Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Kraj

„Czy lewica złupi bogatych”, czyli lata 90. w natarciu

Warunek poparcia przez Lewicę propozycji PiS może załatwić trzy sprawy naraz: otworzyć debatę o solidarności w systemie emerytalnym, narobić Kaczyńskiemu kłopotów i pokazać, że w Sejmie jest trzecia siła, zdolna robić politykę na swoich warunkach. Oczywiście, jeśli ze swoją opowieścią przebije się przez ścianę mentalności późnych lat 90.


Lewica w Sejmie przeżywa właśnie pierwsze poważne oblężenie ideologiczne. Słyszy od opozycji, że będzie „nic niewarta”, gdy poprze PiS w sprawie zniesienia limitu trzydziestokrotności składek na ZUS (to według posłanki Kidawy-Błońskiej na antenie TVN). A zaproponowawszy limit wypłaty najwyższych emerytur w przyszłości, dowiaduje się, że ma w genach, niczym „pies myśliwski, nawet chowany w warunkach cieplarnianych”, instynkt „nienawiści do bogatych” (to już redaktor Witold Gadomski, wolnorynkowa nemezis na łamach „Gazety Wyborczej”). W tym układzie PiS jest, jak to PiS, zły (bo łupi klasę średnią, by finansować socjal), ale już Lewica to po prostu bolszewia (bo chce łupić podwójnie – teraz i w momencie wypłaty emerytur).

A o co Lewicy chodzi naprawdę? Bo jak dla mnie – o odpowiedzialność za państwo. I o solidarność społeczną. I jeszcze przy okazji o narobienie PiS-owi kłopotów.

Rezygnacja z podwyższenia składek ZUS dla najbogatszych? Słuszna, ale…

Sama propozycja PiS-u jest szkodliwa, bo zwiększone dziś wpływy ze składek (osoby zarabiające więcej niż 2,5 średniej krajowej miesięcznie zapłaciłyby więcej) oznaczają zobowiązanie państwa do wypłaty wyższych emerytur w przyszłości. Reforma pozwala więc kupić trochę czasu i luzu w budżecie na najbliższe lata w zamian za obciążenie ZUS-u (a więc i budżetu) dodatkowym ciężarem, gdy emerytów będzie dużo więcej, pracowników mniej, a koszty systemu i tak horrendalne. I kiedy rządził będzie jakiś inny rząd.

Reformą PiS-u kieruje logika doraźnych korzyści w zamian za niebezpieczeństwo długofalowe. Fakt, że propozycja obciąża zamożniejszych Polaków (choć przecież nie milionerów) i pozwoli pokryć między 1/8 a 1/6 rocznych wydatków na Rodzinę 500+, nie czyni z tego polityki sprawiedliwej ani słusznej. Nie mówiąc już o tym, że dodatkowe wpływy raczej nie sfinansowałyby wydatków naprawdę dziś niezbędnych, jak podwyżki płac dla nauczycieli, pielęgniarek czy lekarzy rezydentów, względnie luki między rosnącymi wydatkami a dochodami samorządów.

Lewica proponuje na to nałożenie górnego limitu na wypłaty emerytur, niezależnie od wysokości zgromadzonego kapitału. To nie korekta, lecz zmiana logiki całej reformy. Na lepsze, bo zamiast przesuwania kosztów w czasie otrzymalibyśmy progresję wpływów do budżetu. PiS mówi: „Dziś państwo otrzyma więcej, żeby potem jeszcze (dużo) więcej wypłacić”, a Lewica na to: „Niech zamożniejsi dołożą więcej do budżetu na dziś i emerytur uboższych na jutro”.

Czy warto? Ja akurat uważam, że progresji lepiej poszukać w podatku majątkowym i zwalczaniu optymalizacji podatkowej przez korporacje, no i w ogóle w daninach publicznych, a nie składkach emerytalnych. Ale jeśli ktoś wierzy, że system indywidualistyczny („ile uskładasz, tyle dostaniesz”) wystarczy, by zapobiec powstaniu armii seniorów (a raczej seniorek) nędzarzy, to jest fantastą. Propozycja Lewicy może zapoczątkować dyskusję o polskim systemie emerytalnym, który w dzisiejszej formie zmierza raźno ku katastrofie – rosnących wydatków państwa i rosnącej nędzy (naraz).

Za to opowieści wszystkich Gadomskich tego świata, że obecny system po prostu wynagradza pracujących dłużej i ciężej, można między bajki włożyć. Niskie kapitały na kontach indywidualnych to nie pochodna ludzkiego nieróbstwa, tylko patologii rynku pracy w rodzaju umów śmieciowych, narastającego zjawiska „gospodarki fuch” (gig economy, dla niepoznaki zwanej „platformową”), dekad niskich płac, a także – co szczególnie dotyka kobiet – marnej infrastruktury opiekuńczej i żałosnego poziomu wsparcia opieki osób zależnych.

Do wyliczanki mogę jeszcze dodać zbyt niski wiek przechodzenia na emeryturę – tyle że jego podwyższenie możliwe będzie tylko przy dużo lepszym stanie ochrony zdrowia (na którą składki, o czym pisała u nas dr Janina Petelczyc, spadną przy zniesieniu limitu trzydziestokrotności).

Zniesienie trzydziestokrotności, czyli jak nie robić polityki

Przeciwnicy proponowanej reformy (w każdej postaci) mówią o „umowie społecznej”, którą PiS do spółki z Lewicą chcą złamać. Tyle że rząd AWS–UW w 1998 roku umówił się z Polakami na emerytury dziarskich seniorów pod palmami i w toyotach, a nie głodową jesień życia. A wycofanie części środków z OFE przez ministra Rostowskiego nie zaszkodziło emerytom, za to uratowało budżet państwa.

Choć Polacy państwu nie ufają i nie wierzą w publicznie finansowane emerytury, to i tak z dwojga złego wolą ZUS od rozwiązań kapitałowych, które im narzucono 20 lat temu. A bez kolejnego „złamania umowy” z 1999 roku (czyli bez jakiegoś paktu solidarnościowego między pokoleniami oraz uboższymi i zamożniejszymi) nie da się w Polsce utrzymać cywilizowanych standardów życia za lat dziesięć czy dwadzieścia.

Opowieści wszystkich Gadomskich tego świata można między bajki włożyć.

A rzekomy sojusz Lewicy z PiS-em? Osobiście jestem przekonany, że rząd Mateusza Morawieckiego za te kilka miliardów rocznie nie pójdzie na wojnę z całą klasą średnią i nie pozwoli na limit wypłat w przyszłości. W tej sytuacji lewicowi posłowie zachowują czyste sumienie – bo nie poprą szkodliwej dla państwa ustawy i zrobią to w imię społecznej solidarności między zamożniejszymi i uboższymi.

Za to PiS będzie miał problem. Bo do przepchnięcia ustawy o zniesieniu limitu trzydziestokrotności potrzeba posłów Jarosława Gowina. To nie jest jakaś tam konstytucja, KRS czy Sąd Najwyższy, żeby móc sobie zagłosować i się nie cieszyć. Jeśli w sprawie tożsamościowej dla jego frakcji – obronie interesów biznesu i aspiracji klasy średniej – wicepremier się ugnie i zagłosuje za, będzie politycznym trupem. Tym bardziej gdyby to wszystko okazało się ustawką, by pan prezydent Duda mógł wjechać na białym koniu i wetem uratować budżety domowe klasy wiodącej polskiego kapitalizmu. A jak się z kolei Gowin nie ugnie i ustawa padnie (bo bez solidarnościowej korekty nie poprze jej Lewica), to będziemy mieli niezły ferment w obozie władzy.

10 nowych powodów, dlaczego PiS przybliża nas do śmierci

Warunek poparcia przez Lewicę propozycji PiS może załatwić trzy sprawy naraz: otworzyć debatę o solidarności w systemie emerytalnym, narobić Kaczyńskiemu kłopotów i pokazać, że w Sejmie jest trzecia siła, zdolna robić politykę na swoich warunkach. Oczywiście, jeśli ze swoją opowieścią przebije się przez ścianę mentalności późnych lat 90.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.