Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Świat

Macron zadał pytanie, którego boi się cała Europa

Piotr Buras

Największym problemem Europy nie jest Emmanuel Macron ze swoim niewyparzonym językiem. Jest nim fakt, że nikt poza prezydentem Francji nie zadaje na serio pytania: co zrobi Unia Europejska w chwili próby, kiedy ani NATO, ani USA nie przyjdą jej ze wsparciem? Tekst Piotra Burasa.


Słowa Emmanuela Macrona o „śmierci mózgowej” NATO wywołały w Europie zrozumiałą irytację. Angela Merkel miała powiedzieć mu wprost, że ma dość sprzątania po jego politycznych wybrykach. W Polsce z kolei oskarżenia o niezdrowe francuskie ambicje mieszają się z oburzeniem, że Macron chce rozwiązać sojusz atlantycki oraz z Schadenfreude, że oto znowu przyłapaliśmy Francuza na niepoprawnej miłości do Rosji. Trudno było się zresztą spodziewać, by prowokacja Macrona nie spotkała się z odporem. Gromkie echo wywiadu dla „Economist” było z pewnością elementem kalkulacji prezydenta Francji. Gorzej jednak, że rytualne potępienie w czambuł jego pomysłów staje się wymówką – by nie przyznawać, że jego analiza sytuacji jest nie tylko brutalna, lecz także w dużej mierze prawdziwa.

Co by powiedział polski Macron?

W rozmowie z brytyjskim dziennikiem francuski prezydent podważył szereg obowiązujących dotąd pewników: przekonanie o trwałości amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa dla Europy, wiarygodność artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego mówiącego o wspólnej obronie członków NATO, ale także miejsce Rosji jako głównego adwersarza Europy i Orbana jako enfant terrible polityki zagranicznej UE. Według prezydenta Francji Europa powinna bowiem sama zadbać o swoje bezpieczeństwo, zaś elementem jego nowej architektury miałoby być ułożenie na nowo relacji z Rosją, o którego konieczności Macron chciałby przekonywać Polaków za pośrednictwem premiera Węgier.

Polityczny kryzys obchodzącego w tym roku siedemdziesiąte urodziny NATO jest faktem i nie sposób przejść nad nim do porządku dziennego. Donald Trump twierdził już ponad rok temu, że NATO stało się „zbędne”, zaś według „New York Timesa” kilkakrotnie rozważał wycofanie się z Stanów Zjednoczonych z Sojuszu. Trump zmienia poglądy i często zaprzecza sam sobie. Ale już przekonanie, że NATO jako sojusz wymierzony w słabnącą – z perspektywy Waszyngtonu – Rosję i zobowiązujący USA do obrony krajów, o których istnieniu większość Amerykanów nie ma pojęcia (jak przyjęta ostatnio Czarnogóra) jest w aktualnej formie przeżytkiem, nie jest w Stanach poglądem niszowym.  Z perspektywy USA Europa sama powinna przejąć główny ciężar obrony przed zagrożeniami bezpieczeństwa  – i w wymiarze finansowym, i zdolności militarnych. Owszem, Stany Zjednoczone zwiększyły w ostatnich latach swoje zaangażowanie wojskowe w Europie. Także Macron, o czym nie piszą jego krytycy, podkreśla wyraźnie, że pod względem wojskowym NATO ma się bardzo dobrze, bo zapewnia „skuteczną współpracę wojsk i dobrze sprawdza się w zarządzaniu operacjami”.

Ale NATO to nie tylko sojusz wojskowy, lecz przede wszystkim układ oparty na wzajemnych politycznych zobowiązaniach, wspólnych interesach i wartościach. A w tych sprawach – jak np. stosunek do porozumień międzynarodowych, ocena zagrożeń czy interesy biznesowe – rozdźwięk między Stanami a Unią nigdy nie był tak głęboki, jak obecnie.

