Gospodarka

Koniec mistrza eksportu? Przyszłość handlowej potęgi Niemiec

Specjalnością gospodarki Niemiec stało w ostatnich latach bicie rekordów w eksporcie i generowanie ogromnych nadwyżek w wymianie z zagranicą. Ale może się to zmienić.


Od kryzysu gospodarczego Niemcy wyróżniały się na tle innych państw nie tylko stabilnym wzrostem, sukcesami w walce z bezrobociem czy dobrym stanem finansów państwa, ale też znakomitymi wynikami handlu zagranicznego. I w sumie nie powinno to zbytnio dziwić. Już w drugiej połowie XX wieku Niemcy osiągnęły pozycję największego eksportera świata, stając się, jak to określił kiedyś Richard Rosencrance, „państwem handlowym”.

Obecnie chodzi jednak o coś więcej niż samą skalę sprzedaży za granicę. W statystykach RFN zaczęły się bowiem pojawiać niespotykane wcześniej nadwyżki eksportu nad importem. Obecnie wynoszą one ok. 250–260 mld euro – dużo więcej niż w przypadku handlowych potęg Japonii czy Chin.

Zmarnowana rewolucja? Na pewno komedia pomyłek. 30 lat temu obalono mur berliński

Ekonomiści spierają się w ocenie nadwyżkowego przechyłu. Część uznaje to za sukces – dowód konkurencyjności gospodarki, a przy okazji zapobiegliwości społeczeństwa, które zamiast wydawać zarobioną nadwyżkę, woli ją przeznaczyć na oszczędności. Dla innych krajów niemiecka nadwyżka też nie musi być złą wiadomością: jej istnienie to przecież większa podaż kapitału na rynkach, a zatem możliwość uzyskania tańszego kredytu na własne inwestycje czy konsumpcję.

Jest też jednak o wiele bardziej krytyczna interpretacja, w której mowa już nie o handlowym sukcesie, lecz o szkodliwym ekscesie. Według niej Niemcy po prostu za mało wydają, co może być symptomem toczącej gospodarkę słabości. A przy okazji nadwyżka to mało chlubny wkład RFN w pogłębianie światowych nierównowag. Upychanie w świecie kapitału z eksportowego plusa może bowiem zwiększyć ryzyko kryzysu zadłużeniowego i prowokować powstawanie baniek spekulacyjnych.

Przy tak znaczących rozbieżnościach w ocenie niemieckiej nadwyżki tym bardziej istotne staje się pytanie o jej przyszłe trwanie. Być może to tylko pokryzysowa deformacja „państwa handlowego”, która wkrótce przeminie? A może chodzi jednak o trwalszy rys niemieckiego kapitalizmu – dowód jego zdolności adaptacyjnych wśród globalnych zależności? Jeśli tak, to może warto się zastanawiać nie nad tym, czy nadwyżka spadnie, tylko o ile jeszcze bardziej wzrośnie?

Odpowiedzi na te pytania kryją się gdzieś między przyszłą kondycją i kształtem gospodarki międzynarodowej, zdolnością Niemiec do pozostania eksportowym mistrzem, a także ich skłonnością do wydawania pieniędzy w kraju.

Globalizacja: lepiej już było?

W ostatnich dekadach handlowym sukcesom RFN sprzyjało otoczenie zewnętrzne. Gospodarka globalna stawała się coraz bardziej otwartą, pozbawioną barier przestrzenią, w której reguły wolnego handlu i przepływów kapitału sprzyjały eksporterom i wierzycielom.

Dla pojawienia się ekstremalnej nadwyżki kluczowe znaczenie miało jednak odbicie koniunktury po potężnym kryzysie finansowym w 2007–2008 roku i boom w krajach rozwijających się. Szczególnie chętnie kupowały one bowiem maszyny i samochody – danie główne niemieckiej oferty. Jakby tego było mało, jednocześnie spadały ceny dóbr, które RFN tradycyjnie importowała – np. ropy, surowców – stąd pojawiła się ogromna przewaga eksportu nad importem.

Pożegnanie z francusko-niemiecką Europą

czytaj także

Do tej listy można dodać turbulencje makroekonomiczne ostatnich dekad, w szczególności utworzenie unii walutowej w UE, a później jej kryzys gospodarczy i finansowy. Dzięki euro Niemcy nie musiały się już przejmować wzrostem kursu własnej waluty wobec większości europejskich partnerów handlowych: zjawiska, które w czasach marki naturalnie „ścinało” nadmierny nawis eksportu.

