Psychologia

Rodzicielstwo na skróty, czyli po co komu aplikacje i gadżety do śledzenia dzieci

Urządzenia i oprogramowanie do child trackingu bywają drogie i łatwo da się je zhakować, mimo to ich sprzedaż rośnie. Każdy rodzic boi się o własne dziecko, ale czy spokojny będzie dopiero wtedy, kiedy będzie mógł śledzić każdy jego krok? I jak ten rodzicielski „Big Brother” odbija się na psychice dzieci?

Jeśli korzystamy z AngelSense Kids’ GPS Tracker, informację o tym, co robią nasze dzieci, otrzymamy co 30 sekund. Funkcja Listen-In to w zasadzie podsłuch: pozwala nam usłyszeć dźwięki z otoczenia malucha i upewnić się, że nikt nie robi mu krzywdy. Możemy też mówić do dziecka, a ono do nas, i to w dowolnie wybranym momencie, bez wciskania specjalnych klawiszy czy uruchamiania dodatkowych funkcji.

Na swojej stronie internetowej producent sugeruje, że urządzenie pomaga w opiece nad dziećmi z niepełnosprawnościami. Jednak na stronach poświęconych nowym technologiom gadżet figuruje po prostu w rankingach najlepszych child trackerów. Cena w przeliczeniu na złotówki: około tysiąca. Tyle kosztuje rodzicielski święty spokój. A co z dziećmi?

Wszystko o moim dziecku

Jako rodzic mogłabym chcieć skorzystać z child trackingu, gdybym miała wątpliwości, jak mojego syna traktuje ktoś, kto opiekuje się nim pod moją nieobecność. Gdybym uznała, że dzieje się coś niepokojącego, mogłabym odezwać się przez urządzenie do nich obojga. Tylko że trackery nie dają możliwości nagrywania, więc nie zgromadziłabym dowodów, które mogłabym przedstawić przed sądem (a nawet gdyby, to polskie prawo niekoniecznie przyszłoby mi z pomocą). No i co dałaby mi taka interwencja, gdyby ktoś np. uderzył dziecko, a ja byłabym w pracy, kilkanaście kilometrów dalej?

Wydaje się, że trackery nie do końca służą zapewnieniu dziecku bezpieczeństwa w takich sytuacjach. Mają raczej informować rodzica o jego poczynaniach. Dlatego np. smartwatch TickTalk 4 ma funkcję geofencingu (dziecko nie może wyjść poza wyznaczony obszar, inaczej w telefonie opiekuna rozlega się alarm) i śledzenia. Problem w tym, że diler czy pedofil mogą grasować na terenie uznanym przez nas za bezpieczny, np. w szkole. Czyli znowu: niby coś tam kontrolujemy, ale reakcja, która pozwoliłaby nam realnie ochronić dziecko, jest w praktyce niemożliwa.

Przydatniejszy wydaje się zatem Amber Alert GPS Locator, który jako jedyny na rynku powiadomi nas, czy dziecko znajduje się w pobliżu miejsca pobytu osoby figurującej w rejestrze przestępców seksualnych. Problem w tym, że chodzi tylko o amerykański rejestr.

Trackery mają też funkcje, dzięki którym sam mały użytkownik ma się poczuć bezpieczniej. Na przykład Relay Kids Smartphone to prosty telefon, na którym nie da się zainstalować gier czy innych aplikacji, można natomiast połączyć kontakty w grupy. Dziecko czuje się zagrożone i nie jest pewne, kto z jego bliskich może w danym momencie odebrać telefon? Dzwoni więc w tym samym czasie zarówno do rodziców, jak i dziadków. Ma to sens, ale do takich rzeczy wystarczy przecież nieużywany stary telefon mamy lub taty.

Odwaga przeciw systemowej przemocy

Dodatkowo trackery oferują różne postacie funkcji „help”. Nadzorowana przez nas osoba może ją uruchomić w aplikacji albo po prostu wcisnąć guzik, co wywoła alarm w naszym telefonie lub innym urządzeniu. Bywa, że oprogramowanie informuje również o prędkości, z jaką śledzony obiekt się porusza. Dzięki temu dowiemy się, czy nasze dziecko jedzie jakimś środkiem transportu. I jeśli to zaplanowana podróż, np. na zajęcia pozalekcyjne, to super, ale jeśli kurs, o którym nic nie wiemy – ktoś mógł dziecko uprowadzić. Gdy jesteśmy rodzicami nastolatka, możemy ustalić, czy nie pożyczył od nas auta bez pozwolenia i czy nie pędzi nim z niedozwoloną prędkością.

Mimo niedociągnięć, o których wspomniałam, te pomysły spodobały się rodzicom. Do 2025 roku sprzedaż wearables dla dzieci ma wynieść 875 milionów dolarów w skali globalnej. 

Dzieciak na widelcu

Dzięki trackerom możemy dowiedzieć się wszystkiego o swoim dziecku, ale nie do końca jesteśmy w stanie realnie je ochronić. Tym bardziej że łatwo takie gadżety zhakować. Testy bezpieczeństwa smartwatchów przeprowadzone przez grupę specjalistów, którzy na tę okoliczność wcielili się w hakerów, wykazały, że osobom z zewnątrz łatwo jest śledzić dziecko poruszające się w określonym obszarze w czasie rzeczywistym czy przechwycić zapisane w urządzeniu trasy. Udało im się również skontaktować z maluchem przez smartwatch, czego aplikacja w urządzeniu rodzica nie zarejestrowała.

Jeśli śledzenie kogokolwiek w taki sposób ma sens, to ewentualnie kilkulatków. Dzieci w tym wieku mogą po prostu odejść kilka kroków od rodzica i się zgubić albo same wyjść z domu i nie odnaleźć drogi powrotnej. Pytanie jednak, czy i w takim przypadku pikająca bransoletka nie wyręcza zanadto opiekuna, który, nawet jeśli w danym momencie nie zajmuje się dzieckiem, ale przebywa z nim w domu czy w innym miejscu, powinien sprawować nad nim nadzór. Czyli: wiedzieć, gdzie maluch jest i co robi.

O ile jednak kilkulatek nie ma własnych spraw do załatwienia poza domem i raczej sam jest zaniepokojony, kiedy w pobliżu nie ma rodziców, o tyle podobnymi aplikacjami i gadżetami posługują się także opiekunowie nastolatków. A one mają już prawo nie życzyć sobie, żeby dorośli śledzili każdy ich krok. I nawet nie muszą mieć nic do ukrycia. Po prostu pewne rzeczy chcą zachować dla siebie.

Wyobraźmy sobie nastolatka, który wraca do domu po randce i na dzień dobry słyszy: „A co robiłeś w tej kawiarni? Czemu siedziałeś tam tak długo?”. Rodzice żądają odpowiedzi (bo inaczej zaczną z miejsca podejrzewać go o wstrzykiwanie sobie heroiny w kawiarnianej toalecie), a on niekoniecznie chce się z nimi dzielić szczegółami swojego pierwszego pocałunku.

Chciałem zrobić film, który poważnie potraktuje nastolatków

Aplikacje i urządzenia trackujące to woda na młyn paranoicznego rodzicielstwa opartego na nadopiekuńczości i braku zaufania do dziecka, które – jak uważają jego opiekunowie – pozostawione bez nadzoru na pewno zrobi coś głupiego albo niebezpiecznego.

A co zrobi tak naprawdę? Może wróci później z imprezy. Może będzie popalało papierosy. Na tym w wielu przypadkach kończy się słynny bunt nastolatka. Tak, rodzicom trudno się z tym pogodzić, ale to naturalny etap poszukiwania własnej tożsamości. Ograniczanie wolności dorastającego dziecka tylko potęguje jego frustrację i ten bunt nasila.

Oczywiście, nie mówimy o sytuacjach, gdy nastolatek autentycznie sobie zagraża. Jednak bransoletka czy apka trackująca w smartfonie nie podpowiedzą nam, że nasze dziecko właśnie spotyka się z dilerem – co najwyżej wskażą lokalizację takiego spotkania.

Szramy. Jak niszczymy nasze dzieci

czytaj także

Trackery mają być pomocą w wychowaniu, jak wiele innych dostępnych na rynku gadżetów. O ile jednak szumiąca zabawka do usypiania niemowląt nie ma zastąpić rodzica, o tyle urządzenia i apki do śledzenia dzieci są wykorzystywane w ten sposób. Zamiast rozmawiać z dzieckiem i tłumaczyć mu, dlaczego w pewnych miejscach nie wolno mu przebywać, a wreszcie pilnować go i je wspierać, żeby świadomie czy nieświadomie nie zrobiło sobie krzywdy, śledzimy każdy jego krok. Zamiast walczyć z naszymi fobiami, które bywają mocno na wyrost, pielęgnujemy je i się w nich utwierdzamy.

Poza tym najzwyczajniej w świecie idziemy na łatwiznę, tracąc jednak przy okazji zaufanie dziecka i stając się w jego oczach kimś w rodzaju strażników więziennych. W czasach, gdy tak wielu nastolatków, a nawet uczniów klas młodszych boryka się z depresją i myślami samobójczymi, to chyba ostatnia rola, jaką my, rodzice, chcielibyśmy przyjąć.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Karolina Wasielewska
Karolina Wasielewska
Autorka książki „Cyfrodziewczyny”
Autorka tech-feministycznego bloga Girls Gone Tech.pl i reportażu o pionierkach polskiej informatyki „Cyfrodziewczyny”, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.
Zamknij