USA stają się coraz mniej „europejskie”, nawet jeśli nadal angażują się w Europie. Co więcej, jak przypomina wiceszef German Marshall Fund Thomas Kleine-Brockhoff, nawet jeśli po ewentualnym końcu ery Trumpa USA zbliżą się znowu do Europy pod względem wartości, to wcale nie musi spowodować głębszego zaangażowania na Starym Kontynencie. Gdy Amerykanie podejmują kluczowe z punktu widzenia bezpieczeństwa Europy decyzje – o wypowiedzeniu porozumienia z Iranem czy wycofaniu wojsk z Syrii – bez konsultacji z sojusznikami, inny członek Paktu Północnoatlantyckiego, Turcja, angażuje się w konflikt zbrojny na Bliskim Wschodzie. A swoje działania koordynuje z Rosją, a nie z Brukselą.

Być może stan ten nie równa się jeszcze „śmierci mózgowej” NATO, ale z całą pewnością poważnej chorobie politycznej, której symptomy są niepokojące. Bo jak długo wierzyć można w trwałość wzajemnych gwarancji, jeśli to sami członkowie NATO podejmują działania prowokujące zagrożenia, przed którymi następnie Sojusz miałby się wspólnie bronić?

Parasol amerykański rozpostarty nad Europą nie musi się zamknąć, ale z pewnością będzie się kurczył. Egzystencjalnemu zagrożeniu ze strony Rosji nie da się stawić czoła bez Amerykanów, zaś zastąpienie ich w Europie wymagałoby – według badaczy z londyńskiego Chatham House – kosmicznych nakładów w wysokości 350 mld dolarów i zabrało nawet dwie dekady.

W sferze obrony kolektywnej pozostaje więc modlić się za obecność Amerykanów i liczyć na to, że ich reorientacja następować będzie powoli i ostrożnie. Ale ani nasze ostatnie sukcesy w sprowadzeniu dodatkowego tysiąca amerykańskich żołnierzy, ani umizgi do Trumpa, ani tym bardziej zaklęcia nie zapobiegną temu, że polityczne zaangażowanie USA w Europie będzie raczej malało niż rosło. A wraz z tym zwiększać się będzie niepewność co do trwałości ich sojuszniczych zobowiązań.

** Ciąg dalszy tekstu poniżej.

Podcast Krytyczny

Z Piotrem Burasem rozmawiają Mateusz Luft i Adam Ostolski.

W jeszcze większych stopniu dotyczy to sąsiedztwa Europy: na Bliskim Wschodzie, w Sahelu czy Afryce Północnej Europejczycy coraz częściej radzić sobie będą musieli sami, także pod względem wojskowym. Czym grozi destabilizacja w tych obszarach przekonaliśmy się po krachu Arabskiej Wiosny, przy okazji fali migracji oraz rozkwitu terroryzmu. Macron twierdzi, że Europa musi mieć zdolność do działania w takich sytuacjach autonomicznie, bez oglądania się na USA. Stąd jego pomysł tzw. Europejskiej Inicjatywy Interwencyjnej, której zdaniem ma być ścisła koordynacja strategiczna i wojskowa między uczestniczącymi w niej krajami – pozwoliłaby ona na wspólne użycie siły w razie konieczności. To nie żadna mityczna „armia europejska”, lecz po prostu struktura współpracy armii narodowych, poza instytucjami Unii Europejskiej.

Wreszcie Rosja. Awanse Macrona, który chciałby rozmawiać z Putinem o nowej architekturze bezpieczeństwa są ryzykowne i słusznie zostały odrzucone przez Berlin i Warszawę. Ale, jak twierdzi np. estońska ekspertka ECFR Kadri Liik, Unia Europejska potrzebuje nowej polityki wobec Rosji, która wykraczałaby poza dychotomię powrotu do business as usual i zamrożenia z nią relacji. Po prostu żadna z tych opcji nie jest już dzisiaj możliwa. Nie ma powrotu do dawnego modelu relacji z Moskwą, które oparte było na przekonaniu, że odległym, ale jednak wspólnym celem jest współpraca na łączącym obie strony fundamencie wartości i zachodniego modelu cywilizacyjnego. Dzisiaj nawet w Paryżu nie ma żadnych wątpliwości, że Rosja obrała inna drogę.

Kreml może teraz legalnie rozmieszczać rakiety, które sięgają każdego celu w Europie

Moskwa nie chce już być równoprawnym członkiem świata zachodniego (i płacić za to pewną cenę), lecz układać swoje relacje z Zachodem na własnych warunkach. Nawet więc gdyby Putin zdecydował się wycofać z Donbasu, to nie ma powrotu do tego, co było w przeszłości. Ale czy w tej sytuacji Europa może pozwolić sobie na faktyczny brak polityki wobec Rosji lub ograniczenie jej do sankcji nałożonych za aneksję Krymu i agresję na Ukrainę?

W ostatnich kilku latach wydarzyło się bardzo wiele: Rosja silnie przesunęła się w orbitę wpływów Chin, powróciła jako kluczowy aktor na Bliski Wschód (przy bierności Unii i za sprawą wycofania się USA z Syrii), zbliżyła się z Turcją i na szeroką skalę ingerowała w życie polityczne krajów Zachodu. Relacje z Rosją będą więc nadal musiały stanowić mieszankę dialogu i odstraszania, współpracy i konfrontacji. Ale te puzzle ułożone zostać muszą na nowo, zaś Unia – coraz bardziej zdana na siebie – musi wiedzieć, jakie miejsce Rosja zajmować będzie w jej  wizji porządku międzynarodowego.

Największym dziś problemem Europy nie jest zatem Macron z jego niewyparzonym językiem i gaullistowskim podejściem do polityki. Jest nim fakt, że nikt poza prezydentem Francji nie zadaje na serio pytania, w jaki sposób Unia jako całość reagować powinna na kryzys NATO, na tektoniczne zmiany w otoczeniu geopolitycznym Europy i strategiczną reorientację Stanów Zjednoczonych.

Chiny i Rosja: najlepsi z najgorszych przyjaciół

Niemcy pogrążone są w marazmie schyłku ery Merkel i niezdolne do aktywnego działania. Charakterystyczne, że trzeba było prowokacji Macrona, by niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas podjął inicjatywę powołania panelu ekspertów celu przygotowania reformy funkcjonowania NATO (np. poprzez wprowadzenie częstszych konsultacji politycznych). Z Unii formalnie wypisuje się Londyn, nie mając głowy już do niczego poza Brexitem, a mentalnie także Warszawa, stawiając w wymiarze bezpieczeństwa wyłącznie na układ bilateralny z USA i pogrążając się w konflikcie z UE o rządy prawa.

Ostatnie wyczyny Macrona postrzegać można jako wyraz frustracji tą biernością kluczowych partnerów. Jego interwencje są też głęboko zakorzenione we francuskim sposobie widzenia problemów bezpieczeństwa, w którym np. zagrożenie ze strony Rosji odgrywa poślednią rolę, a stosunek do NATO jest ambiwalentny.

Ale naszą odpowiedzią nie może być udawanie Greka. Unia Europejska musi poważnie myśleć o swojej autonomii strategicznej, czyli zdolności do działania w sytuacjach, gdy ani NATO, ani USA nie będą służyły jej wsparciem. Będzie ona możliwa tylko wtedy, jeśli kraje UE uzgodnią zakres wspólnych ambicji w tym obszarze i w skoordynowany sposób budować będą zdolności wojskowe. Dzisiaj bardzo nam do tego daleko, mimo pewnego postępu w ostatnich latach.

Lampki alarmowe powinny się już palić na czerwono. Ten proces nie musi i nie może stać w sprzeczności z sojuszem z USA, ale powinien go uzupełniać. I właśnie dlatego Niemcy i Polska muszą go w aktywny sposób współkształtować, także jako przeciwwaga dla perspektywy Paryża. Chowanie przez nie głowy w piasek jest dla bezpieczeństwa Europy nie mniej szkodliwe niż chaotyczne działania francuskiego prezydenta.

**
Piotr Buras jest ekspertem ds. polityki niemieckiej i europejskiej, dyrektorem warszawskiego biura think tanku European Council on Foreign Relations.

Podcast Krytyczny

Rozmawiają Radosław Korzycki z Dziennika Gazety Prawnej, Adam Ostolski i Mateusz Luft.

***

Materiał powstał w ramach projektu Gra o Europę, gra w Europie finansowanego ze środków Fundacji im. Róży Luxemburg.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.