Dodatkowo, kurs euro wobec dolara został zaniżony kryzysem zadłużeniowym na południu Europy, co jeszcze pomogło Niemcom utrzymać konkurencyjność eksportu na rynkach pozaeuropejskich.

Portfel zamówień na dobra z RFN zaczął też rosnąć dzięki bankom centralnym. W pokryzysowej dekadzie zaczęły one drastycznie obniżać cenę pieniądza, co ułatwiło branie kredytów. W ten sposób nawet w krajach pogrążonych w długach i deficytach handlowych trwał w najlepsze popytowy boom – w tym na produkty made in Germany.

Czy Niemcy stają się „normalnym” mocarstwem?

czytaj także

Ten splot korzystnych dla niemieckiego handlu okoliczności powoli się jednak wyczerpuje. W globalnej gospodarce można zaobserwować ochłodzenie koniunktury, częściowo wywołane zresztą nasyceniem rynków. Trudno też oczekiwać mocnych impulsów dla wzrostu ze strony polityki monetarnej: stopy procentowe są już najniższe w historii, a rynki zalane tanim kapitałem z banków centralnych. Najbardziej niepokojącym prognostykiem dla przyszłości niemieckiego eksportu jest jednak rosnący sceptycyzm wobec wolnego handlu.

Jego uosobieniem stał się prezydent USA Donald Trump, który po objęciu urzędu w roku 2016 postawił sobie za cel ograniczenie amerykańskiego deficytu handlowego (450 mld USD). Zamierzał to jednak zrealizować nie tyle poprzez trudne i czasochłonne wzmacnianie konkurencyjności eksportu, ile ograniczanie importu. Pod tym względem bilans trzech lat prezydentury robi wrażenie: Trump otworzył wiele konfliktów z partnerami handlowymi, zaczął stosować restrykcje w wymianie i osłabił WTO (Światową Organizację Handlu), będącą instytucjonalnym filarem wolnej wymiany.

Donalda Trumpa gospodarka deficytu

Clemens Fuest, szef monachijskiego Instytutu Badań Gospodarczych IfO, nazwał politykę Trumpa „cezurą dla gospodarki światowej”. W istocie: USA, do niedawna promotor globalizacji, dał bowiem solidną legitymizację lokalnym wersjom postawy America first. Konsekwencją może być rozpanoszenie się protekcjonizmu i jeszcze więcej sporów handlowych, w których Niemcy byliby łatwym celem – właśnie ze względu swą na ostro krytykowaną nadwyżkę.

Problem konkurencyjności

O przyszłości nadwyżkowego „trybu” niemieckiej gospodarki może zdecydować jednak nie tylko sam stan instytucji wolnego handlu i globalnej koniunktury. Zagrać może też czynnik zupełnie podstawowy: zdolność RFN do pozostania eksportową potęgą i tworzenia dóbr, które nadal będą chętnie kupowane przez zagranicznych klientów.

Uwaga, spojler: nigdy nie dogonimy Niemiec

Dotychczasowy sukces opierał się bowiem na przewagach w produkcji dóbr przemysłowych – wysokiej jakości, drogich, bazujących na sprawdzonych, dojrzałych technologiach. W ten sposób gospodarka RFN zajęła wygodną niszę będącą poza zasięgiem tańszych naśladowców, przy okazji idealnie wstrzeliwując się w potrzeby inwestycyjnego boomu w świecie. Szczególną pozycję w niemieckim eksporcie zajęła triada: pojazdy, maszyny oraz produkty chemiczne. W każdej z tych branż Niemcy mają zarówno przemysłowe molochy, jak i liczne firmy średniej wielkości (Mittelstand), które oferują klientom wysoce wyspecjalizowane produkty.

Przewagi Niemiec nie są jednak dane raz na zawsze, a zagrażają im zwłaszcza Chiny, które zaczynają coraz odważniej wchodzić na globalny rynek wysokiej jakości produktów przemysłowych. Mają atuty w postaci ogromnych firm osiągających efekty skali, hojnego wsparcia własnego państwa i chińskich instytucji finansowych.

Chiny – ostatnie mocarstwo z przyszłością?

czytaj także

Niemcy próbują reagować na nowe warunki: np. w ubiegłym roku minister finansów Olaf Scholz zaangażował się w tworzenie niemieckiego megabanku, który miałby służyć interesom eksportowych niemieckich przedsiębiorstw. Skończyło się na nieudanej próbie fuzji Deutsche Banku i Commerzbanku, co nie najlepiej wróży globalnym ambicjom gospodarczym RFN.

Bezpośredni konkurenci to nie jedyny ból głowy. Gospodarka globalna zmierza dziś w kierunku skracania cyklu zmian technologicznych i życia produktów, a postęp przestał mieć liniowy, przewidywalny charakter. Górę dziś biorą radykalne innowacje, które promują przedsiębiorczość bardziej elastyczną, goniącą za nowym, choć również akceptującą wyższe ryzyko.

Splot korzystnych dla niemieckiego handlu okoliczności powoli się wyczerpuje.

Tymczasem Niemcy – jak twierdzi np. Thomas Andrae, właściciel funduszu inwestującego w innowacje – są przyzwyczajeni do szlifowania danego produktu, czasochłonnego perfekcjonizmu oraz „tunelowego” myślenia o technologii i jej zastosowaniach. Wszystkie te cechy, wyćwiczone przez system edukacji – w tym dualne kształcenie zawodowe – stają się powoli obciążeniem.

Być może to one sprawiły, że menedżerowie Volkswagena kurczowo trzymali się „optymalnej” i dopracowanej technologii dieslowskiej, zamiast odpowiednio wcześnie postawić na silniki elektryczne i hybrydowe. Gdy już było za późno, posunęli się do fałszowania emisji, wywołując największy skandal w historii gospodarki RFN i zadając potężny cios reputacji niemieckich produktów.

Dużą niewiadomą jest również utrzymanie wysokiego popytu na dotychczasową niemiecką ofertę pojazdów, maszyn i chemii. Francuski ekonomista Patrick Artus nazwał je „produktami dnia wczorajszego”. Ekonomia współdzielenia, postępująca urbanizacja oraz obostrzenia klimatyczne zmniejszą przecież zapotrzebowanie na kupowane samochody – zwłaszcza ciężkie, spalinowe SUV-y – w których specjalizują się niemieckie koncerny. Szybki postęp recyklingu – w niektórych krajach wyznaczono cel 90% – zmniejszy popyt na plastik, a ekologiczne rolnictwo – na produkty agrochemii.

Dlaczego lewica nie kocha Ubera?

Dlatego, jak twierdzi Artus, Niemcy należy traktować jako gospodarkę w kryzysie strukturalnym, której głównym problemem jest spadek zainteresowania produktami nastawionego na zagranicę przemysłu. W trwającej od połowy 2018 roku zadyszce tego sektora (spadek produkcji wynosi ok. 4%) może chodzić więc nie tyle o wahnięcie globalnej koniunktury czy efekt wojen handlowych Trumpa, co o preludium do głębszego kryzysu modelu eksportowego.

Wzrost wydatków krajowych

Pytanie o przyszłość nadwyżek wiąże się również z popytem wewnętrznym gospodarki RFN. Jeśli Niemcy zaczną więcej wydawać na dobra i usługi zagraniczne oraz krajową konsumpcję i inwestycje, eksportowy nawis w statystykach zacznie topnieć.

Oto dlaczego Trump i Ameryka przegrają tę wojnę

Dotąd nie było z tym najlepiej, a to z powodu wysokiej skłonności Niemców do oszczędzania. Jeśli by wierzyć stereotypom, wynika ona z czynników kulturowych i historycznych – mentalności „szwabskiej gospodyni domowej” wzmocnionej dodatkowo inflacyjnymi traumami z ubiegłego wieku. Wśród przyczyn więcej jednak wskazuje na dość banalne i całkiem świeże zależności gospodarcze.

Jeszcze do niedawna bowiem konsumenci liczyli każdy grosz, ponieważ wzrost płac pozostawał w tyle za wzrostem PKB – zwłaszcza w przypadku mniej zamożnych gospodarstw domowych. Ten trend rozpoczął się w latach 90., gdy wyraźnie osłabła pozycja negocjacyjna związków zawodowych wobec pracodawców. Podtrzymały go reformy Gerharda Schroedera z lat 2000–2005, który zliberalizował rynek pracy i otworzył wrota dla mało stabilnego, dość nisko opłacanego zatrudnienia.

Offe: „Stara” lewica jest zbyt konserwatywna

Słabość popytu konsumentów należy wiązać teæ z kwestią demografii: starzejące się społeczeństwo wolało więcej oszczędzać, zwłaszcza, że od polityków i ekspertów ciągle słyszało o słabościach systemu emerytalnego i zagrożeniu „biedą na starość” (Altersarmut). Na to wszystko nałożyła się jeszcze pokryzysowa polityka bardzo niskich stóp procentowych Europejskiego Banku Centralnego.

U części Niemców nie zaostrzyła ona bynajmniej apetytów na kredyty, lecz wręcz okopała ich w oszczędnościowym stuporze: nominalnie chcieli uzyskać ze swoich Sparkonten tyle samo zysków, odkładali więc jeszcze więcej niż dotychczas (na koniec 2018 r. stopa oszczędzania wynosiła 18,8% przy średniej EU28 10,6%).

