Świat

Grondecka: Talibowie zakazują, ale afgańscy rodzice chcą posyłać córki do szkoły

Moja mama uważa, że lepiej, żebym była martwa niż niewykształcona – mówi 15-letnia Mehdija. – Jeśli nie będę wykształcona, każdy będzie mógł robić ze mną, co chce. Z Kabulu pisze Jagoda Grondecka.

Mehdija mieszka w Kabulu, ma 15 lat i od ponad trzech miesięcy nie chodzi do szkoły. Powinna być w 11. klasie, odpowiadającej naszemu liceum, ale talibowie po dojściu do władzy otworzyli szkoły dla dziewcząt tylko do klasy szóstej. Wyżej mogą kształcić się jedynie chłopcy. – Chcę zmienić swoje życie przez edukację. Talibowie mnie nie rozumieją, bo sami nie są wykształceni. Kiedy mówię, że chcę się uczyć, tłumaczą mi: „Jesteś głupia, jesteś dziewczyną, czemu miałabyś się uczyć?” – opowiada Mehdija.

Odkąd 15 sierpnia talibowie przejęli władzę w Afganistanie, dostęp dziewcząt i kobiet do edukacji stanął pod znakiem zapytania. Podobnie jak wiele innych kwestii pod nowymi rządami, i ta wciąż pozostaje niejasna. Choć talibski rzecznik Zabihullah Mudżahid przekonywał we wrześniu, że Ministerstwo Edukacji pracuje nad ponownym otwarciem szkół średnich dla dziewcząt „tak szybko, jak to możliwe”, nastoletnie uczennice klas 7–12 wciąż nie mogą się uczyć.

W niedawnym wywiadzie z dziennikarką BBC Yaldą Hakim świat usłyszał nową wersję: tym razem wszystkie szkoły dla dziewcząt w kraju mają otworzyć się do marca przyszłego roku. Na razie działają tylko pojedyncze szkoły w kilku prowincjach kraju. – Co ważne, otworzyli je sami mieszkańcy, a nie talibowie – podkreśla Pasztuna Durrani, jedna z najbardziej aktywnych afgańskich działaczek edukacyjnych.

Grondecka: Odmawiając pomocy talibom, Zachód skazuje Afgańczyków na śmierć

Talibowie twierdzą, że kobiety będą się mogły kształcić zgodnie z szariatem. Ogłoszono, że nawet na uniwersytetach zajęcia nie będą się już odbywać w grupach mieszanych, a dziewcząt nie mogą nauczać mężczyźni. To obostrzenie samo w sobie skutecznie ograniczy wielu z nich dostęp do edukacji, bo nauczycielek zwyczajnie brakuje. Uczennice i studentki muszą także nosić „muzułmański hidżab”, nie doprecyzowano jednak, jakiego rodzaju ma to być strój.

Mogłoby się zatem wydawać, że w talibskiej wykładni prawa znajdzie się wiele uwag dotyczących edukacji kobiet i dziewcząt. Tymczasem raport ośrodka Centre for the Study of Armed Groups z lutego 2020 roku wskazuje, że na 101 publikacji zawierających instrukcje dotyczące oświaty zaledwie dwie są poświęcone dziewczynkom. Nie są też szczególnie przełomowe: jeden tekst wskazuje, że edukacja dla dziewcząt przed wiekiem dojrzewania jest ważna i musi być zapewniona; drugi tyczy się nastolatek i jest zdecydowanie mniej jasny w kwestii „odpowiednich” warunków, jakie muszą być zapewnione dla bezpieczeństwa i zgodności z islamem, by starsze dziewczęta mogły uczęszczać do szkół.

Rahmatullah Amiri, współautor raportu, uważa, że talibowie nie są szczególnie dogmatyczni, jeśli chodzi o edukację kobiet. – Technicznie rzecz biorąc, talibowie nie są przeciwni edukacji dziewcząt samej w sobie. Istnieją trzy główne problemy, z czego dwa dotyczą zarówno dziewcząt, jak i chłopców: brak pieniędzy na pensje dla nauczycieli, dostosowanie programów nauczania do ich wymogów oraz hidżab – wylicza Amiri. – Z tych trzech tylko ostatni ma zastosowanie wyłącznie do dziewcząt. Problem zwykle pojawia się na poziomie lokalnych komendantów i bojowników, którzy nie widzą potrzeby, żeby dziewczęta i kobiety uczyły się wielu przedmiotów. Są w stanie dopuścić, by były nauczycielkami lub wykonywały zawody medyczne, ale nie rozumieją, dlaczego kobiety miałyby studiować na przykład nauki polityczne.

To nie Koran prześladuje kobiety. To mężczyźni

Trzeba pamiętać, że afgański system edukacji był w ruinie – dosłownie i w przenośni – jeszcze zanim talibowie doszli do władzy w 1996 roku. Radziecka interwencja w latach 80. i późniejsza wojna domowa, która naznaczyła pierwszą połowę lat 90., odcisnęły na nim swoje piętno. Na przełomie roku 2000 i 2001 tylko 29 proc. chłopców i mniej niż 1 proc. dziewcząt uczęszczało do szkół podstawowych. Przepaść pomiędzy dostępem do edukacji dla dziewcząt i chłopców dobitnie pokazuje wskaźnik analfabetyzmu. Według Human Rights Watch czytać i pisać potrafi 66 proc. nastoletnich chłopców – ale tylko 37 proc. dziewcząt. Pośród dorosłych mężczyzn i kobiet wskaźnik ten wynosi odpowiednio 49 i 19 proc.

Według Matiullaha Wesy, lidera organizacji Pen Path, która walczy o dostęp afgańskich dzieci do edukacji, długotrwały konflikt zbrojny to jedna z głównych przyczyn, dla których wiele rodzin nie posyła swoich dzieci, szczególnie córek, do szkół. – W naszym kraju od 40 lat trwa wojna, wyrastają kolejne pokolenia osób, które nie miały dostępu do edukacji i nie rozumieją jej znaczenia – mówi.

Fakt, że talibowie zawsze – czy to jako rząd, czy jako partyzanci – próbowali mieć wpływ na system edukacji i zyskać nad nim kontrolę, nie jest niczym wyjątkowym ani odosobnionym. Takie aspiracje dzielą wszystkie podobne grupy – od Tamilskich Tygrysów po Boko Haram. Podejście talibów do edukacji i szkolnictwa ulegało zmianom wraz z rozwojem sytuacji w kraju i ich własną pozycją wobec rządu. W pierwszej fazie wojny ze Stanami Zjednoczonymi stosunek ten był jednoznaczny. Lahya (talibski kodeks postępowania, zbiór wytycznych dla bojowników) z 2006 roku jasno wskazuje: „jest zabronione, żeby w obecnym państwie (Islamskiej Republice – przyp. J.G.) pracować jako nauczyciel, bo jest to wspieranie zagranicznego okupanta”.

Kolejny artykuł idzie o krok dalej: „Każdy, kto pracuje jako nauczyciel lub mułła w obecnym państwie – które jest państwem tylko z nazwy – musi otrzymać ostrzeżenie. Jeśli mimo to odmawia zaprzestania wykonywania swojej pracy, musi zostać pobity. Oczywiście, jeśli nauczyciel lub mułła w dalszym ciągu postępuje przeciwko zasadom islamu, komendant dystryktu lub lider grupy musi go zabić”.

Wytyczne szybko zaczęły zbierać ponure żniwo. Według raportu Afgańskiej Rady Praw Człowieka z 2007 roku średnio każdego dnia zabijano jakiegoś ucznia lub nauczyciela. Rok później praktycznie połowa szkół na południu kraju została zamknięta ze względów bezpieczeństwa.

– Największe problemy spotykamy w takich prowincjach jak Helmand, Kandahar, Ghazni, Nimroz, Oruzgan, gdzie trwały intensywne walki, a większość mieszkańców żyje poza terenami miejskimi. Tam brakowało aktywności organizacji pozarządowych. W 2018 roku ponownie otworzyliśmy szkołę w Shiwali Kot w Kandaharze. Nie było tam żadnej, ani dla dziewcząt, ani dla chłopców. W wielu innych dystryktach dla dziewcząt były tylko szkoły podstawowe, ale szkół średnich już nie prowadzono – opowiada Matiullah Wesa.

Według raportu sporządzonego w 2015 roku przez World Education Forum dla UNICEF-u prawie 50 proc. afgańskich szkół nie miało do dyspozycji żadnego budynku. Lekcje odbywały się więc w namiotach lub pod gołym niebem. Od tamtej pory dostęp dziewcząt do szkół nie tylko się nie poprawił, ale w niektórych częściach kraju zaczął się pogarszać. Droga do szkoły często była długa, a idące pieszo dziewczęta mogły paść ofiarami napaści czy molestowania seksualnego. Dla rodziców był to kolejny powód, by trzymać je w domu.

Nie tylko Afganistan. Nadciąga złoty wiek dżihadu

– Mieszkańcy wsi mówili nam wiele razy: nie mamy nic przeciwko kształceniu dziewcząt, ale chcemy, żeby nasze córki uczyła kobieta. Chcemy szkoły, która mieści się w budynku, ma osobną toaletę i jest blisko, nie pięć czy sześć wiosek dalej. I nawet z tym były problemy. Nauczyciele z kolei mówili: dobrze, będziemy dojeżdżać do odległych szkół, ale chcemy za to bezpieczeństwa i wysokiej pensji. W Ministerstwie Edukacji usłyszałem, że nie są w stanie tego zapewnić. „Wysoka” pensja to 13 tysięcy afgani miesięcznie, około 150 dolarów. Gdyby UNICEF lub inna duża organizacja chciały to rozwiązać, już dawno byłoby po problemie – twierdzi Wesa.

Szkoły stały się także celem ataków ze strony lokalnej filii tak zwanego Państwa Islamskiego. W dzielnicy Daszt-e Barczi, gdzie mieszka Mehdija, w kwietniu tego roku bojownicy Daesz brutalnie zaatakowali liceum dla dziewcząt Sayed al-Szuhada, zabijając wiele osób. Zapytana, czy po tym wydarzeniu nie boi się chodzić do szkoły, Mehdija odpowiada: – Moja mama uważa, że lepiej, żebym była martwa niż niewykształcona. Jeśli nie będę wykształcona, każdy będzie mógł robić ze mną, co chce. Gdybym nie chodziła do szkoły, pewnie teraz wyszłabym już za mąż i miała dzieci.

Poza względami bezpieczeństwa prozaiczną i powszechną przyczyną nieobecności dzieci w systemie szkolnictwa jest bieda. Co najmniej co czwarte afgańskie dziecko między piątym a czternastym rokiem życia pracuje, by przeżyć lub pomóc swojej rodzinie. Zmuszonych w ten sposób do pracy jest 27 proc. dziewczynek w wieku 5–11 lat. Według UNICEF-u jeszcze przed powrotem talibów do władzy 3,7 mln afgańskich dzieci nie uczęszczało do szkół – a 60 proc. z nich stanowiły dziewczynki.

Kraj bez kobiet. Ile zostało z planów wyzwolenia Afganek

Zarlaszt Ruali z Ghazn, wolontariuszka Pen Path od 2015 roku, widziała wiele takich przypadków. – Często rodziny potrzebują po prostu asysty. Rodzice sami mówią nam: jeśli nam pomożecie, stworzycie taką możliwość, oczywiście, że wyślemy nasze córki do szkoły. ONZ-owska organizacja World Food Programme miała na przykład program, w ramach którego w zamian za uczęszczanie dziewcząt do szkoły zapewniała ich rodzinom podstawowe produkty żywnościowe: olej, mąkę, ryż. To gwarantowało im byt i sprawiało, że dziewczynki mogły się uczyć, zamiast pracować. Dzięki tym kampaniom podejście wielu rodzin do edukacji córek naprawdę się zmieniło.

Istnieją jednak także przeszkody natury kulturowej. Szczególnie w rejonach wiejskich powszechne jest zjawisko wydawania za mąż dziewczynek i nastolatek – a według organizacji broniących praw człowieka wczesne zamążpójście drastycznie zmniejsza szanse dziewcząt na kontynuowanie edukacji, zwykle sprawiając, że wypadają one z systemu. Według raportu UNICEF-u z października 2021 roku aż 33 proc. afgańskich dziewcząt wychodzi za mąż przed 18. rokiem życia. Niektórzy w edukacji widzą też zagrożenie, o czym mówi Matiullah Wesa.

– Tak, czasami mieszkańcy mi mówią, że nie chcą posyłać dziewczynek do szkoły. To dlatego, że talibowie szerzą negatywną propagandę. Tak dzieje się szczególnie w regionach na pograniczu z Pakistanem. Ludzie słyszą, że edukacja dziewcząt jest w islamie zakazana, że jeśli będą się uczyć, przestaną nosić hidżab, przestaną być skromne, zaczną pić, być rozwiązłe. To są niewykształceni ludzie, nie znają islamu, nie wiedzą, że edukacja jest obowiązkowa dla każdego. Prorok Mahomet mówił: „Żądaj wiedzy nawet w Chinach”. Ja tłumaczę ludziom: jeśli chcesz podążać za Koranem, Prorokiem, nasza religia jasno mówi, że edukacja jest obowiązkowa dla wszystkich.

Pasztana Durrani, która przez lata pracowała jako edukatorka w Kandaharze, największym mieście na konserwatywnym południu kraju i mateczniku talibów, uważa obciążanie Afgańczyków odpowiedzialnością za brak dostępu do edukacji za niesprawiedliwe. – Pierwsza rzecz, którą musimy zrozumieć, to upolitycznienie całej kwestii chodzenia dziewczynek do szkoły. Z jakiegoś powodu nie ma to miejsca w innych krajach muzułmańskich, tylko w Afganistanie – tłumaczy. – Bardzo niesprawiedliwe ze strony dziennikarzy jest zakładanie, że Afgańczycy są sami w sobie przeciwni edukacji. Gdyby tak było, dlaczego ja i wiele innych kobiet jesteśmy wykształcone? Talibowie to ekstremiści, grupa terrorystyczna. To oni sprzeciwiają się temu, by dziewczynki się uczyły.

Porozmawiajmy o islamskim feminizmie

W czasach pierwszych rządów talibów mieliśmy w całym kraju 1600 szkół. Teraz mamy 18 tysięcy – mówi Matiullah Wesa. – Główną przeszkodą cały czas była wojna. W niektórych dystryktach przez ostatnie 20 lat nie mieliśmy ani jednej szkoły, bo cały czas trwały tam walki. Nikt nie pośle córki do szkoły tam, gdzie codziennie spadają bomby. Ale za każdym razem, kiedy odwiedzam takie terytoria, widzę zmianę na plus. Zupełnie inaczej było w 2010 roku, inaczej w 2015, a jeszcze inaczej w 2019. Zmianę przyniosły też media społecznościowe. Ludzie wrzucają zdjęcia swoich córek z dyplomami, kończących szkoły, są z tego dumni i pokazują to innym.

Rahmatullah Amiri uważa, że na przestrzeni lat świadomość społeczna znacząco wzrosła. – Afgańskie społeczeństwo przeszło długą drogę, jeśli chodzi o edukację. To Afgańczycy domagają się teraz dostępu do edukacji dla swoich córek i to jest bardzo duży sukces.

Podobnie uważa Wesa, wskazując jednocześnie na problemy z dostępem do informacji. – Nasza kampania koncentruje się głównie na wsiach. Ludzie w miastach są otwarci, chcą, żeby dziewczynki się uczyły. Większość mieszkańców Afganistanu żyje jednak na terenach wiejskich, czasami trudno dostępnych, odciętych od świata. Słyszę czasami: jeśli moja córka ma zostać piosenkarką i nie podążać za islamem, to ja nie chcę, żeby się uczyła. Tłumaczę im wtedy: czy w waszej wiosce jest kobieta lekarka? Nie? To co zrobisz, gdy zachoruje twoja matka lub siostra? Jeśli nie poślesz córki do szkoły, nie będziecie mieć lekarki.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jagoda Grondecka
Jagoda Grondecka
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich. Korespondentka Krytyki Politycznej. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.
Zamknij