Gospodarka

Możemy zapierdalać 16 godzin dziennie, ale do wygrania jest co najwyżej nagroda pocieszenia

Pisząc o swoim awansie społecznym i chwaląc zalety 16 godzin pracy dziennie, Marcin Matczak nakręca walkę klasy średniej z klasą średnią. Gubi przy tym realną perspektywę na to, jak wyglądają współczesne rozwinięte społeczeństwa oraz nasze (i jego) miejsce w hierarchii kapitalistycznego świata.

Twitterowa awantura o 16-godzinny dzień pracy, która rozpoczęła się od wpisu Marcina Matczaka, nabrała nowego impetu po opublikowaniu przez „Wyborczą” tekstu Programem politycznym lewicy jest promocja przeciętności jako planu na życie.

Najłatwiej byłoby całą tę sytuację zignorować i określić mianem internetowej inby – Twitter to przestrzeń codziennej „walki na cięte riposty”. Można by też podążyć śladami licznych już komentatorów, którzy tacie Maty zwrócili uwagę na kontrfaktyczne założenia, wewnętrzną niespójność czy wskazali potencjalne zagrożenia takiego podejścia do pracy, a przede wszystkim do naszego czasu, co zrobił m.in. Bartosz Migas.

Powiedzcie Matczakowi, że czas to skarb cenniejszy niż pieniądze

Za pewną ironię losu możemy uznać to, że przed zbytnim oddaniem się pracy i karierze „przestrzegał” przed miesiącami… raper Mata. W Patointeligencji, pierwszym hicie tego twórcy, znajdziemy wersy, które mówią o niezaspokojonych potrzebach emocjonalnych młodzieży. Potrzebach, których nie da się załatwić osiągniętym przez rodziców statusem materialnym. Być może tata Maty dobrze wychował wrażliwego rapera, a być może to ślad pokoleniowych doświadczeń – młody Matczak to nie jedyny współczesny twórca, który opisuje takie zależności (patrz Pezet, Gorzka woda).

Bezsensowny zapierdol

Zostawmy jednak na boku te kąśliwe uwagi i zajmijmy się tym, co w całej aferze o 16-godzinny dzień pracy umknęło, a co chyba jest w tym wszystkim najważniejsze. Sprawy są tu dwie – zacznijmy od „bezsensownego zapierdolu”. Określeniem tym posługują się dziś liczni komentatorzy, jego pierwszym popularyzatorem był Jarosław Górski, którego tekst przypomniał niedawno noizz.pl.

Zapierdol służy zarówno dyscyplinowaniu, jak i budowaniu statusu społecznego. Moglibyśmy podejść do tego z dystansem, piewców bezsensownego zapierdolu traktując jak dinozaury wczesnego polskiego kapitalizmu. Można spojrzeć na taki sposób budowania swojej pozycji społecznej z dystansem, a nawet kpiąco – parafrazując słowa znanego krakowskiego poety, „zażartować sobie, że są to dla nich namiastki penisów”. Jednak tak samo jak w Pogo Świetlickiego – „chodzi o coś groźniejszego”.

Groźne są mity, którymi karmimy siebie i innych. Mity, które pocieszają nas, bo chronią przed spojrzeniem na to, jak w rzeczywistości wygląda struktura i hierarchia w miejscu, w którym żyjemy. Pocieszają, bo pozwalają nie myśleć o tym, jakie miejsce zajmujemy i możemy zajmować.

Na którym szczeblu tej drabiny ty stoisz?

Myśląc o mobilności społecznej, rzadko kiedy zadajemy sobie pytanie o nasze miejsce w zhierarchizowanym społeczeństwie, a jeszcze rzadziej odpowiadamy na to pytanie w uczciwy sposób. Karmimy samych siebie i innych indywidualnymi mitologiami naszego awansu, lubimy też podkreślać nasze zasługi, spryt czy inne walory. Zwracając uwagę na pozytywy odczuwanej zmiany, zapominamy o tym, gdzie tak naprawdę jesteśmy.

W zasadzie to prawie wszyscy jesteśmy w… kropce.

Sadura: Polacy dzielą się na klasy, ale to nie klasy dzielą Polaków

Nawet zamożnym przedstawicielom klasy średniej daleko jest do miliarderów, a znacznie bliżej do osób w kryzysie bezdomności. Nie mam tu na myśli tych, których od poważnych kłopotów dzielą trzy niespłacone raty kredytu (a to i tak bogatsza połowa Polek i Polaków!). Osoby o naprawdę stabilnej sytuacji finansowej, prawdziwą klasę średnią wyższą, od tych jednostek, które w ramach logiki panującego systemu osiągnęły sukces, dzieli ogromna, ziejąca przepaść.

Przyjmijmy na moment, że historia o 16 godzinach pracy dziennie jest prawdziwa (z różnych przyczyn obawiam się, że nie). Zostawmy też na boku to, czy awans społeczny był w latach 90. i pierwszej dekadzie XXI wieku łatwiejszy niż teraz (wiemy, że nie jest). Nawet przy tak karkołomnych założeniach ten pokrzepiający nasze serca, neoliberalny mit Matczaka self-made mana jest w rzeczywistości bardzo smutną historią o szklanym suficie.

