Świat

Kraj bez kobiet. Ile zostało z planów wyzwolenia Afganek

Pewnego dnia czekałam na montera z państwowej firmy Afghan Telecom. Kiedy przyjechał, wszedł na podwórko, rozejrzał się i nie zaszczycając mnie spojrzeniem, zawołał: „A dlaczego tu nikogo nie ma?!” – z Kabulu pisze Jagoda Grondecka.

Nie tak miało być. Wojna w Afganistanie, najdłuższa wojna w dziejach Stanów Zjednoczonych, była wysławiana przez część decydentów jako „walka o prawa i godność kobiet”. W 2001 roku w radiowej odezwie do narodu Laura Bush apelowała do Amerykanów, aby „przyłączyli się do jej rodziny, by mieć pewność, że godność i możliwości życiowe kobiet i dzieci w Afganistanie zostaną zabezpieczone”. Walka z terroryzmem jest także walką o prawa i godność kobiet – twierdziła ówczesna pierwsza dama.

W czasach rządów talibów, w latach 1996–2001 kobiety zostały praktycznie wymazane ze społecznego krajobrazu. Symbolem brutalnych rządów wynaturzonej wersji szariatu zostały sławne błękitne burki – więzienie Afganek. Kobiety stały się niewidzialne i niesłyszalne. W Kabulu talibowie nakazali wszystkim mieszkańcom szczelnie zasłaniać okna, by nikt nie mógł zobaczyć przebywających w domu kobiet. A kobiety z domu praktycznie nie wychodziły, uwięzione w czterech ścianach i ciemnościach.

Pamięć zniszczonych miast. Reportaż z irackiego Kurdystanu

Kary za nieprzestrzeganie reguł były surowe. Chłostano kobiety za odsłonięcie choćby centymetra nagiego ciała; bito, kiedy próbowały się uczyć; kamienowano, jeśli zostały uznane za winne cudzołóstwa. W 1996 roku w Kabulu pewnej kobiecie odcięto kciuk. Przewiniła tym, że pomalowała paznokcie lakierem.

W grudniu ubiegłego roku rzecznik talibów Zabihullah Mudżahid oświadczył: „Jeśli nadejdzie pokój i talibowie powrócą, nasz powrót nie będzie tak brutalny jak w 1996” – nawiązując do roku, kiedy grupa przejęła Kabul. Mudżahid dodał, że talibowie nie byli przeciwni edukacji czy pracy zawodowej kobiet, chcieli tylko zachowania norm kulturowych i religijnych. „Nie mamy nic przeciwko kobietom pracującym w instytucjach państwowych ani ich aktywnościom poza domem, ale będziemy sprzeciwiać się noszeniu przez kobiety strojów pochodzących z obcej kultury, przywiezionej do naszego kraju” – oznajmił.

Kabul, 2020 r. Fot. Jagoda Grondecka

Afgańska polityczka Fawzia Koofi, jedna z trzech kobiet, które biorą udział w negocjacjach z talibami w Dosze, powiedziała: „Jeden z przedstawicieli talibów (w ich delegacji nie ma żadnej kobiety – przyp. aut.) przemawiał jakieś 15 minut po mnie i powiedział, że kobiety mogą pracować, dysponować własnością prywatną, chodzić do szkoły – wszystko to było zakazane w czasach rządów talibów – ale kobieta nie może być prezydentką”. Ostrzega jednak, że takie poglądy nie są powszechne wśród talibów, szczególnie tych, którzy wciąż biorą udział w walkach.

Rzeczywiście, jak tłumaczył mi dowódca talibów w prowincji Kunduz na północy Afganistanu, która w dużej części pozostaje pod kontrolą grupy: „Nie mamy nic przeciwko demokracji, jeśli chodzi o głosowanie czy wybieranie przedstawicieli. Ale jeśli demokracja ma oznaczać na przykład, że kobiety przestają zakrywać głowy, bo tak chce większość z nich, nie możemy się na to zgodzić”.

Covid-19 kontra ISIS. Zasady higieny dla bojowników dżihadu

Mohammad Talib, jak się przedstawił, zapewnia jednak, że talibowie nie mają nic przeciwko edukacji dziewczynek – pod warunkiem że w szkołach będą przekazywane odpowiednie dla nich treści. Na pytanie, czy to miałoby oznaczać, że dziewczęta uczyłyby się czegoś innego niż chłopcy, nie daje jasnej odpowiedzi. „Nie jesteśmy wrogami kobiet. Będą cieszyć się wszystkimi prawami, jakie gwarantuje im islam” – ucina. Tę samą retorykę o prawach zapewnionych w ramach islamu talibowie stosowali podczas swoich głęboko mizoginistycznych rządów.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że tylko religijni fanatycy i ich totalitarne zapędy są siłą hamulcową na drodze walki o prawa i podmiotowość afgańskich kobiet. Choć zdarza się, że jako cudzoziemka jestem traktowana inaczej – czyli jak mężczyzna – wielokrotnie przekonywałam się na własnej skórze, że w afgańskim społeczeństwie (nawet w stolicy kraju, bo to, co dzieje się na prowincji, to zupełnie inna historia) kobieta ma praktycznie status dziecka.

Gdy szukałam domu do wynajęcia, na każdym spotkaniu musiałam pojawiać się z chłopakiem lub przyjacielem, bo panowie – właściciele i agenci nieruchomości – konsekwentnie mnie ignorowali. Podobnie rzecz miała się z elektrykiem, któremu wyłożyłam w całkiem zrozumiałej perszczyźnie, na czym polega problem. Po wysłuchaniu mnie pan bez słowa zwrócił się do kolegów, którzy akurat mi towarzyszyli, ale ani nie są lokatorami domu, o który chodziło, ani też nie mieli zielonego pojęcia o przebiciach i zwarciach w instalacji. Kiedy zorientował się, że oni mu nie pomogą… wyszedł na zewnątrz szukać sąsiada.

Wtedy jednak przynajmniej nie został zanegowany sam fakt mojego istnienia. Pewnego dnia czekałam na montera z państwowej firmy Afghan Telecom. Kiedy ów przyjechał, wszedł na podwórko, rozejrzał się dookoła i nie zaszczycając mnie spojrzeniem, zawołał: „A dlaczego tu nikogo nie ma?!”. Choć sytuacja była całkiem komiczna, przez moment miałam jednak poczucie sporej konsternacji – przecież byłam! – aż zrozumiałam, że podobna niewidzialność i pobłażliwe traktowanie to codzienność afgańskich kobiet.

Henaa Saleh ma 25 lat i pracuje jako prawniczka w prezydenckiej kancelarii. Jest specjalistką od prawa handlowego – jak sama mówi, chyba najbardziej zmaskulinizowanej w Afganistanie gałęzi prawa. „Często bywa tak, że na spotkaniach jestem ja i sami mężczyźni. I chociaż wiem tyle samo co oni, a nierzadko więcej, traktują mnie zupełnie inaczej. Zdarza się, że próbują mi tłumaczyć moje własne pomysły” – mówi. „Rodzice wspierali mnie przez całą ścieżkę edukacji, ale nie mogę powiedzieć tego o całej rodzinie. Zawód prawnika nie jest w Afganistanie uważany za odpowiedni dla kobiety. Prawnik powinien być przecież wygadany, wychodzący do ludzi, umiejący stawiać na swoim. To wszystko cechy, których oczekuje się od mężczyzny, ale u kobiet się ich nie ceni, wręcz przeciwnie”. Opowiada, że kawalerowie często poszukują wykształconej narzeczonej, żeby później zamknąć ją w domu. Chcą się chwalić jej wiedzą i obyciem, ale nie w smak im, żeby wykorzystywała swoją wiedzę w karierze zawodowej.

Henaa Saleh. Fot. Jagoda Grondecka

Żywym dowodem na to, jak silne pozostaje przekonanie, że miejsce kobiety jest w domu, a w najgorszym razie w jakimś „kobiecym” zawodzie, jest Nilufar Rahmani. Rahmani zapisała się w historii jako pierwsza afgańska pilotka wyszkolona po obaleniu reżimu talibów. Po szkoleniach w USA, które były częścią starań Waszyngtonu o wzmocnienie reprezentacji kobiet w afgańskich siłach bezpieczeństwa, musiała ubiegać się o azyl w Ameryce ze względu na społeczny sprzeciw, jaki wzbudziła jej praca. Groźby otrzymywała nie tylko od ekstremistów, ale też własnych krewnych.

Badanie przeprowadzone przed rokiem przez organizację UN Women wykazało, że zaledwie 15 proc. afgańskich mężczyzn dopuszcza pracę zamężnych kobiet poza domem. Dwie trzecie Afgańczyków narzeka z kolei, że obecnie Afganki mają… zbyt wiele praw.

Nilufar Saley Ghaffar, która reprezentuje Partię Solidarności Afganistanu, jest zagorzałą krytyczką zaangażowania sił USA i NATO w Afganistanie. Jej zdaniem działania władz na rzecz równouprawnienia kobiet są tylko na pokaz, stwarzają tylko iluzję postępu. „Afgańskie kobiety starają się przetrwać w jednym z najbardziej brutalnych i niebezpiecznych miejsc na świecie. To jest bardzo mocne” – uważa.

Jej opinię potwierdzają liczby. Raport amerykańskiego Watchdoga z września 2018 roku nazwał realizowany w Afganistanie przez USAID program o wartości 280 mln dolarów – największą pojedynczą inwestycję amerykańskiego rządu na rzecz praw kobiet – niewypałem i stratą pieniędzy podatników.

Nocami myślę o Kabulu [reportaż]

Henaa uważa, że wolność i równe prawa mogą sobie wywalczyć tylko same Afganki. „To od nas zależy, czy przyszłe pokolenie kobiet będzie zmagało się z tymi samymi problemami co my” – przekonuje. „Oczywiście nie oczekuję przeciwstawienia się patriarchatowi przez niewykształcone, całkowicie zależne od swoich mężów kobiety z prowincji. Ale my mamy szansę przynieść zmianę. Musimy sprzeciwiać się szkodliwym praktykom, jak zmuszanie do małżeństw, walczyć o to, żebyśmy mogły wybrać własną ścieżkę kariery zawodowej. Tego nikt nie zrobi za nas. A ja nie wyobrażam sobie tkwienia dłużej w tej rzeczywistości. To nie jest tak, że się do tego przyzwyczajasz. Przeciwnie, każdy kolejny lekceważący czy obraźliwy komentarz ze strony mężczyzny wkurwia mnie jeszcze bardziej”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jagoda Grondecka
Jagoda Grondecka
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich. Korespondentka Krytyki Politycznej. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.
Zamknij