„Czy lewica złupi bogatych”, czyli lata 90. w natarciu

Jeśli ktoś wyczekuje dziś sygnałów dających nadzieję na wzrost wydatków gospodarstw domowych w Niemczech, powinien spoglądać przede wszystkim na rynek pracy. Obywatele RFN zapomnieli już o dwucyfrowym bezrobociu z początku lat 2000: dziś bez pracy pozostaje mniej niż 5% zatrudnionych i nawet trwająca od półtora roku dekoniunktura nie zaburzyła danych o zatrudnieniu.

Ponadto nastąpił wyraźny i – co ważne – trwały wzrost płac (od 2014 roku wynagrodzenia realnie rosną między 1–2% rocznie), w niemałym stopniu podbity wprowadzeniem w roku 2015 godzinowej stawki minimalnej. Przysłowiowy koń jest już więc u wodopoju: czas, by zaczął pić.

Moje Niemcy od podszewki

czytaj także

Szukając oznak wyższego popytu wewnętrznego nie sposób pominąć również wydatków firm. Teoretycznie ich inwestycje powinny już dawno przyspieszyć – choćby ze względu na wzrost gospodarczy. Zyski biznesu pozostały jednak „leniwe”: na nowe maszyny i urządzenia wydaje się od dekady niemal ten sam procent dochodu narodowego (około 20–20,5%) – mniej niż w pogrążonej w stagnacji Francji. Niemieckie przedsiębiorstwa skłaniały się raczej ku oszczędzaniu lub szukały możliwości inwestowania za granicą.

Sceptycy przestrzegają przed pokładaniem zbyt wielkich nadziei w zmianie kursu i nagłym zapale inwestycyjnym biznesu. W zarządach firm silna jest obawa o skutki starzenia się niemieckiego społeczeństwa, o trudności w znalezieniu pracowników; ponadto zniechęcająco na inwestorów działają rosnące w ostatnich latach koszty pracy.

Polska pożyteczną hamulcową Niemiec

Do ostrożności powinien skłaniać też fakt, że nastawienia firm nie zmieniła dotąd polityka „taniego pieniądza” prowadzona przez Europejski Bank Centralny, radykalnie obniżająca koszt kredytu. Na biznes nie działa też najwyraźniej argument, że inwestowanie kapitału za granicą wygląda mało zachęcająco.

Ekonomista Fabian Fritsche wykazał, że skumulowane z ostatnich trzech dekad nadwyżki bilansów obrotów bieżących RFN osiągnęły 2,4 biliona euro, zaś zasoby kapitału zagranicznego netto wyniosły według rachunków z marca 2016 ledwie 1,59 biliona euro. Inaczej mówiąc, gdzieś „rozpłynęło się” 750 miliardów. Złośliwości finansistów o stupid German money – wyjątkowo kiepskim inwestowaniu Niemców na rynkach – nie są więc pozbawione podstaw.

Porządek w strefie euro. Rozmowa Maurizio Ferrery z Clausem Offe

Z powyższych względów większe szanse na wzrost popytu wewnętrznego wiąże się nie z wydatkami firm i gospodarstw domowych, lecz państwa – zwłaszcza, że ma ono się od czego odbić. Po kryzysie lat 2007–2009 kolejne rządy RFN postawiły na ostrą konsolidację fiskalną. W ustawie zasadniczej pojawił się nawet zapis o „hamulcu długu”, który minister finansów Wolfgang Schäuble przełożył na tzw. politykę „czarnego zera”, czyli braku w budżecie czerwonych cyfr sygnalizujących deficyt.

Trudno odmówić jej sukcesu. W ostatnich latach RFN notowała nadwyżki w wysokości około 1% PKB, zaś poziom długu publicznego spadnie w roku 2019 poniżej 60% PKB. Ceną była jednak słabość inwestycji publicznych, na które Niemcy wydawali jedynie 2,4% PKB – dużo mniej niż np. sąsiednia Francja. Tym samym oszczędny rząd dodatkowo pogłębiał popytową flautę i nierównowagę w bilansie obrotów bieżących.

Macron zadał pytanie, którego boi się cała Europa

Koszty tej polityki z czasem zaczęły jednak doskwierać niemieckiej gospodarce. W reżimie oszczędzania wyraźnemu pogorszeniu uległ stan dróg, kolei czy budynków szkolnych. Z punktu widzenia przyszłości gospodarki Niemiec oszczędnościowy kurs jest szczególnie niebezpieczny dla strategicznych sfer cyfryzacji i transformacji energetycznej.

Eksperci szacują, że RFN będzie potrzebowała w nadchodzącej dekadzie 450 mld euro wydatków inwestycyjnych rządu, by nadgonić zapóźnienia powstałe w czasach „czarnego zera”. Brak tych środków będzie skutkował pogorszeniem się konkurencyjności gospodarki RFN. Są już sygnały ostrzegawcze: w najnowszym rankingu World Economic Forum zanotowały rzadko spotykany spadek o cztery pozycje w porównaniu z minionym rokiem.

Pomimo solidnych argumentów za zwiększeniem popytu ze strony rządu, nie ma co spodziewać się festiwalu wydatków, lecz co najwyżej korekty kursu. W schyłkowej fazie rządów Merkel nikt nie odważy się na obalenie „hamulca długu”, zwłaszcza że ostatnie osłabienie koniunktury okazało się mniej dotkliwe niż zakładano.

Bardziej prawdopodobne są ograniczone programy, jak np. zapowiedziane we wrześniu 2019 roku przez koalicję CDU/CSU i SPD wydanie – do 2023 roku – 50 mld euro na przyspieszenie transformacji energetycznej. Ta kwota nie oznacza jednak, że oszczędnościowa śruba będzie odkręcana. Raczej tyle, że nie będzie już dokręcana.

Przyszłość nadwyżki

Przeciw ekstremalnej nierównowadze w niemieckim handlu zagranicznym działają różne siły – od słabnącej koniunktury w gospodarce globalnej przez spadek akceptacji dla wolnego handlu, rewolucję technologicznej i zagrożenia technologiczne dla konkurencyjności Niemiec po rosnące potrzeby wydatkowe. Nie wiadomo jednak, czy ich wpływ będzie na tyle silny, by wyraźnie ściąć 250-miliardową nadwyżkę.

Prawdopodobieństwo jej utrzymania rośnie z każdą pozytywną wieścią z rozmów USA–Chiny o porozumieniu handlowym i możliwej deeskalacji gospodarczego konfliktu. Stanie się tak również wtedy, jeśli Niemcy ockną się z letargu i powrócą do czołówki wyścigu technologicznego. Każdy kolejny miliard euro wydawany przez VW na samochody elektryczne i technologie autonomicznego sterowania jest sygnałem, że tak właśnie się dzieje, i że koncerny RFN zaczynają nadrabiać stracony czas.

Dieselgate: koniec z samochodami

czytaj także

I wreszcie: popyt w Niemczech zapewne wzrośnie, ale wydatkowej rewolucji nie ma co wypatrywać. Oszczędna Frau Schmidt nie zamieni się nagle w utracjuszkę, a i ideolodzy „czarnego zera” w rządzie nie zmienią nagle poglądów.

Być może więc nierównowaga w niemieckim rachunku jest czymś dużo trwalszym, niż chcieliby przyznać zarówno ci, którzy bagatelizują jej znaczenie, jak i ci, którzy ją ostro krytykują.

W tej sytuacji lepiej jest zadać pytanie, czy w niemieckiej nadwyżce – przy wszystkich kontrowersjach, które one budzi – nie warto poszukać czegoś pozytywnego. Warto sobie np. uświadomić, że RFN z eksportowym nawisem i pozycją ekstremalnego wierzyciela jest naturalnym promotorem zagrożonego dziś multilateralizmu i obrońcą uniwersalnych, globalnych reguł. Jest też bez wątpienia bardziej skora do angażowania się w umacnianie integracji europejskiej poprzez wpłaty do wspólnego budżetu i finansowanie wspólnych polityk.

Good Bye, Merkel! Koniec Niemiec, jakie znamy [rozmowa z Burasem]

Wielka nadwyżka to więc nie tylko korzystanie z cudzego popytu, zarzucany neomerkantylizm i generowanie nierównowag w świecie czy stupid German money palone w nieudanych inwestycjach. To w jakiejś mierze również warunek istnienia smart German money wspierających tworzenie międzynarodowych dóbr publicznych.

 

**

Sebastian Płóciennik – ekonomista i prawnik, kierownik programu ds. Trójkąta Weimarskiego w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM); specjalizuje się w badaniach nad gospodarką niemiecką, procesami integracji gospodarczej w Europie, a także ekonomią instytucjonalną.

Artykuł powstał w związku z seminarium w ramach cyklu „Zmiana kursu, przyspieszenie czy katastrofa? Niemiecki okręt na unijnym morzu a polskie dylematy w Europie” organizowanego przy wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.