Świat

Zmiana? Takiej opcji nie było na karcie do głosowania

Wyborcy w całej Ameryce mówili nam, że pragną pokoju i stabilizacji, a także zdecydowanej poprawy w kwestiach zatrudnienia, pandemii i gospodarki. Niestety żadnej z tych rzeczy raczej się nie doczekają w najbliższym czasie.

– Kiedy patrzę na tych ludzi, widzę nazistowskie Niemcy i tak zwanych użytecznych idiotów, którzy nie zadali sobie trudu, by dowiedzieć się prawdy. Robi mi się niedobrze na ich widok – Marsha komentuje długą kolejkę do głosowania w centrum Cincinnati w stanie Ohio, w poniedziałek 2 listopada, ostatni dzień wczesnego głosowania.

Duża frekwencja to zła wiadomość dla Marshy: znak, że jej miasto i stan zabarwią się na niebiesko. – Jeśli wygrają demokraci, ludzie stąd wyjadą i wcale się im nie dziwię. Likwidacja policji? Miasta azylowe? Ulice będą pełne agresywnych bandytów.

Jej obawy okazały się nieuzasadnione. Mimo optymistycznych nastrojów działaczy Partii Demokratycznej, z którymi udało nam się porozmawiać tego samego dnia, Ohio po raz kolejny zdecydowanie wskazało na Trumpa, a obecny reprezentant Cincinnati w Kongresie, republikanin Steve Chabot pokonał kandydatkę demokratów Kate Schroder.

Świat już nie zazdrości Ameryce, ale jej współczuje

Podobny schemat dało się zaobserwować w całych Stanach. Biden zostanie zaprzysiężony jako kolejny prezydent USA, ale wyniki wyborów i tak są druzgocące dla Partii Demokratycznej pod każdym innym względem.

Demokraci przeznaczyli ogromne środki finansowe na ważne starcia w wyścigu do Senatu: 108 milionów dolarów w Karolinie Południowej, 88 milionów w Kentucky, 69 milionów w Maine i 43 miliony w Montanie. Każdy z nich skończył się miażdżącą klęską. Kandydaci demokratów ponieśli porażkę nie tylko w walce o miejsca w Senacie, ale najpewniej stracą także do 10 miejsc w Izbie Reprezentantów.

– Powiem wam, co tak naprawdę wydarzyło się wczoraj: mam dla was garść pozytywnych wiadomości – tymi słowami Charlie Kirk, współzałożyciel prawicowej organizacji młodzieżowej Turning Point USA, zwrócił się do wyborców w Pensylwanii 4 listopada rano, kiedy głosy wciąż były liczone. – Gdybyście oglądali tylko media głównego nurtu, nie mielibyście o tym pojęcia, ale jest całe mnóstwo dobrych wiadomości. Udało nam się odeprzeć atak Chucka Schumera [lidera demokratycznej mniejszości w Senacie – red.], nie dał rady kupić władzy za miliardy dolarów. To wy tego dokonaliście, niech Bóg was błogosławi.

Nie można odmówić Kirkowi racji. Sporo punktów polityki wewnętrznej Bidena nie ma szans zaistnieć bez silnej większości w Kongresie. Wszystko, co zamierza zrealizować nowy prezydent – na przykład absolutnie niezbędny pakiet stymulacji gospodarki w dobie pandemii – zostanie zablokowane przez republikanów. Nawet jeśli zdoła przeforsować jakieś ustawy przez obstrukcyjny Senat, to i tak los wielu z nich jest przesądzony: skończą w rękach Sądu Najwyższego, kluczowej spuścizny Trumpa, w którym konserwatyści mają przewagę 6:3.

Dla reszty świata, oczywiście, minimalne zwycięstwo Bidena będzie o wiele bardziej znaczące w skutkach. Miliony kobiet ponownie uzyskają dostęp do finansowanych przez USA centrów planowania rodziny i innych usług medycznych. Religijni konserwatyści nadal będą usiłowali przepchnąć swoje ekstremistyczne programy za granicą, ale utracą dotychczasowy łatwy dostęp do Białego Domu. Zniesienie kontrowersyjnej „zasady globalnego knebla”, która wstrzymała wypłatę federalnych środków dla organizacji oferujących lub promujących usługi i prawa aborcyjne, będzie miało pozytywny wpływ na światowy program leczenia HIV i innych poważnych problemów zdrowotnych.

Jestem lekarką z RPA. Oto, jak Trump zamknął mi usta i zakazał mówienia o aborcji

USA ponownie przystąpi do paryskiego porozumienia klimatycznego. Prawicowi autokraci jak Bolsonaro czy Orbán stracą wpływowego sojusznika w ONZ. Wiernego sprzymierzeńca zabraknie też porywczemu premierowi Izraela Benjaminowi Netanjahu. I tak dalej.

Jednak Biden nie otrzymał wyraźnego mandatu do zmiany w USA. Co więcej, wygląda na to, że Trump przegra dosłownie o włos. Poparły go miliony więcej Amerykanów niż w 2016 roku, pomimo pandemii, która zebrała żniwo w postaci blisko ćwierć miliona ofiar śmiertelnych i największego kryzysu gospodarczego od czasu wielkiej depresji.

Jak do tego doszło?

No justice, no peace

Przez wiele tygodni podróżowaliśmy przez kluczowe „niezdecydowane” stany, tzw. swing states: Ohio, Pensylwanię i ostoję republikanów, Kentucky, rozmawiając po drodze z wyborcami. Kiedy rozmawiasz z kimś wystarczająco długo, z pewnością usłyszysz coś, czego się nie spodziewasz.

W zachodniej Pensylwanii, w której na masową skalę wydobywa się gaz łupkowy, spotkaliśmy młodego imigranta z Rumunii. Zagłosował na Trumpa, choć opowiada się za wprowadzeniem lockdownu na wzór Kanady, by zahamować rozprzestrzenianie się COVID-19.

Według czarnej zwolenniczki Bidena po sześćdziesiątce all lives matter, każde życie się liczy, ponieważ „krew każdego z nas ma ten sam kolor”.

Rasizm, postprawda i teorie spiskowe – tego chce prawie połowa Amerykanów

Spotkaliśmy też członkinię Partii Demokratycznej w jednym z kluczowych niezdecydowanych stanów, która zagłosowała na kandydatkę libertarian Jo Jorgensen, ponieważ jest feministką i chce zalegalizować marihuanę. Na granicy z New Jersey rozmawialiśmy z byłym więźniem, który oświadczył, że gdyby mógł głosować, poparłby Trumpa, chociaż sam popiera powszechne ubezpieczenie zdrowotne.

Jednak głównym tematem niezliczonej ilości rozmów był największy i najambitniejszy ruch na rzecz sprawiedliwości rasowej w USA od wielu dekad.

Ruch Black Lives Matter dał początek nowemu pokoleniu działaczy społecznych, aktywizując wyborców we wszystkich 50 stanach. W Louisville rozmawialiśmy z kobietami, które włączyły się do akcji w marcu, po tym jak Breonna Taylor została zastrzelona przez policję. Od tamtego czasu, a więc przez ponad 170 dni organizują protesty zgodnie z hasłem „love, passion and community” (miłość, zaangażowanie i społeczność).

Czarna kobieta, czyli miękki cel

czytaj także

Ale w części społeczeństwa ruch BLM napotkał opór.

– Nie popieram tego, co robi ruch Black Lives Matter. Rozboje i niszczenie mienia to nie protestowanie. To żaden ruch na rzecz czarnych. To ludzie, którzy wychodzą na ulicę, niszczą swoje lokalne społeczności, ranią i zabijają siebie nawzajem – powiedział Aaron Johnson, były policjant.

Tak jak wielu zwolenników Trumpa, z którymi rozmawialiśmy, Johnson twierdzi, że jest za równością rasową. Uważa jednak, że „systemowy rasizm” został sztucznie wykreowany przez media.

– Ludzie uczepili się pomysłu, że w USA mamy problem z rasizmem, i rozdmuchali go do ogromnych rozmiarów, robiąc z igły widły. Czy rasizm istnieje? Tak. Czy mamy do czynienia z systemowym rasizmem? Nie.

Niektórzy odrzucają cały ruch jako „radykalnie lewicowy”. Twierdzą, że Biden jest tylko „marionetką” bardziej radykalnej, ukrytej agendy.

Morderstwo George’a Floyda: Co łączy kradzież z protestem przeciwko rasizmowi? Więcej, niż sądzicie

Ironia całej sytuacji polega na tym, że Biden nie tylko nie jest marionetką ruchu Black Lives Matter, ale też nie ma poparcia wśród wielu jego aktywistów, do których udało nam się dotrzeć.

Startujący z ramienia demokratów Jecorey Arthur, najmłodszy w historii kandydat wybrany do rady miasta Louisville, odmówił głosowania na Bidena i przekazania mu publicznego poparcia (o powodach swojej decyzji opowiada w poniższym filmie).

Milly Martin, znajoma Breonny Taylor, wyznała bez ogródek: „Biden nie budzi mojego entuzjazmu”.

Wybory bez szans na zmianę

Duża grupa osób, z którymi rozmawialiśmy, głosowała przeciwko Donaldowi Trumpowi, choć wcale nie za Joe Bidenem. Potwierdzają to krajowe sondaże: zgodnie z raportem Fox News główną motywacją wielu wyborców Bidena było usunięcie Trumpa z Białego Domu, a nie chęć zobaczenia w nim Bidena.

Dodatkowo rozpoczęła się nagonka na stołeczny establishment, obejmująca wszystkie strony politycznej barykady.

– Nie cierpię Mitcha McConnella – tak o liderze republikańskiej większości w Senacie, który z łatwością zdobył mandat Kentucky na kolejną kadencję, wypowiedział się Craig, wyborca zarejestrowany na Florydzie. – Siedzi w polityce od tak dawna, że jest całkowicie zaślepiony i oderwany od rzeczywistości. To samo można powiedzieć o Nancy Pelosi [demokratyczna spikerka Izby Reprezentantów – red.]. Oboje to zawodowi politycy, którzy w każdej sytuacji myślą tylko o jednym: „Co jest najlepsze dla mojej partii?”. Za nic mają przepisy prawa i zasady moralności.

Trump: ostatnia krucjata w obronie apartheidu

– Według mnie Mitch McConnell reprezentuje dokładnie to samo co Amy McGrath [jego demokratyczna kontrkandydatka – red.] – powiedział nam Jecorey Arthur w Louisville. Chociaż Partia Demokratyczna wpompowała w jej kampanię 88 milionów dolarów, McGrath poniosła miażdżącą klęskę przy stosunku głosów 58-38%.

– Dobrze wiemy, na co stać Bidena. Obiecywał dużo rzeczy, ale jest w polityce od 43 lat i niczego jeszcze nie zrobił – to opinia Anthony’ego z zachodniej części Pensylwanii. Kiedyś popierał Obamę, dzisiaj głosuje na Trumpa.

Mimo znacznie większej frekwencji wyborczej niż poprzednio wielu głosujących nie było zadowolonych z dostępnych opcji albo zdecydowało się nie brać udziału w wyborach. Jak powiedział jeden ze stałych bywalców Snow Baru na obrzeżach miasteczka Columbus w Ohio: – Nie głosuję, ponieważ to mnie nie dotyczy.

Prawdziwa „milcząca większość”

Wielu głosujących na Trumpa wyrażało przekonanie, że są „milczącą większością” i że to Trump zostanie ogłoszony zwycięzcą w dniu wyborów.

Nie mieli racji. Milczącą większością, którą widzieliśmy w całym kraju, nie byli wyborcy tacy jak Marsha z Cincinnati, która wytykała ignorancję ludziom stojącym w długich kolejkach do głosowania, ale barmani, którzy z ciężkim sercem zamykali lokale o godzinie 20 w dniu głosowania, obawiając się zamieszek.

Była nią kobieta w Waszyngtonie w stanie Pensylwania, która powiedziała, że „nieważne, czy jesteś czarny, biały, zielony, czy różowy – wszyscy jesteśmy Amerykanami, jednym narodem przed Bogiem”. Opowiedziała się za Bidenem, ponieważ chciała, aby kolejny prezydent zjednoczył kraj i „przywrócił Ameryce wielkość”.

Dokądkolwiek się udaliśmy, wyborcy w Ameryce mówili nam, że pragną pokoju i stabilizacji, a także zdecydowanych działań w kwestii zatrudnienia, pandemii i gospodarki. Niestety, wyniki wskazują na to, że żadnej z tych rzeczy nie doczekają się w najbliższym czasie.

Nie ma amerykańskiego snu. Jest praca do upadłego

czytaj także

Większość obywateli świata odetchnie z ulgą, kiedy Donald Trump ustąpi z urzędu. Choć jak powiedział nam Craig z Florydy kilka tygodni temu, kiedy postanowił w tym roku nie głosować: – Nie wiem, kto wygra te wybory. Wiem tylko, że nie będą to Amerykanie.

 

**
Mary Fitzgerald
jest redaktorką naczelną magazynu openDemocracy.

Aaron White jest redaktorem magazynu ourEconomy i współzałożycielem magazynu The Junction. Na Twitterze: @aaronwolfwhite

Artykuł opublikowany w magazynie openDemocracy na licencji Creative Commons. Z angielskiego przełożyła Anna Opara.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij