Kraj

O tych, co przeżyli. Dziecięca przemoc a postawy dorosłych

Nauczyciel wielu rzeczy nie może, ale zawsze może przymknąć oko i pozwolić dzieciom zrobić to, czego jemu nie wolno. „Jak mu wtłuką kilka razy porządnie po lekcjach, to się wreszcie nauczy” – słyszę od nauczycieli, którzy wobec szkolnej przemocy są bezradni.

27 stycznia 1990 roku XI Zjazd PZPR podjął uchwałę o zakończeniu działalności partii. 25 lutego na południu kraju temperatura osiągnęła najwyższe wartości w lutym w historii pomiarów. W Krakowie zanotowano 21,0 stopni Celsjusza, w Tarnowie 20,6, a w Opolu 19,3. 27 września tamtego roku Polska ponownie przystąpiła do Interpolu. 17 listopada skończyłam 12 lat.

Tego dnia, jak i każdego innego, budziłam się z przerażeniem. Zakładałam tornister i szłam do szkoły. Będąc uczennicą klasy szóstej rejonowej szkoły podstawowej w Opolu, każdego dnia planowałam wyjście bardzo dokładnie. Byłam mistrzynią logistyki wyjść i powrotów. Wiecie, co jest ważne, kiedy się chodzi do szóstej klasy?

Krwią i blizną, czyli o wychowaniu dzieci do przemocy

Otóż nie należy nigdy dwa dni z rzędu iść dokładnie tą samą drogą. Trasy należy zmieniać. Kiedy zbliżasz się do budynku szkolnego, spróbuj dołączyć do jakiegoś dorosłego. Idź tuż obok niego tak długo, jak to możliwe. Do szkoły lepiej wejść, kiedy dzwoni dzwonek. Masz wtedy szansę nie spóźnić się na lekcję (bo nauczyciel nigdy nie przychodzi punktualnie), a jednocześnie radykalnie spada ryzyko, że spotkasz kogoś w szatni.

Do klasy wchodź zawsze na końcu. Być może nikt wtedy cię nie uszczypnie, nie napluje ci za kołnierz, nie rozepnie ci tornistra szybkim ruchem, wysypując jego zawartość na podłogę. Skoro jednak wchodzisz na samym końcu, musisz bardzo uważać. Pozostali uczniowie będą już siedzieli, kiedy ty będziesz przechodzić na miejsce w ostatniej ławce. To oznacza, że masz szansę potknąć się o 10 nóg, które oni szybko wysuwają, wiedząc, jak zabawnie upadasz.

Mogłabym wam także opowiedzieć o powrotach ze szkoły. W szczególności o tym, że najbardziej niebezpiecznym miejscem w okolicy jest mała kapliczka. Tam cię zaciągną, kiedy będą chcieli cię pobić. Ale to tylko różne odsłony tej samej historii.

Niedemokratyczna władza woli czystość i porządek od życia człowieka

17 listopada 1990 roku skończyłam 12 lat. Nie zabiłam się, chociaż każdego dnia myślałam o tym, jak bardzo beznadziejne i niepotrzebne jest moje życie. Kiedy pluli na mnie, kiedy mnie bili, kiedy wrzucali moje rzeczy do kibla, kiedy szarpali mnie za włosy, nazywali idiotką, debilką, przychlastem. Kiedy nauczyciele, zamiast chronić i pomagać, patrzyli na mój płacz z wyraźnym błyskiem zadowolenia w oku. Kiedy z sadystycznym zadowoleniem wysyłali mnie z byle powodu do „dyrki”. W szóstej klasie przestałam się odzywać do nauczycieli. Nie dlatego, że byłam arogancka i bezczelna, jak to zwykli nazywać. Po prostu się bałam. Bałam się każdego dnia. Często bałam się także w weekendy. Wystarczyła sama myśl o szkole.

Nie zabiłam się. Miałam szczęście. Przeżyłam.

Dzisiaj jestem pedagożką specjalną. Mimo prognoz moich nauczycieli ze szkoły podstawowej i niejednego profesora z liceum ukończyłam studia na jednym z najlepszych uniwersytetów i zrobiłam doktorat z nauk społecznych. Od blisko 20 lat pracuję z dziećmi, ich rodzinami oraz środowiskiem nauczycieli i specjalistów. Jednym z ważnych obszarów mojej pracy są konsekwentne próby zmiany świadomości naszego społeczeństwa w zakresie skutków popularnych strategii wychowawczych w naszym kraju. Każdego dnia rozmawiam z osobami, które podobnie jak ja padały lub padają ofiarą okrucieństwa ze strony rówieśników. Bardzo często wspieranego po cichu przez dorosłych.

Ostatnie lata pokazują, że już nie tylko po cichu. W całej Polsce narasta przyzwolenie dla zadawania innym bólu i cierpienia w myśl urojonych wartości moralnych. U podłoża tych rzekomych wartości znaleźć możemy przede wszystkim wszechogarniającą ksenofobię. Na niej niezwykle łatwo wyrasta zdolność do tępienia wszystkiego, co nie pasuje, jest inne, niezrozumiałe, a więc niepokojące. Co ważniejsze, ksenofobia nie zawsze jest postawą indywidualną. Już w 1997 roku na łamach pisma „Ethnic and Racial Studies” profesor antropologii społecznej z Zurychu napisał: „Dyskurs ksenofobiczny jest elementem walki politycznej o to, kto ma prawo być pod opieką państwa i społeczeństwa”.

W ten sposób przykład idzie z góry. Nowy minister edukacji Przemysław Czarnek bez mrugnięcia okiem publicznie mówi: „Brońmy nas przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka, czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym i skończmy z tą dyskusją”. A były minister edukacji Dariusz Piontkowski oświadcza na konferencji prasowej: „Budynek został sprofanowany przez grupę idiotów, bo trudno to inaczej nazwać. Ci, którzy niszczą zabytki, są po prostu barbarzyńcami, idiotami”.

Jak walczyć z językiem pogardy u dzieci, kiedy posługują się nim ministrowie edukacji?

Ile jeszcze dzieci i nastolatków musi zginąć, by rząd przejrzał na oczy?

W 1897 roku Frederik L. Burk, naukowiec z Uniwersytetu Clark w Worcester, użył po raz pierwszy słowa bully do opisania zachowania dzieci znęcających się nad rówieśnikami. Powszechnie dziś używane pojęcie bullying nie doczekało się spójnego tłumaczenia na język polski, za to samo zjawisko, niezwykle groźne, zatacza coraz szersze kręgi. Badania dr Estery Twardowskiej-Staszek z 2018 roku pokazują, że aż 31 proc. uczniów doświadcza przemocy rówieśniczej. Co ciekawe, tylko 6,5 proc. jest jej sprawcami – aż 33 proc. uczniów bywa i sprawcami, i ofiarami, zależnie od okoliczności. To pokazuje, że jako dorośli niespecjalnie jesteśmy w stanie chronić dzieci. Typowe programy przeciwdziałania przemocy w szkołach nie sprawdzą się, dopóki nie zobaczymy szerokiego tła i nie zaczniemy zwalczać przyczyn tego zjawiska.

Przyczyna 1: wychowanie do przemocy

Dzieci nie rodzą się sprawcami przemocy. W znanym mi środowisku szkolnym, tam gdzie często dochodziło do znęcania się i dręczenia, bardzo charakterystyczne było tło rodzinne. Wyzwiska, jakich dzieci używały wobec rówieśników, pochodziły wprost z aktualnych wydarzeń politycznych i towarzyszącej im atmosfery. Zachowania przemocowe znacznie wybiegały przy tym poza wyzwiska, ale to one wskazywały kurs. Kiedy przez kraj przetaczał się lęk przed uchodźcami, którzy mieli zalać nasz kraj, gwałcić polskie kobiety i niszczyć katolicką kulturę – dzieci wyzywały się od Arabów. Chwilę później przyszła pora na pedały i lesby. Stopień pogardy, który wylewał się z ust dzieci razem z tymi wyzwiskami, był naprawdę przerażający.

Uchodźcy jak powódź albo natarcie wrogich armii. Język w służbie nieludzkiej polityki

Dzieci wynoszą takie postawy ze środowiska. Jeżeli przy rodzinnym obiedzie słyszą o „ciapatych” i „zboczeńcach”, dokładnie takie wyobrażenie będą w sobie budować. Nie sposób nie zauważyć, że na samym czubku społecznej drabiny są znani i ważni politycy, którzy nie wahają się powiedzieć najgorszych słów. Jarosław Kaczyński straszył uchodźcami, którzy „przenoszą pasożyty i pierwotniaki”. A nowy minister edukacji nawołuje: „Trzeba dokładnie to zło pokazywać, pokazywać, jak nienormalne ono jest, jakie zgorszenie sieje na ulicach miast. I zwalczać, po prostu zwalczać, zabraniać tego rodzaju postaw”.

Uczymy dzieci od małego, że można nie szanować innych. Że w dobrym tonie jest wypowiadać się z pogardą o określonych grupach społecznych. Że słów opisujących czyjąś tożsamość można używać jako obelg. I bronimy niczym niepodległości prawa do takich zachowań.

Przyczyna 2: wychowanie przemocą

Niedawno odbyłam kilka rozmów na temat przemocy w wychowaniu i edukacji. Jak zwykle musiałam się zmierzyć z nieśmiertelnymi tezami o tym, że klaps nie jest przemocą. O tym, na jakich wspaniałych ludzi wyrośli ci bici w dzieciństwie i jak bardzo nie czują żalu do swoich rodziców. Zwolennicy takich metod wychowawczych twierdzą, że wyłącznie w ten sposób można wychować przyzwoitego człowieka, a wychowanie „bezstresowe” niechybnie prowadzi do tragedii w postaci egoizmu i terroryzowania przez dziecko innych ludzi. O ile jednak coraz skuteczniej przebijamy się przez mur przekonań o słuszności kar cielesnych i z roku na rok znacznie więcej ludzi przyjmuje do wiadomości, że jakakolwiek forma bicia dzieci jest zła, o tyle prawie niemożnością jest przebić się przez wszechobecną ideę kar i nagród.

Ultrakonserwatyści budują nam państwo wyznaniowe

Dziecko żyjące w ciągłym strachu przed karą i pogoni za nagrodą, nie wykształca wewnętrznego motywu do postępowania bez przemocy. Wręcz przeciwnie: instynktownie szuka możliwości rozładowania napięcia i frustracji. Zwykle kieruje je przeciwko słabszym albo tym, którym zazdrości. Samo nie doświadcza zrozumienia dla swoich emocji i potrzeb, więc nie potrafi tego samego dać innym.

I znów… Jak możemy mówić o zwiększaniu świadomości empatycznego wychowania, jeżeli osoby mające być autorytetami pozwalają sobie na pochwałę przemocy? Kiedy Rzecznik Praw Dziecka stwierdza: „Klaps nie zostawia wielkiego śladu. […] Trzeba rozróżnić, czym jest klaps, a czym jest bicie”.

W wychowaniu dzieci niezbędne jest zrozumienie ich niełatwych dla otoczenia zachowań. Trzeba pomóc dziecku w odzyskaniu kontroli nad sobą. Droga kary i nagrody nie uczy samokontroli, a jedynie skłania do nieświadomego przenoszenia na innych tego, w jaki sposób dziecko jest traktowane.

Przyczyna 3: wychowanie przez przymykanie oka

Od bez mała 15 lat prowadzę szkolenia i warsztaty dla nauczycieli i specjalistów oraz wykładam na studiach podyplomowych. Moimi studentami i studentkami są w większości osoby wrażliwe, które szczerze pragną pomagać dzieciom. Jednocześnie te same osoby często stają się bezradne wobec problemów w środowisku swoich uczniów. Nie rozumieją, że duża część sprawców przemocy w szkole to jednocześnie ofiary przemocy – w szkole i poza nią. Nie chcą słyszeć o zmianie systemu wychowawczego. Jak ognia boją się sytuacji, w której nie będą mieć do dyspozycji kija i marchewki. Na studiach pierwszego i drugiego stopnia dowiadują się, że jednak kij nie bardzo już uchodzi, lepsza marchewka. I według tych zasad próbują pracować, lecz prędzej czy później zderzają się ze ścianą.

Dlaczego Dania to jeden z najszczęśliwszych krajów na świecie? Bo uczy empatii w szkole

Szwedzki psycholog i psychoterapeuta Hejlskov Elvén bardzo rozsądnie pisze o skuteczności wpływania na dzieci za pomocą nagród. Sugeruje, żeby zrozumieć, że nagroda jest w gruncie rzeczy ceną, jaką dorośli płacą za to, żeby dziecko zmieniło swoje zachowanie. Oczywiście, do pewnego momentu to zadziała. Ale cena zawsze rośnie. Nie wiem, jaką cenę trzeba by zapłacić sfrustrowanemu, młodemu sprawcy przemocy, który tylko przez znęcanie się nad innymi może odreagować własne trudności, żeby zaprzestał tego procederu. Nie wiem, czy dorośli mogą taką cenę zapłacić. Pamiętając w szczególności o tym, że zwykle przyjdzie nam ją płacić wiele razy.

Właśnie dlatego dorośli są tak bezradni w obliczu bullyingu. W końcu przychodzi im do głowy myśl, kiełkująca na żyznym polu własnych doświadczeń z dzieciństwa, by jednak strzelić gówniarza raz a porządnie w tyłek, to wreszcie popamięta.

Kiedy chodziłam do pierwszej klasy, dyrektor szkoły miał uroczy zwyczaj bicia dzieci po rękach. Za cokolwiek. Lubił także stosować odpowiedzialność zbiorową. Gdy uczniowie mu podpadli, przechadzał się po sali i każdą grzecznie do niego wyciągniętą rączkę uderzał linijką. Wystarczająco mocno, by bolało, a na dłoni pojawił się czerwony ślad. Zwolennicy przemocowego wychowania na samą myśl o tym wzdychają: „To były czasy! I potrafiliśmy się normalnie zachowywać, nie to co dzisiejsze, bezstresowo wychowywane bachory”. Cóż, linijka w rękach dyrektora nie uchroniła mnie przed długimi latami bycia ofiarą znęcania się przez dzieci we wszystkich możliwych formach.

Co właściwie może zrobić nauczyciel, który odczuwa bezradność? Kiedy mimo wszystkich starań, jakie podjął, dziecko nadal jest inne, nadal się nie dostosowuje, może z czymś ma trudności albo przeciwnie – coś mu wychodzi znacznie lepiej niż innym? Słowem – odstaje. Mądry nauczyciel szuka sposobu na kontakt i komunikację z takim uczniem. Próbuje znaleźć drogę pozwalającą z jednej strony wspierać to konkretne dziecko, a z drugiej zadbać o potrzeby grupy. To niewątpliwie trudne zadanie, wymagające wyjścia poza szablon tradycyjnych metod wychowawczych. Często wymagające dodatkowo pracy z grupą, która powinna zrozumieć, że sprawiedliwie oznacza zgodnie z indywidualnymi potrzebami, a nie tak samo dla wszystkich. Zdecydowana większość specjalistów szuka jednak sposobu na to, jak ucznia okiełznać i zmusić do normalności. W tym procesie przydatni są rówieśnicy. Nauczyciel wielu rzeczy nie może, ale zawsze może przymknąć oko i pozwolić dzieciom zrobić to, czego jemu nie wolno. Szczególnie wyrafinowanym sposobem jest wzbudzenie w pozostałych uczniach właśnie poczucia niesprawiedliwości. Wskazania, że ten niepasujący dzieciak wymaga czegoś specjalnego, czego nie mają inni.

„Jak mu wtłuką kilka razy porządnie po lekcjach, to się wreszcie nauczy” – wcale nierzadko słyszę takie słowa od bezradnych nauczycieli.

Przyczyna 4: wychowanie wśród braków systemowych

Czynników wspierających przemoc szkolną po stronie systemu jest bardzo wiele. One także są ważne, jednak rozwiązanie tych problemów nie spowoduje, że znikną podstawowe przyczyny – te głębokie, mentalne, wynikające z samego podejścia do dzieci.

Nie uratujemy przed samobójstwami dręczonych dzieci tylko dzięki temu, że zbudujemy kolejne oddziały psychiatryczne. Może opóźnimy ten proces, może więcej potencjalnych ofiar aktów samobójczych będziemy mieć pod kontrolą i częściej damy im jakiekolwiek wsparcie. Ale to tak, jakby codziennie kazać komuś wkładać ręce do kwasu, a potem starannie je opatrywać i leczyć. Żeby znów móc poparzyć.

Wpiszemy do rejestru niedoszłych samobójców. I kogo jeszcze?

Nie uratujemy przed poważnymi konsekwencjami emocjonalnymi i psychicznymi dorastających młodych ludzi, tylko zwiększając liczbę specjalistów w szkołach. Największe grono pedagogów i psychologów nie pomoże, jeżeli ich jedynym orężem będą kary i nagrody, systemy żetonowe oraz pogadanki.

Najlepsze metody przeciwdziałania przemocy w szkołach zawiodą, jeżeli dzieci po powrocie do domu spotykają się każdego dnia z oczekiwaniami ponad ich siły, ignorowaniem ich potrzeb, karami i wymaganiami oraz miłością wyrażaną przez kupowanie nowych przedmiotów. Na które, oczywiście, dziecko musi sobie zasłużyć. Dzieci kupują miłość rodziców, sprzątając, dobrze się ucząc, ubierając się w zgodzie z rodzicielskimi oczekiwaniami, chodząc na zajęcia pozalekcyjne, których nienawidzą, ale dorośli uważają, że to dla nich ważne. Od małego uczą się, że na miłość trzeba zasłużyć, a prawo do miłości może być cofnięte w każdej chwili, gdy tylko złamane zostaną zasady. Tak rosną rzesze poranionych ludzi z nisko zintegrowaną osobowością. Dorosłych, którzy w przyszłości przejmą pałeczkę kultury przemocy i będą ją stosować wobec innych. Także wobec dzieci.

„Mam wam do opowiedzenia historię”

czytaj także

Tych problemów nie wyeliminujemy tworzeniem nowych budynków, miejsc pracy i gabinetów. Bez systemowej edukacji całego społeczeństwa, obejmującej zmianę w myśleniu o dziecku i relacji z dzieckiem, dalej będziemy patrzeć, jak młodzi ludzie przemocą próbują rozwiązywać problemy, na których polegli dorośli.

Łącznie z ostatecznym rozwiązaniem, gdy zabraknie dobrych powodów, żeby żyć.

**
Joanna Ławicka – pedagożka specjalna, doktorka nauk społecznych w zakresie pedagogiki, prezeska zarządu Fundacji Prodeste. Jest autorką książki Nie jestem kosmitą. Mam zespół Aspergera. Prowadzi zajęcia warsztatowe dla osób z ASD oraz pracuje jako terapeutka na turnusach i koloniach.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij