest już zamortyzowana, jak w Niemczech, jest oczywiście tańsza i nie emituje CO2. I to jest w Niemczech decyzja polityczna, bardzo mocno oparta na oczekiwaniach społecznych. W takiej sytuacji trudno mówić o alternatywnej ścieżce. W każdym razie teraz Niemcy mają plan wygaszania i atomu, i węgla kamiennego, i brunatnego.

Zresztą zapowiadają się kolejne koszty z tym związane, bo rząd porozumiał się z firmami energetycznymi w sprawie rekompensat za szybsze odejście od węgla, ale powtórzę, że ich społeczeństwo się na to zgadza.

Nasze się chyba nie zgodzi.

Toteż nie twierdzę, że niemiecki model transformacji energetycznej jest opcją dla Polski. Choć dyskusja o tym, jaki jest plan odejścia od węgla i ile będzie kosztował, jest dopiero przed nami.

A czy są jakieś całościowe wzorce, które mogłyby być dla nas optymalne? Jeśli nie droga niemiecka, to może inna? Jest jakiś gotowiec?

My jeszcze nie wkroczyliśmy na ten etap, niestety. Wiele krajów zdecydowało się już na całkowite odejście od węgla w konkretnym terminie, robi to Irlandia, Francja, Włochy, Portugalia, ale też Hiszpania. Można by jeszcze wymieniać. Robią to Niemcy, choć trochę za drogo, Czesi też już mają swoją komisję węglową, której efekty pracy mamy poznać po wakacjach. A ich największy koncern węglowy OKD chce zamknąć kopalnie do 2022 roku.

Atom – szansa czy zagrożenie? [wyjaśniamy]

A my?

A my milczymy. Rzeczywiście mamy największy udział węgla w produkcji prądu w UE – 74 proc. w 2019 roku, ale traktujemy to jako wymówkę, by nic nie robić. I to od wielu, wielu lat. Nikt nie twierdzi, że to jest łatwy i bezbolesny proces, ale konsekwencje i koszty zaniechań już są duże. Ponad 40-procentowy wzrost cen w 2018 roku spowodował, że w ubiegłym roku wyborczym doszło do zamrożenia cen, które kosztowało nasz budżet łącznie ponad 4,6 miliarda złotych. To było działanie doraźne i nic nie zmieniło.

To znaczy?

Na przykład nie poprawiło sytuacji odbiorców wrażliwych, czyli zagrożonych ubóstwem energetycznym, którym koszty transformacji trzeba by skompensować. A jeśli będziemy zamykać elektrownie, to oczywiście może nas czekać temat rekompensat: komu się będą należały i ile. Trzeba w tej sprawie wreszcie zasiąść do stołu i porozmawiać z różnymi stronami.

Ale do tego trzeba podjąć decyzję, że się od węgla odchodzi. Jest w ogóle taka perspektywa?

Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że era węgla w Polsce się kończy, a przecież trzeba dać czas firmom, inwestorom, no i pracownikom na dostosowanie się. Kończy się węgiel brunatny, na którym pracuje m.in. wielka elektrownia Bełchatów, a nowe odkrywki są po prostu zbyt drogie. Spółka PGE mówi wprost, że nie stać nas na proponowaną kopalnię w Złoczewie…

Ale?

Ale rząd najwyraźniej czuje strach przed powiedzeniem finalnego TAK dla dekarbonizacji. Sądzę, że ciągle istotna jest tu obawa, że górnicy zastrajkują, byliśmy przecież w maratonie wyborczym. Wszystkie inne przesłanki nakazywałyby podjąć wreszcie decyzję. Nawet nie chodzi o oczekiwanie Rady Europejskiej, że polska zgodzi się wprost na neutralność klimatyczną, ale przede wszystkim o zapaść finansową spółek energetycznych z PGE na czele. W końcu staniemy pod ścianą i trzeba będzie to powiedzieć: odchodzimy od węgla w perspektywie tego i tego roku. A czy to nastąpi za miesiąc, za trzy czy za rok – tu ekonomia będzie decydować.

Bo takie Ostrołęki mogą się powtarzać i spółki będą bankrutować? Ale jest jeszcze wola polityczna, a ona chyba zmierza do utrzymania status quo…

To są spółki działające w ramach prawa handlowego i zarządy nie mogą działać na ich szkodę. Dlatego decyzji o budowie odkrywki czy nowej elektrowni węglowej nie mogą być podejmowane centralnie, przez polityków. Potrzeba decyzji strategicznych. Ale wciąż ich nie widać, decydenci działają na zasadzie: dopóki mogę, to milczę.

Mówi pani, że trzeba rozmawiać z różnymi stronami – ale czy dążenie do centralizacji władzy, dość wyraźne dzisiaj, w tym nie przeszkadza?

Myślę, że w polityce energetycznej będzie panował dualizm. Na pewno na poziomie rządu będzie to strategiczne planowanie rozwoju energetyki scentralizowanej, z dużymi jednostkami – atom zapewne z tych planów nie zniknie, bo stoi za nim wyobrażenie, że tylko duże elektrownie dadzą Polsce bezpieczeństwo.

W tym sensie centralizacyjne myślenie o ustroju państwa zbiega się z wizją systemu energetycznego?

Ale to tylko jeden kierunek. Bo z drugiej strony Unia Europejska niejako wymusza – i może bardzo dobrze, że tak robi – by wydatkowanie środków z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji uwzględniało udział wszystkich zainteresowanych stron. Projekty za te pieniądze muszą być wypracowane na poziomie regionalnym i zaakceptowane przez społeczności i władze lokalne. Bo to regiony mają skorzystać.

Centralny Magazyn Węgla, którego nikt nie chce

Czyli tylko nacisk z zewnątrz umożliwia jakąś partycypację w tym procesie…

Dodajmy jednak, że energetyka zaczyna się rozpraszać i decentralizować w sposób oddolny i spontaniczny, przez osoby prywatne, ale też samorządy. Przez długi czas niewiele się działo w tej materii, ale ostatnie dwa lata to gigantyczny wzrost mocy zainstalowanej fotowoltaiki, a to są głównie instalacje mikro, czyli pani Kowalska sobie kładzie panele na dachu jako źródło własnej energii.

A skąd ta zmiana, w sensie – co zrobiło różnicę?

Do świadomości przebija się fakt, że instalacje fotowoltaiczne produkują energię właśnie wtedy, kiedy mamy największe problemy z zaopatrzeniem w energię, czyli w szczytach letnich, i że się opłacają. Działają tu firmy, konsumenci i prosumenci, ale też mamy wreszcie odpowiednie definicje prosumenta w prawie, no i całe systemy wsparcia publicznego, jak programy Mój prąd czy Czyste powietrze. Z kolei Dolny Śląsk czy wschodnia Wielkopolska idą wyraźnie w kierunku wykorzystania funduszy spójnościowych na rzecz transformacji. Po prostu rozumieją, że węgiel się kończy i trzeba myśleć o przyszłości.

Zakończył się, po długich nocnych rokowaniach, unijny szczyt w sprawie budżetu. Czy Polska właściwie akceptuje unijny cel neutralności klimatycznej, czy go nie akceptuje?

Wpisaliśmy się w nawias unijnej polityki, tzn. uznaliśmy, że Unia Europejska się zobowiązuje do osiągnięcia neutralności klimatycznej jako całość, natomiast nie ma na razie mowy o neutralności poszczególnych krajów członkowskich.

Chcemy pojechać na gapę?

Mam wrażenie, że już nikt nie czeka, aż my powiemy „tak” i wskażemy konkretny rok dojścia do tego celu w Polsce, bo konkluzje szczytu w Brukseli pokazują wyraźnie, że wszystko zmierza ku neutralności. Zaczyna się warunkowanie środków finansowych realizacją tego celu i np. jeżeli Fundusz Sprawiedliwej Transformacji zostanie utrzymany w obecnej formie, to przez brak zobowiązania do neutralności klimatycznej w roku 2050 dostaniemy połowę z 3,5 miliarda euro do wydania.

Zielona Dolina Krzemowa w Polsce jest możliwa – ale zaklęcia o innowacjach nie wystarczą

Na co można te pieniądze wydać?

Na transformację ekonomiczną, społeczną i energetyczną regionów, tzn. na całokształt działań, które zmniejszają uzależnienie danego miejsca od gospodarki węglowej, nie tylko od produkcji energii. Pamiętajmy, że celem zmian jest utrzymanie miejsc pracy.

A nasze władze chcą realnie robić tę transformację za unijne pieniądze czy raczej kombinują, jak tu te pieniądze wykorzystać na inne działania, tylko dobrze uzasadnić, że mają one jakiś związek z celami klimatycznymi?

Kreatywnej księgowości na pewno nie brakuje, co widać choćby po wydatkowaniu środków z handlu emisjami – Polska zarobiła na nich ostatnio 11 miliardów złotych i połowa z tego powinna pójść na inwestycje w niskoemisyjną gospodarkę. Ale tak naprawdę te pieniądze znikają w budżecie i idą właśnie na takie pomysły jak zamrażanie cen prądu. To zresztą dość charakterystyczne, że bijemy się o pieniądze z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, a nie zwracamy uwagi na wykorzystanie tych strumieni środków, które już do Polski płyną. Ale o nowe fundusze nie powinniśmy się martwić – wierzę, że je dobrze wykorzystamy na transformację.

A jako ekologiczne źródła energii traktujemy np. drzewa z polskich lasów.

Spalanie biomasy jest obecnie dopuszczone przez Unię, ale ma swoje mankamenty. Sprowadzaliśmy jej dużo z zagranicy, co też rodzi wątpliwości o ślad węglowy, no a jak zaczną wchodzić w życie kryteria zrównoważonej biomasy i część paliw będzie z niej wykluczona, to będziemy w trudnej sytuacji. Tym bardziej że za chwilę będzie weryfikowany nasz miks energetyczny, zgodnie z któym w roku 2020 powinniśmy mieć 15 proc. energii uzyskanej ze źródeł odnawialnych. A trochę nam brakuje, zwłaszcza w ciepłownictwie i w transporcie.

To podejście, żeby od węgla odejść jak najpóźniej – wynika z interesów gospodarczych czy bardziej ideologii? Bo pamiętamy, że nawet prezydent twierdził, że antropogeniczny charakter zmiany klimatu nie jest sprawą oczywistą…

Ideologii jest już coraz mniej, ona trzyma się chyba na tym, że polityka klimatyczna przez polityków jest traktowana jako coś narzuconego z zewnątrz, wymuszanego. Niektórzy potrafią wręcz głosić, że sama Unia nie ma w polityce klimatycznej interesu ekonomicznego ani cywilizacyjnego, że to jakieś wymysły radykałów. Ale kluczowe są interesy, choć one ewoluują.

W dobrą stronę?

Dziś same spółki energetyczne rozumieją, że potrzeba im nowej strategii. Nawet prezes PGE powiedział ostatnio, że jego firma ma dwa lata na zmianę podejścia albo upadnie. Sektor wytwórstwa energii, ale też inne, jak transport czy rolnictwo – już się zmieniają. Właściwie tylko sektor wydobywczy, pozostawiony z obiecankami, że nic się nie musi zmienić, że będzie, jak było, jest dużym hamulcem zmian w Polsce. Nie ma poważnych planów jego restrukturyzacji, zresztą nikt się nie chce zgodzić na wygaszanie kolejnych kopalń; sektor pogrąża się w chaosie, co widać po kondycji spółek węglowych…

Górnictwo, a nie elektrownie? Wydawałoby się, że łatwiej zamknąć kopalnie niż zamienić elektrownie węglowe na inne.

Wiemy już, że są dostępne coraz lepsze technologie alternatywne, że nawet kilkadziesiąt procent OZE w miksie to nie tragedia, że inne kraje dawno w to inwestują… Ja nie mówię, że załatwimy problem w pięć lat i zastąpimy wszystkie bloki węglowe. Ale świadomość, że zmiana jest konieczna – nadchodzi.

Czego nie strawi pożar, spali elektrownia. Gospodarka leśna w Polsce to „biomasakra”

Kilkusetmiliardowy Fundusz Odbudowy i cały budżet Unii Europejskiej na kolejne lata zakładają, że aż 30 proc. wydatków musi być związane z celami klimatycznymi. Damy radę z tego skorzystać?

Przez kilkanaście lat wydawaliśmy pieniądze, by doszlusować do „starej” Unii w kwestii infrastruktury, ale często bez pomysłu, co dalej. I to pomimo świadomości, że takich atrakcyjnych dla nas funduszy po roku 2020 będzie dużo mniej. Teraz na stole w Brukseli leży bezprecedensowy, ale raczej jednorazowy pakiet pomocowy – i dlatego my jako środowisko mówimy: teraz albo nigdy. Ktoś nam daje szansę, a jednocześnie dostrzega, że w kwestii dekarbonizacji mamy inny punkt startowy niż reszta krajów. I to świetnie, tylko to nie może być wymówka, by działania opóźniać, lecz argument za tym, żeby wreszcie z transformacją ruszyć.

**
Dr Aleksandra Gawlikowska-Fyk kieruje projektem Elektroenergetyka w think tanku Forum Energii, specjalizuje się w polityce i regulacjach energetycznych Unii Europejskiej, w szczególności w obszarach rynku wewnętrznego energii elektrycznej, bezpieczeństwa energetycznego oraz niskoemisyjnej transformacji.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.