Felieton

Kandydaci na prezydenta traktują nas jak kretynów

Fot. EpiskopatNews/flickr.com

W tej kampanii słyszymy wiele obietnic. Dziennikarze i rządowi propagandyści zadają kandydatom dużo pytań. Nikt jednak nie zadaje pytania najważniejszego.


Kandydaci w tegorocznych wyborach prezydenckich mówią w tej kampanii wiele rzeczy. Czasem ważnych, czasem populistycznie żenujących. Dziennikarze oraz rządowi propagandyści zadają im wiele pytań. Często głupich, czasem bystrych. Nikt jednak nie zadaje pytania najważniejszego. Ani nikt na nie nie odpowiada. A jak się wydaje, to od tej właśnie kwestii zależą w zasadzie wszystkie pozostałe.

A pytanie to brzmi…

Poczekajcie.

Pamiętacie, jak za późnego Fukuyamy w liberalnej prasie zastanawiano się, jakież to jeszcze wyzwania stoją przed Polską? Jakie jeszcze cele można wypisywać na sztandarach, żeby pobudzać to napasione opisywanymi szeroko sukcesami cielsko narodu do dalszego truchtu? I czy w ogóle jest jeszcze dokąd biec w czasach końca historii? I czy warto mieć na sztandarach hasła w świecie końca narracji? Czym ta spełniona, demokratyczna, neoliberalna Polska ma żyć, jeśli już wszystko osiągnięte? Liberalna demokracja? Zakotwiczenie w zachodnich strukturach? Do czego dążyć? Mówiło się, jakoś bez specjalnego przekonania, że może takim naczelnym celem polskiego rządu mogłoby być dobicie przez Polaków do zachodniego poziomu życia. Ale przecież to miało przyjść wcześniej czy później samo. „Za 30 lat dogonimy Grecję, a za 50 Niemcy”, czy jakoś tak. Przyszłość miała być błyszcząca i dyskretnie zasnuta złotą chmurką.

Czego wciąż mi brak, przecież wszystko mam?

No więc hasło. Ale jakie? Czego wciąż mi brak, przecież wszystko mam? UE, NATO, status półperyferii? Powtarzamy, UE, NATO, status… co?

Półperyferii. Półperyferia, głupcze. Wyrwać się ze statusu peryferyjnego. Takie trzeba było wypisać na sztandarach hasło.

No właśnie. Odpowiedź przez cały czas, jak w dobrych thrillerach, była w zasięgu wzroku, była pod nosem, wszyscy na nią patrzyli, a nikt jej nie widział. Ta ślepota kosztowała liberałów utratę władzy.

A wystarczyło pomyśleć o najważniejszym dla Polski wyzwaniu. O strategii zlikwidowania ostatniej, a zarazem najtrudniejszej do przeskoczenia granicy oddzielającej Polskę od jej najwyższych aspiracji – stania się częścią europejskiego twardego rdzenia i uzyskania statusu państwa posiadającego faktyczną siłę na naszym kontynencie. Przypakować i nauczyć się sztuk walki, a nie tylko kozaczyć jak frajer i obskakiwać co chwila żenujący oklep. I piszczeć, że „Niemcy mnie biją”, albo skamleć #respetus. Nabrać rzeczywistej siły: nie wykrzyczanej, nie wypodlizywanej, tylko takiej, która rzeczywiście wynikałaby z naszego potencjału cywilizacyjnego i wkładu w europejską (więc i światową) gospodarkę. Potencjału innego niż relatywnie tania siła robocza i relatywnie chłonny rynek zbytu jak na tak dogodne położenie geograficzne, jakie mamy. To właściwie nasza główna karta przetargowa.

Klasyczny konserwatyzm peryferii

Wygląda to tak, że się cieszymy, że trafiliśmy się Zachodowi trochę jak tania kamienica zamieszkana przez niebogatych lokatorów w sąsiedztwie całkiem dobrej dzielnicy: nie trzeba za daleko chodzić, żeby zlecać biedakom nieskomplikowane prace fizyczne, sprzedawać im przesłodzone, tanie napoje i wynajmować za grosze powierzchnię pod biura i wytwórnie. A zarząd kamienicy się z tego cieszy i naiwnie czeka, aż dzięki temu zlecaniu, sprzedawaniu i wynajmowaniu, dzięki teorii skapywania bogactwa stanie się tak samo bogaty jak zlecający, sprzedający i wynajmujący. I nie myśli o tym, że jeśli biedni lokatorzy się wzbogacą i będą chcieli podniesienia pensji, to sąsiedzi z dobrej dzielnicy przeniosą się po prostu dalej, na przedmieścia – będą musieli dojeżdżać, żeby kontrolować nowych pracowników, ale pracownicy ci będą jednak tańsi. I zarząd kamienicy, co najgorsze, niewiele robi w tym celu, żeby wesprzeć lokatorów próbujących się dokształcać, żeby wyższej jakości pracą uzasadniać żądanie podwyżki, ale przede wszystkim tych pracujących gdzieś w piwnicy wynalazców i biznesmenów, którzy próbują wymyślić jakieś nowatorskie technologie, które można by potem u tych bogatych sprzedawać, produkować. A potem samemu zlecać, sprzedawać i wynajmować. Czasem zarząd sypnie, co prawda, groszem, ale co chwila wyłącza im światło i ogrzewanie za niepłacone rachunki. Czeka więc, ignorując pułapkę średniego rozwoju, z której wyrwać się bardzo trudno. Bo póki co udało się to – jeśli chodzi o duże gospodarki – tylko wschodnioazjatyckim tygrysom i Hiszpanii.

No więc jasne: wojna kulturowa i poruszanie tematów związanych z obyczajowością są niezmiernie ważne, ale przecież nasz konserwatyzm to klasyczny konserwatyzm peryferii. To konserwatyzm charakteryzujący społeczeństwa tradycjonalistyczne, niestawiające czoła światowym wyzwaniom, konserwatyzm ludzi ciężko pracujących i zmagających się z biedą, niemających czasu ani – w zmęczeniu, depresji i zahukaniu – nastroju na zastanawianie się nad prawami mniejszości czy systemem checks and balances. Co więcej, konserwatywni tradycjonaliści patrzą na nie jak na fanaberie, którymi zawracają im głowy pięknoduchowi „lewaccy” jajogłowi.

To fanboje mogą przegrać wybory swoim kandydatom

Przecież to z tego powodu Białoruś, a za nią Rosja i inne kraje dały się poprowadzić w autorytaryzm ludziom, którzy mieli dość „pseudouniwersalnych wartości Zachodu” i stworzyli zamiast nich bardzo, z kolei, uniwersalne kleptokracyjne zamordyzmy, które wszędzie na świecie wyglądają tak samo. Ich wewnętrzna struktura jest w gruncie rzeczy prosta jak konstrukcja cepa i przypomina struktury panujące w mafiach, z capo, zależnymi od niego mafiozami pełniącymi funkcje administracyjno-biznesowe oraz prywatnymi żołnierzami strzegącymi ich interesów. I pozbawiony obywatelskiej kontroli PiS też się taki stanie, już się zresztą staje. Tak samo, jak już dawno temu taki stał się Fidesz.

W stronę populizmu

Kraje Europy Wschodniej, którym udało się wyrwać z biedy wynikającej z przedłużającej się transformacji, jak np. Polska, zwróciły się w stronę populizmu dopiero 20 lat później, w czasach gdy pojawiło się nowe pokolenie ludzi, którzy nie porównują swojego poziomu życia do tego z końcówki PRL-u. Widzą za to społeczne nierówności dzikiego, było nie było, kapitalizmu. A i w tych krajach nacisk na obronę tak „abstrakcyjnych” spraw jak praworządność czy właśnie prawa mniejszości jest przecież gigantyczny, o wiele większy niż w Rosji czy Białorusi. Można jednak powiedzieć, że Polska, liberalizując swoje społeczeństwo i system polityczny, zrobiła to niejako na wyrost, próbując dostosować się do wymogów UE. Gdy jednak do Unii weszliśmy i nie trzeba było już niczego nikomu udowadniać, sytuacja się „urealniła”. W gruncie rzeczy więc, tylko wychodząc z pułapki średniego rozwoju, mamy szansę na trwałe – albo choć trwalsze – zachowanie tych wysokich wartości, na jakich nam zależy, i uniknięcie ponownego wpadnięcia w populistyczno-konserwatywny obskurantyzm.

Co nam, PiS-ie, dasz? Oprócz wozów strażackich?

Kiedyś w zabawny sposób portal wPolityce zastanawiał się, dlaczego „Warszawa jest lewacka”. Redaktorzy nie byli w stanie intelektualnie poradzić sobie z tym potwornym wyzwaniem (przecież Niezwyciężone Miasto Powstania!). W zabawnej desperacji portal sięgać zaczął po jakieś idiotyzmy w stylu „w Warszawie po wojnie osiedliło się więcej komunistycznych zdrajców niż gdzie indziej”, czy jakoś tak, zupełnie ignorując – w swoim niepowtarzalnym stylu – fakt, że tak właśnie wyglądają metropolie globalizującego się świata. Bo jeśli jakaś część Polski zbliża się do centrum, to jest to właśnie Warszawa. W mniejszym stopniu, ale jednak też, inne duże miasta i rozwijające się gospodarczo regiony.

Wyciągnąć Polskę z peryferyjnego błotka

W zasadzie więc to Platformie Obywatelskiej, pozycjonującej się jako siła światła i postępu, powinno zależeć na wyciąganiu Polski z peryferyjnego błotka. Ale, paradoksalnie, bardziej rozumie to jednak PiS. Paradoksalnie, bo przecież postęp i rozwój gospodarczy nie są dobrym gruntem dla partii, która posługuje się tak prostackim populizmem i tępym konserwatyzmem jak Prawo i Sprawiedliwość – przecież wyrywający się z pauperyzacji ludzie są o wiele bardziej wymagający wobec „swoich” polityków i jakości oraz wyrafinowania instrumentów, których ci używają. Nie jest przecież tak, że „PiS to prawdziwe wartości patriotyczne”, a „opozycja to szkalowanie Polski”. PiS to po prostu powrót do o wiele bardziej prostackiego podejścia do kwestii patriotyzmu. Nawet jeśli podejście liberałów i lewicy bywa czasem, z kolei, przekombinowane.

PiS, w każdym razie, wydaje się zdawać sobie sprawę z problemu. W państwowym podejściu do wspierania innowacyjności coś drgnęło, rząd chyba rozumie, że szukanie odpowiedniej strategii to zadanie państwa wykraczające poza zwykłe administrowanie. Jarosław Kaczyński, nie bardzo chyba rozumiejąc, o czym mówi, co jakiś czas przywołuje całkowicie nietrafiony przykład Bawarii, jako kraju wysoko rozwiniętego, bogatego i tradycyjnego. Cii, niech dalej tak myśli, niech nikt mu nie mówi, że Bawaria, pomijając fakt szerszego kontekstu, w którym funkcjonuje, to kraj praworządny i tolerancyjny, w którym za zamachy na prawo, uszambowienie mediów publicznych i mowę nienawiści idzie się do więzienia, a nie zdobywa punkty w sondażach. Niech nikt Kaczyńskiemu o tym nie mówi, bo jednak PiS coś tam kojarzy.

Mateusz Morawiecki na przykład miał kiedyś dobry pomysł podboju rynków przez polskie samochody elektryczne. Morawiecki dobrze kombinował, szukając niezagospodarowanej, a raczej pewnej w przyszłości niszy, którą będzie można wykorzystać do budowy polskich marek w wysokiej technologii, a tylko takie mają szansę konkurować z produktami krajów wysoko rozwiniętych. Rzecz w tym jednak, że sprawa z elektrycznymi samochodami jakoś się rozmyła. Wielki projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego przypomina budowę egipskich piramid, i to nie rozmachem, ale sensem. Demolowanie praworządności w Polsce raczej nie zachęci biznesu do funkcjonowania w kraju, w którym sprawę w sądzie wygra zawsze ten, kto jest bliżej władzy.

W każdym razie, jeśli chodzi o innowacyjność, to w statystykach światowych agencji Polska, jak włóczyła się w ogonie Europy, tak się włóczy. Unijna średnia w przełożeniu nakładów na finansowanie nauki na osobę jest pięć razy wyższa niż w Polsce. Krajów takich jak Austria czy Dania nie ma co nawet wspominać, bo tam jest wyższa 10 razy. Procent PKB przekazywany na sektor badawczo-rozwojowy jest w Polsce circa dwa razy niższy niż w UE. A przecież, jeśli chcemy się ścigać z tymi z przodu peletonu, to raczej powinniśmy pedałować szybciej niż oni, nie wolniej.

Wyrwać się z półperyferii

Generalnie więc fakt, że zdecydowanie kluczowy problem, przed którym stoi Polska, jest w debacie i kampanii najweselej i najbardziej beztrosko w świecie pomijany, świadczy o jakości debaty w państwie propagandy PiS z jednej strony, a tyranii popowej oglądalności ze strony drugiej, tej liberalnej. Lepiej niż o rzeczy naprawdę ważne pytać kandydatów o pierwszą komunię i huczeć o ludziach, którzy nie są ludźmi. A przecież inaczej, niż opracowując i realizując strategie wyrwania się z półperyferii, nie da się zabezpieczyć ani humanitarnych zdobyczy liberalnej demokracji, ani pozycji silnego państwa, które stać na asertywność międzynarodową (mądrą, nie głupią) i solidarną politykę społeczną.

No ale cóż, gdybym chciał się łudzić, że żyję w państwie, które traktuje swoich obywateli serio, a nie jak ciemny lud, to musiałbym przez ostatnie lata codziennie zapijać MDMA czy inne euforyki dużą ilością wódki. I może przynajmniej w dziedzinie chemii dokonałbym jakiegoś innowacyjnego odkrycia. Zresztą – kto wie, być może nieprzypadkowo za najwyższej jakości polski produkt uchodzi amfetamina. A polska wódka, wiadomo, wszędzie na świecie na najwyższych półkach stoi.

Może tędy, faktycznie, droga.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Ziemowit Szczerek

| Dziennikarz i prozaik
Dziennikarz i prozaik, autor książek „Siódemka”, „Przyjdzie Mordor i nas zje, czyli tajna historia Słowian”, „Rzeczpospolita Zwycięska”, „Tatuaż z tryzubem”, „Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową” oraz współautor zbioru opowiadań „Paczka radomskich”. Laureat Paszportu „Polityki”. Pisze dla „Polityki”, „Nowej Europy Wschodniej” i „Tygodnika Powszechnego”.