Kto w Polsce jest klasą średnią? Wyjaśniamy

Mordercza harówka 80-godzinnego tygodnia pracy (a może Marcin Matczak miał na myśli 16 razy 7, a zatem 112 godzin pracy tygodniowo?) i tak skutkuje odbiciem się od nieprzekraczalnej granicy. Możemy na ołtarzu naszej kariery oddać cały swój czas i wszystko, co dla nas ważne, poświęcić nasze zainteresowania, relacje z przyjaciółmi i rodziną. I co z tego? To nie ma większego znaczenia. Prawdziwe nagrody wygrywać w tej grze będą ludzie o majątku, wpływach i statusie nieosiągalnym, a dla wielu osób nawet trudnym do wyobrażenia.

Nie jest moją rolą radzić wam, co macie robić. Osobistej rozwadze czytelników pozostawiam to, na jaki poziom poświeceń są gotowi w swoim życiu i jakie życie-praca jest ich celem. Komentatorów naszego społeczeństwa prosiłbym jednak, by nie powielali szkodliwych poznawczo mitów na temat naszego życia zbiorowego.

Odważ się być średnim!

Jeżeli kapitalizm to gra, to zwycięzcą nie jest ten, kto pracuje 16 godzin, i to niezależnie od osiąganych rezultatów. Już sama nazwa tej gry zdradza, o co się toczy. Chodzi o kapitał, o zasoby, które w pewnych kontekstach zastępują aktywność zawodową. Realni zwycięzcy gry to ludzie, którzy nie budują swojej pozycji pracą. Ich pozycję tworzą inne zasoby albo pozycja ta w zasadzie buduje się sama (wystarczy nie przeszkadzać). Zasoby inne niż czas czy praca mogą z powodzeniem nie tylko dostarczać utrzymania, ale także decydować o wspinaniu się w górę społecznej drabiny. Awans do klasy średniej (średniej wyższej też) to w tej grze nagroda pocieszenia.

Z pewnością są w Polsce osoby, których awans społeczny łączy się z ponadprzeciętnym czasem pracy (w odpowiednio dużym zbiorze reguła oznaczać będzie przecież, że istnieją wyjątki). Zakładając, że można pracować 16 godzin dziennie bez poważnych konsekwencji dla zdrowia (fizycznego i psychicznego), wciąż będą to historie obnażające bariery, jakie istnieją w naszym społeczeństwie.

Indywidualne narracje i zbiorowe mitologie awansu do klasy średniej są milczącymi opowieściami o niedostępności klasy wyższej. Panika, z jaką niektórzy przedstawiciele klasy średniej opisują lewicowe postulaty polityczne, jest co najmniej zastanawiająca. Jedną z jej przyczyn może być głębokie niezrozumienie swojego miejsca na drabinie społecznej, niezrozumienie będące skutkiem powielanych narracji o pracy i awansie.

Na marginesie: panika ta jest szczególnie zastanawiająca w kraju, który lewicowe postulaty polityczne widzi tylko w programach albo „przez szybę” – w krajach Europy Zachodniej.

Kto tu jest pasażerem na gapę?

Na sam koniec – pisząc i myśląc o czasie pracy, warto pamiętać o tym, kogo (z zamierzoną przesadą!) można by określić mianem „pasażerów na gapę”. Warto w takiej sytuacji pochylić się nad przewrotnymi przywilejami, które często idą w parze z pracą w takim wymiarze czasu.

Przywileje te mogą mieć wielowymiarowy charakter. Pandemia pokazała nam, że tylko część społeczeństwa może chronić swoje życie i zdrowie dzięki pracy zdalnej. Ich aktywność zawodowa mogła być utrzymana dzięki rzeszy tych, którzy w tym czasie pracowali w ciągłym kontakcie z innymi ludźmi – w szpitalach, środkach komunikacji, w transporcie i produkcji. Przywilej ten jest przewrotny – bo przecież odbyło się to często kosztem zdrowia psychicznego. Nierzadko też największym beneficjentem tego procesu mogli być zmniejszający koszty swojej działalności pracodawcy, wykorzystujący prywatne przestrzenie swoich pracowników.

Opisane przez Davida Graebera prace bez sensu (bullshit jobs) to codzienny problem wielu z nas. Jedynie nieliczni mają możliwość rozwoju (intelektualnego, duchowego, osobistego) i realizacji swoich pasji w czasie pracy. Z perspektywy satysfakcji zawodowej łatwiej snuć rozważania o kilkunastu godzinach zawodowej aktywności dziennie.

Jednak największym przywilejem jest wykonywanie takiej pracy, która nie niesie ze sobą ryzyka i odpowiedzialności za ludzkie życie. Nasza – pasażerów na gapę – aktywność zawodowa jest możliwa dzięki temu, że ktoś inny wykonuje pracę, w której nie może lub nie powinien przebywać długich godzin. Ze względu na istotne dobro publiczne niektórym zawodom wprost zabroniliśmy tak długiej pracy, od wielu innych oczekujemy zaś pełnej koncentracji i skupienia, które nie są możliwe do pogodzenia z 16 czy 12 godzinami pracy.

Graeber: Praca bez sensu, praca bez wartości

czytaj także

Ryzyko, które towarzyszy pracy tych, od których zależy nasze życie i bezpieczeństwo, jest nieporównywalnie większe niż to, jakie niesie ze sobą zmęczenie felietonisty, komentatora wydarzeń publicznych czy pracownika uczelni. W takich zawodach zmęczenie 16 godzinami pracy skutkować może co najwyżej pochopną wypowiedzią, nieprzemyślanym artykułem czy nierozważnym tweetnięciem.

**
Marcin Wróbel – kulturoznawca i prawnik, w pracy socjolog i nauczyciel – kiedyś tylko akademicki, dziś także licealny. W Instytucie Socjologii UJ (współ)bada świadomość prawną społeczeństwa polskiego.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco