Muzyka, Świat

Mamo, tato, a może sami byście wystąpili na golasa na okładce płyty Nirvany?

Czy jeśli ktoś latami chwalił się, że właśnie on był „Nirvana baby”, to można uwierzyć w jego nagłe poczucie krzywdy? Wcale nie tak trudno, a do procesów powinny szykować się inne dzieci, których rodzice bombardują swoje social media ich zdjęciami.

Elden zarzuca żyjącym muzykom Nirvany „czerpanie zysków z udziału w nadużyciu seksualnym dziecka” i żąda od każdego z nich po 150 tysięcy dolarów. Jego pozew odbił się szerokim echem w mediach, bo wcześniej mężczyzna brał udział w imprezach, na których podpisywał egzemplarze Nevermind, a na 25. rocznicę premiery albumu wskoczył do basenu − w spodniach − odtwarzając tamtą scenę, a fotografię opublikował. Jednym słowem, nie tylko nie robił wrażenia skrzywdzonego, ale wręcz wydawał się dumny, że w wieku czterech miesięcy zaistniał jako „Nirvana baby”. Można więc potraktować jego pozew jako „skok na kasę”.

Z drugiej strony, sprawa Eldena pokazuje nam, że czasy się zmieniły. Dziś zdjęcie gołego niemowlaka nie jest tak niewinne jak na początku lat 90., gdy nagość dzieci choćby na plaży była na porządku dziennym. Nie było internetu w domach, a wiedza o pedofilii była − w porównaniu z obecnymi czasami − znikoma.

Elden, dopatrując się w okładce Nevermind dziecięcej pornografii i nawiązania do sex workingu − przed twarzą niemowlaka dynda banknot na haczyku wędkarskim − spojrzał na zdjęcie z minionej epoki oczami współczesnego trzydziestolatka. Pytanie, czy tak samo sprawę potraktuje sąd. W latach 90. obraz interpretowano bowiem jako symbol konsumpcjonizmu i braku ideałów u młodych ludzi, i takie też znaczenie przypisywano sztandarowemu singlowi z tej płyty, Smells Like Teen Spirit. 

Illouz: Perfumy, konsumpcja, seksapil

czytaj także

Równie istotny wydaje się tu wątek finansowy. Za zdjęcie na okładkę Nevermind rodzice Eldena dostali tylko 250 dolarów, bo nigdy nie podpisano dokumentów, które pozwoliłyby im czerpać zyski ze sprzedaży płyty czy gadżetów ją promujących. Tymczasem album Nirvany rozszedł się w 30 milionach egzemplarzy. Do tego należy doliczyć kubki, koszulki i inne przedmioty ze zdjęciem pływającego w basenie oseska, które do dziś kupiło kilka pokoleń fanów zespołu.

Sprawa Spencera Eldena powinna być ostrzeżeniem dla wszystkich rodziców, którzy bez zastanowienia publikują fotografie swoich dzieci. I nie chodzi nawet o to, że progenitura w przyszłości poda ich do sądu i puści z torbami. Warto pomyśleć o psychologicznych czy prawnych kosztach oversharentingu, czyli rozpowszechniania gdzie popadnie wizerunków dzieci.

Zdjęcia z nocnikiem

Z badań wynika, że aż 42 proc. nastolatków z 25 krajów ma problem z tym, co ich rodzice publikują na ich temat w mediach społecznościowych. Aż 70 proc. młodych Brytyjczyków w wieku od 12 do 16 lat twierdzi, że opiekunowie nie szanują ich prywatności online. Głównymi ofiarami oversharentingu wydają się jednak niemowlęta i kilkulatki, które albo nie mogą zareagować na działania dorosłych, albo bezgranicznie wierzą w ich dobre zamiary.

Pierwsza głośna sprawa o oversharenting okazała się fake newsem. W 2016 roku 18-latka z austriackiej Karyntii miała pozwać swoich rodziców za publikację tysięcy jej zdjęć z dzieciństwa na Facebooku. Miały być wśród nich fotografie wykonane w czasie przewijania czy pierwszych prób korzystania z nocnika, które mogło widzieć nawet 700 znajomych ojca i matki kobiety. Choć ta historia jest zmyślona, była ważna, bo media z całego świata, opisując ją za austriacką gazetą „Die Ganze Woche”, przyjrzały się przy okazji lokalnym przepisom chroniącym prawa dzieci do własnego wizerunku. I okazało się, że w większości krajów rodziców pozwać nie można.

Rodzicielstwo na skróty, czyli po co komu aplikacje i gadżety do śledzenia dzieci

W praktyce to oni rozporządzają wizerunkami swoich pociech. Ktokolwiek chce przetwarzać dane osobowe dziecka (w Polsce do lat 16), np. publikując jego zdjęcia w sieci, musi poprosić o zgodę jego opiekunów prawnych.

Jeśli więc to oni sami umieszczają w internecie fotografie dzieci i nie łamią przy tym innych przepisów (np. o rozpowszechnianiu pornografii z udziałem nieletnich), nie można im tego zabronić. Jak ten problem rozwiązać? Nie jest to proste. Nawet gdyby wprowadzić całkowity zakaz publikacji wizerunku innej osoby bez jej zgody, i tak w wielu przypadkach nie udałoby się udowodnić, że dziecko nie wyraziło zgodny, a jeśli wyraziło, to czy dobrowolnie.

Pozostaje więc przemawiać rodzicom do rozsądku. Niestety, pomysłowość tych, którzy chcą zaistnieć w internecie kosztem własnych dzieci, wydaje się nieograniczona.

Słodkie i zabawne − ale dla kogo?

W 2020 roku jednym z hitów TikToka było „wyzwanie” polegające na oblaniu niemowlaka wodą z butelki − pomysł znudzonych lockdownem rodziców. Do tej pory w internecie można znaleźć kompilacje „najsłodszych” reakcji dzieci. Problem w tym, że pomysł ten większości z nich zupełnie nie przypadł do gustu i kończyło się na płaczu. Maluch stuprocentowo ufa opiekunom, w normalnych warunkach nie spodziewa się doznać od nich żadnej krzywdy, nie rozumie sytuacji, a bycie oblanym zimną wodą po prostu nie należy do przyjemności. Z tej perspektywy idiotyczny challenge był po prostu aktem przemocy silniejszych wobec słabszych, którego dla klików i lajków dopuściły się tysiące rodziców z całego świata.

Mówimy tu nie o patostreamerach, ale „normalnych ludziach”, którzy chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, ale po prostu czasami lubią zrobić coś zabawnego w sieci.

Skrajnym przypadkiem takiej motywacji okazał się popularny kanał na YouTubie DaddyOFive, prowadzony przez Heather i Michaela Martinów. Para trzydziestokilkulatków ze stanu Maryland chełpiła się „luzackim” podejściem do rodzicielstwa i pokazywała fanom „pranki” z udziałem piątki swoich dzieci. A to uderzyli któreś z nich, a to zagrozili innemu, że trafi do adopcji, a kolejnemu zniszczyli zabawki. Poziom okrucieństwa Martinów wzrastał wprost proporcjonalnie do zainteresowania widzów. W końcu małżeństwo youtuberów stanęło przed sądem za zaniedbywanie dzieci.

Oboje dostali wyrok pięciu lat więzienia w zawieszeniu. Sąd nie uwierzył w ich zapewnienia, że w rzeczywistości są „kochającą się rodziną”, a ich dzieci świadomie uczestniczyły w „prankach”. Biegły psycholog stwierdził u dwojga z nich poważne zaburzenia i powierzył opiekę nad nimi ich biologicznej matce, byłej partnerce Michaela.

Najczęściej oversharenting dotyczy po prostu pokazywania dzieci w sytuacjach, w których sami dorośli nie chcieliby być fotografowani: nagości, wydalania, płaczu czy brudzenia się jedzeniem. Z jakiego powodu nie traktujemy małego człowieka na tyle poważnie, żeby uszanować jego prawo do intymności w takich momentach?

Medioznawczyni z Uniwersytetu w Tartu, Andra Siibak, rozmawiała z dziećmi w wieku od 9 do 13 lat, a także z ich rodzicami, o sposobach korzystania z social mediów. Natknęła się na wiele dramatycznych historii: „Czasami dzieci nie chciały iść do szkoły, bo rówieśnicy wytykali ich palcami. Matka jednej z dziewczynek prowadziła bloga, na który wrzucała rodzinne zdjęcia. Znalazła je grupa chłopców, którzy zaczęli dokuczać tej dziewczynce”.

Całkiem niewinna fotografia z zupą rozmazaną na twarzy czy niekompletnym uzębieniem dla nas może być rozczulającą pamiątką z wczesnych lat naszego syna lub córki, ale oni sami niekoniecznie chcą pokazać się od tej strony rówieśnikom.

O tych, co przeżyli. Dziecięca przemoc a postawy dorosłych

Dlatego najlepiej byłoby nie publikować zdjęć naszych dzieci w sytuacjach, w których sami nie chcielibyśmy być widziani. Problem w tym, że nawet jeśli nie wrzucamy fotografii z nocnika, a na tych z wakacji zasłaniamy twarze naszych pociech, jak Anna i Robert Lewandowscy, możemy nie uniknąć oversharentingu.

Dziecko w chmurze

Bo informacje o nas są dostępne w niezliczonych miejscach w sieci. Obok social mediów czy blogów mamy np. „listy życzeń” w sklepach internetowych, dane wprowadzane do aplikacji wspierających zajście w ciążę i kontrolę płodności, obrazy rejestrowane przez elektroniczne nianie i także przesyłane do odpowiednich aplikacji mobilnych… Przykłady można mnożyć w nieskończoność. A każdy z nich to jakaś informacja o naszym dziecku, która w tej chwili trafia już najczęściej do chmury.

Specjaliści szacują, że do 2030 roku dwie trzecie przestępstw związanych z kradzieżą tożsamości może dotknąć właśnie osób, których rodzice zbyt wylewnie dzielili się informacjami o życiu swoich pociech w internecie.

Dotyczy to czasami sytuacji, które wydają się neutralne. Chcemy pokazać radość dziecka z okazji pierwszego dnia nauki? Czemu nie, ale na zdjęciu nie powinien się znaleźć budynek szkoły czy choćby jej numer, ani np. mundurek szkolny. Inaczej taka fotografia otwiera drzwi do mnóstwa informacji o naszym dziecku. Bezpośrednio na jej podstawie ustalimy, w jakim ono jest wieku i o której godzinie zaczyna lekcje danego dnia. Kto będzie chciał i umiał, pociągnie ten research dalej i pozna np. nazwiska nauczycieli czy innych uczniów, plan lekcji, oceny…

Ty się boisz terrorystów, a my cię podsłuchujemy

Oczywiście, podstawowym celem takiej „inwigilacji” jest sprzedawanie nam produktów i usług, a nie popełnianie przestępstw. Przesadą byłoby w tej sytuacji nie publikować zupełnie nic o swoim życiu rodzinnym. Jednak nad każdą informacją o naszym dziecku, jaką umieszczamy w sieci, warto się dwa razy zastanowić. Pomajstrować przy ustawieniach prywatności. Może ograniczyć dostęp do danego wpisu czy zdjęcia niektórym osobom. Kilka razy przemyśleć, czy musimy brać udział w każdym challenge’u i korzystać z każdej modnej apki. I przede wszystkim, zanim cokolwiek opublikujemy, zadajmy sobie pytanie, czy chcielibyśmy sami pokazać się od tej strony w internecie.

A nawet jeśli mamy do siebie dystans i lubimy pokazywać się innym z zupą na twarzy, czy jesteśmy pewni, że to samo możemy powiedzieć o własnych dzieciach? Bo po co łapiemy je za rękę przy przechodzeniu przez jezdnię czy ostrzegamy je przed skutkami palenia, skoro bywamy gotowi narazić jego bezpieczeństwo albo, co gorsza, skrzywić mu psychikę dla kilku lajków więcej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Karolina Wasielewska
Karolina Wasielewska
Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij