Świat

W Rosji nikt nie lubi Grety Thunberg

Nic dziwnego, że reżim kraju, który żyje z paliw kopalnych, nie darzy sentymentem młodzieżowego ruchu klimatycznego. Ale i na rosyjskiej opozycji trudno znaleźć kogoś, kto poparłby kampanię Grety Thunberg.

Kiedy Greta Thunberg z impetem weszła na światową scenę polityczną, prezydent Rosji Władimir Putin dołączył do grona troskliwych „ojców”. Wystąpienie szwedzkiej aktywistki przed zgromadzeniem ONZ komentował w paternalistycznym tonie: „Jestem pewien, że Greta to dobra i bardzo szczera dziewczynka, ale dorośli powinni zrobić wszystko, by nie doprowadzać dzieci do skrajnych sytuacji i chronić je przed zbytecznymi emocjami, które destruktywnie wpływają na osobowość”. Dodał jeszcze, że młoda szwedzka aktywistka jest źle poinformowana, bo nikt jej nie wytłumaczył, że świat jest skomplikowany. Greta odniosła się do tej wypowiedzi zgodnie ze swoim zwyczajem – umieściła słowa Putina w opisie konta na Twitterze.

Pussy Riot: Jeśli zechcą, to dorwą cię wszędzie. Nie wyjeżdżam z Rosji

Nic dziwnego, że reżim kraju, który żyje z produkcji i eksportu paliw kopalnych, nie darzy sentymentem postulatów Grety Thunberg. W zależności od cen na światowych rynkach w ciągu ostatniej dekady dochody ze sprzedaży ropy naftowej i gazu stanowiły od jednej trzeciej do aż połowy wpływów budżetowych Rosji. W 2019 roku było to 40,8 procent. Od czasu do czasu pojawiają się wyliczenia ekonomistów, którzy twierdzą, że dane te są zaniżone przynajmniej o kilkanaście procent, bo Ministerstwo Finansów w swoich rachunkach używa uproszczonej metodologii. W Rosji tę sytuację określa się mało literackim zwrotem, zaczerpniętym z narkotykowego slangu: kraj siedzi na naftowej igle. Uzależnienie od eksportu surowców sprawia, że rosyjskim władzom brakuje motywacji do poważnych reform gospodarczych, a to, zamiast wyciągać Rosję z ekonomicznego zacofania, z roku na rok tylko je pogłębia.

Mimo lekceważenia, z którym Putin odniósł się do Grety Thunberg, kremlowskie i kontrolowane przez Kreml media przypuściły na nią atak, którego węzłowym hasłem było „chore psychicznie dziecko, którego nikt nie leczy”. Diagnozę Grety podkreślano nawet w krótkich tekstach informacyjnych. Czasem wydaje się, że jedynym wiernym sojusznikiem Grety Thunberg w Rosji jest Arszak Makczijan, który w ramach piątków dla klimatu wychodzi regularnie na jednoosobowe pikiety (za co został już zresztą ukarany kilkudniowym aresztem).

O ile więc stosunek rosyjskich władz do Grety Thunberg aż tak nie dziwi, o tyle zaskakujące może się wydawać to, że Greta Thunberg i reprezentowany przez nią młodzieżowy strajk klimatyczny mają zaciekłych wrogów wśród wpływowych przedstawicieli rosyjskich środowisk liberalnych. Ałła Łatynina na łamach „Nowej Gazety” (czyli ikony rosyjskiego dziennikarstwa niezależnego) grzmi, że wykorzystywanie rozchwianej nastoletniej psychiki w wojnie ideologicznej to klasyczna cecha reżimów totalitarnych. Gretę i młodzież, która zbiera się na strajkach klimatycznych, Łatynina porównuje do stalinowskich pionierów i chińskich hunwejbinów.

W podobnym duchu wypowiada się Oleg Kaszyn na łamach liberalnego „The Republic”, nazywając triumfalny pochód Grety Thunberg odrażającym estetycznie, etycznie i politycznie. W opozycyjnej telewizji Dożdż można usłyszeć, że Greta jest dziewczynką „umiejętnie zrobioną”, czyli nieprawdziwą, sterowaną przez zachodnie lobby lewicowo-ekologiczne. Z kolei Stanisław Biełkowski, w dość już odległej przeszłości polittechnolog na usługach Kremla, a od kilku lat błyskotliwy krytyk rosyjskiej rzeczywistości, uważa Gretę Thunberg za figurę typową dla „epoki błazna”, czyli czasów, gdy błazen zostaje królem, jak Trump w Ameryce czy Zełeński w Ukrainie.

Greta Thunberg, Donald Trump i przyszłość kapitalizmu

W Rosji nie działa uproszczony podział społecznych postaw wobec kryzysu klimatycznego, który obserwujemy w Polsce i na Zachodzie, gdzie siły progresywne, a więc lewica i część liberałów, uważają go za największe wyzwanie dla państw i ich społeczeństw, a konserwatywna i populistyczna prawica albo neguje fakt wpływu człowieka na klimat, albo w ogóle nie wierzy w zmianę klimatu („taka ciepła zima jak ta była już w latach siedemdziesiątych!”). Dyskusja o kwestiach klimatu i ekologii ma w Rosji zupełnie inne ramy, bo funkcjonuje tam w specyficznym kontekście historycznym, ideologicznym i społecznym.

Gretę i młodzież, która zbiera się na strajkach klimatycznych, porównuje się do stalinowskich pionierów i chińskich hunwejbinów.

Po pierwsze dlatego, że w niejednolitym środowisku nazywanym zbiorczo i w dużym uproszczeniu rosyjską opozycją dominują poglądy prawicowe. Wspomniana wyżej Ałła Łatynina jest zadeklarowaną libertarianką i klimatyczną negacjonistką, z kolei Oleg Kaszyn określa siebie jako rosyjskiego nacjonalistę. Nawet jeśli ich postawy polityczne są bardziej wyraziste niż większości krytyków obecnego reżimu, to trzeba pamiętać, że rosyjska opozycja kształtowała się w kontrze do partii komunistycznej, zagrażającej reformom czasów Jelcyna, a w dobie Putina uprawiała krytykę reżimu z pozycji ufającej wolnemu rynkowi liberalnej klasy średniej, której zoligarchizowany i upaństwowiony kapitalizm zablokował drogi rozwoju. Nie brak w tym środowisku sympatyków Donalda Trumpa i zwolenników brexitu, przekonanych, że lewicowa Europa stoi na skraju upadku. Według tej logiki Greta Thunberg to nowy wytwór lewicowej dyktatury.

Po drugie dlatego, że podczas gdy Zachodzie wciąż więcej mówi się o antycypowanych zagrożeniach, których najbardziej widocznym znakiem są na razie ekstremalne zjawiska pogodowe, w wielu regionach Rosji ludzie regularnie doświadczają mniejszych lub większych katastrof ekologicznych. Coraz częściej wokół kwestii związanych z ochroną środowiska kształtują się lokalne ruchy protestu, czasami o nieoczekiwanym poziomie politycznej mobilizacji. Greta Thunberg nikogo by tu nie musiała porywać ani przekonywać.


To, że źle się dzieje, czują i mieszkańcy Syberii, których dotykają powodzie i pożary, i mieszkańcy syberyjskiego Kuzbasu, gdzie prowadzi się odkrywkowe wydobycie węgla kamiennego, i mieszkańcy obwodu archangielskiego i Republiki Komi, gdzie od wielu miesięcy trwa protest przeciwko budowie wysypiska śmieci z Moskwy, które może zanieczyścić cieki wodne i wywołać katastrofę w delikatnym północnym ekosystemie. Do tego trzeba dodać pękające tamy, awarie elektrowni wodnych, wybuchy w fabrykach materiałów wybuchowych, incydenty jądrowe, skażenia chemiczne. Do takich zdarzeń dochodzi regularnie i będzie dochodzić, bo stan odziedziczonej po ZSRR infrastruktury jest opłakany.

Umowa społeczna na gorsze czasy

Po trzecie dlatego, że dla Kremla postać Grety Thunberg jest bardziej problematyczna niż sama dyskusja o zmianach klimatycznych. Putin i jego otoczenie reagują alergicznie na wszystko, co łączy w sobie pojęcia „młodzież” i „protest”. Od czasu zwołanych przez Aleksieja Nawalnego w marcu 2017 roku protestów wymierzonych w korupcję, na których nieoczekiwanie pojawiło się wielu młodych i bardzo młodych ludzi, polityzacja młodego pokolenia stała się jednym z głównych wyzwań dla reżimu. Młodzi Rosjanie są znużeni dyktaturą, która pozbawia ich przyszłości, i szukają ujścia dla swojego niezadowolenia. Między nimi a załogą Kremla zieje pokoleniowa przepaść, więc trudno znaleźć antidotum na polityczny ferment wśród młodzieży. Symbole emancypacji młodzieżowego głosu, takie jak Greta Thunberg, są ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuje teraz Kreml.

Putin i jego otoczenie reagują alergicznie na wszystko, co łączy w sobie pojęcia „młodzież” i „protest”.

Mimo że Władimir Putin w publicznych wypowiedziach wyraża przekonanie, że „nie wiadomo, co jest przyczyną zmian klimatu”, to Kreml raczej nie zamierza kruszyć kopii o to, czy są one antropogeniczne czy nie. W grudniu minionego roku prezydent Rosji podpisał klimatyczną doktrynę Federacji Rosyjskiej, która już na wstępie traktuje tę kwestię jasno, choć w wyważony sposób: „Współczesna nauka znajduje coraz mocniejsze podstawy, by twierdzić, że gospodarcza działalność człowieka, związana przede wszystkim z emisją gazów cieplarnianych jako rezultatem spalania paliw kopalnych, w znaczącym stopniu wpływa na klimat”.

Na razie Kreml uważa, że do sprawy zmian klimatycznych można podejść pragmatycznie, czyli robiąc rachunek zysków i strat. Wątpliwości, że skutki zmiany klimatu poważnie odbiją się na Rosji, nie ma właściwie nikt, bo to już się dzieje. Paradoks polega jedynie na tym, że z tych samych zjawisk dla Rosji płyną równocześnie korzyści i straty. Topnienie obszarów arktycznych daje Rosji nowe możliwości dostępu do ukrytych pod dnem zasobów, a przede otwiera tzw. szlak północny, czyli możliwość żeglugi po Oceanie Arktycznym, skracając tym samym drogę do Azji. Z drugiej strony przynajmniej od dekady topnieje również wieczna zmarzlina, która według różnych szacunków pokrywa od dwóch trzecich do połowy terytorium Rosji. Dla rozległych obszarów Syberii i rosyjskiej północy niesie to katastrofalne skutki, bo konstrukcja dróg, domów, całych miast i w ogóle całej infrastruktury opiera się na mrozie, co niedawno przekonująco opisał Wacław Radziwinowicz.

Podobnie jest z nadzieją na to, że cieplejszy klimat zwiększy obszar nadający się do upraw i hodowli. Zarazem można się spodziewać, że część obecnie rolniczych obszarów Rosji będzie nawiedzana przez susze, a Syberia boi się kolejnych wielkich pożarów. Klimatyczna doktryna Kremla jako korzyść wskazuje też na oszczędność energii, wynikającą ze skrócenia okresu grzewczego. Tyle że mniej grzeje się także Europa, główny importer rosyjskiego gazu. Po rekordowo ciepłej zimie europejskie magazyny surowca są pełne, więc cena spada – a to odbija się na dochodach Rosji.

Greta Thunberg, kłopotliwa posłanka z przyszłości

Kreml ma więc twardy orzech do zgryzienia. Na razie do tego zadania wydelegowano byłego premiera czeczeńskiego rządu Rusłana Edelgerijewa. Ulubieniec Ramzana Kadyrowa, niedawno nominowany na doradcę prezydenta Putina do spraw klimatu, jeździ po światowych forach i jako jedna z niewielu osób Rosji ciepło wypowiada się o Grecie Thunberg.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Siegień
Dziennikarka i reporterka
Dziennikarka i reporterka związana z Trójmiastem, Podlasiem i Kaliningradem. Pisze o Rosji i innych sprawach, które uzna za istotne, regularnie współpracuje także z New Eastern Europe. Absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego i filologii rosyjskiej na Uniwersytecie Gdańskim.
Zamknij