Świat

Wyborcom będzie trudniej, miliarderom łatwiej, czyli dzień jak co dzień w Kongresie USA

W Ameryce głosuje coraz więcej młodych ludzi – a oni wybierają demokratów. Republikanie robią więc, co mogą, by utrudnić im udział w wyborach, a Senat na to przystał. Przy okazji sypnął wielkimi pieniędzmi tym, którzy potrzebują ich najbardziej: miliarderom od technologii cyfrowych.

W amerykańskim Senacie trwa spór o to, czy tę równie czcigodną, co skostniałą instytucję należy wreszcie reformować – to znaczy wyeliminować obstrukcję parlamentarną, jak chcą demokraci – czy też ją zapeklować, zamarynować i nie tykać, jak chcą republikanie i ich szef Mitch McConnell, teflonowy senator z Kentucky.

Kilka dni temu dzięki obstrukcji (filibuster) republikanie zablokowali wielką progresywną ustawę For the People Act, która nie tylko ułatwiłaby wielu uprawnionym udział w wyborach, ale też mogła rzucić więcej światła na pieniądze, które w formie wpłat na kampanie wyborcze rządzą Waszyngtonem.

Stuosobowy Senat jest podzielony dokładnie fifty-fifty. Mamy 50 demokratów i 50 republikanów oraz jeden dodatkowy – decydujący – głos wiceprezydenta, w tym przypadku demokratki Kamali Harris. Na razie obowiązuje zasada, że każda ustawa, która nie dotyczy budżetu, musi uzyskać poparcie 60 senatorów, żeby Senat w ogóle się zabrał do głosowania. To jest właśnie ta obstrukcja, którą może zgłosić jeden z senatorów, a która ma teoretycznie chronić mniejszość polityczną w wyższej izbie amerykańskiego Kongresu i przepuszczać tylko te ustawy, które faktycznie popiera większość senatorów.

Bogaci nie płacą podatków, bo nie są biedni. Czego nie rozumiecie?

Demokraci ze swoją przewagą w Senacie mogliby ten mechanizm obstrukcji po prostu obalić kompletnie i na zawsze. Powstrzymuje ich przed tym dwoje centrowych senatorów w ich własnej partii – Joe Manchin z Zachodniej Wirginii i Kyrsten Sinema reprezentująca Arizonę. W obu przypadkach mówimy o senatorach Partii Demokratycznej, którzy cudem wygrali w tradycyjnie konserwatywnych stanach. Wygrali również dlatego, że zapewne obiecali lokalnym wyborcom, że nie będą zbyt progresywni i na pewno nie będą zmieniać zasad, którymi rządzi się Senat. Oboje deklarują tzw. myślenie długofalowe, czyli przeświadczenie, że raczej prędzej niż później demokraci mogą się znaleźć w senackiej mniejszości, a wtedy obstrukcja parlamentarna będzie jak znalazł. Jeszcze im wyrywający się na progresywną niepodległość demokraci kiedyś podziękują…

For the People Act stanowi odpowiedź demokratów na setki projektów ustaw w stanach, gdzie rządzą republikanie. I tu musimy się cofnąć do niesławnych wyborów prezydenckich z listopada. Gdy republikanie uznali, że Biden „ukradł” Trumpowi wybory – zgodnie z logiką: „przecież wszyscy, których znam, głosowali na Trumpa” – stanowy kongres w Arizonie zainicjował ponad 20 projektów ustaw wprowadzających obostrzenia dotyczące tego, kto, kiedy i w jaki sposób może głosować w wyborach. To samo dzieje się w Georgii, którą Biden również wygrał i którą jego Departament Sprawiedliwości obecnie pozywa za łamanie przepisów federalnych i próbę ograniczania czynnego prawa wyborczego.

Jeszcze nigdy Kongres USA nie uznawał zwycięzcy wyborów prezydenckich w takich warunkach

Podobnie jak w Georgii, kongres stanowy Arizony jest kontrolowany przez republikanów, a senator Sinema faktycznie stąpa w Arizonie, gdzie pracowałam przez ostatnie dwa lata jako reporterka, po bardzo grząskim gruncie. Wiem z własnego dziennikarskiego doświadczenia, że chociaż zaczynała jako młoda, progresywna, biseksualna aktywistka związana z partią Zielonych, Sinema nie daje się naciągnąć na żadne komentarze, które by ją partyjnie szufladkowały. „Pozapartyjność” i „służba wyborcom” obu partii to jej stała mantra, a na pytania o obstrukcję parlamentarną w ogóle nie ma już cierpliwości dłużej odpowiadać.

Pamiętajmy również o tym, że zarówno ona, jak i Manchin, wygrali wybory w tradycyjnie republikańskich stanach praktycznie cudem. Partia Demokratyczna może się oburzać, że nie są tak progresywni, jak by życzyła sobie administracja Bidena, ale jednocześnie jest im niesamowicie wdzięczna za to, że w ogóle zdobyli dla demokratów te trudne miejsca w Senacie. A zdobyli je właśnie dlatego, że są centrowi i na każdym kroku zaklinali się, że daleko im do socjalizmu spod znaku np. Berniego Sandersa z Vermont.

W odpowiedzi na legislacyjny atak republikanów demokraci przygotowali projekt ustawy For the People Act, który swobodnie przeszedł przez demokratyczną Izbę Reprezentantów, by polec – co było do przewidzenia – w Senacie. Ustawa wprowadziłaby takie progresywne rarytasy jak automatyczną rejestrację wyborców (w Stanach, jak się nie zarejestrujesz, to nie głosujesz), prawa wyborcze dla byłych „przestępców”, którzy wyrok już dawno odsiedzieli, ale wciąż nie mogą głosować, oraz federalną komisję do wyznaczania okręgów wyborczych.

Na szczęście, jak stwierdził lider republikanów w Senacie Mitch McConnell, Senat „wypełnił swoją funkcję” i powstrzymał ten partyjny pucz, lub też federalny zamach na stanowe wolności. McConnell wie dobrze bowiem coś, w co wyborcy Trumpa nadal nie mogą uwierzyć – że wybory prezydenckie demokraci wygrali legalnie, bez oszustwa, a baza demokratycznych wyborców rośnie z roku na rok, zgodnie z demografią. Co bardziej rozgarnięci republikanie zdają sobie sprawę, że z roku na rok będzie tylko gorzej i tylko archaiczne, broniące mniejszości struktury amerykańskiej władzy mogą ten proces spowolnić.

Zgodnie z tą logiką należy więc utrudniać demokratom głosowanie tak, jak to tylko możliwe – ograniczając możliwość głosowania przed dniem wyborów (który w Stanach nie jest dniem wolnym od pracy), zmniejszając liczbę lokali wyborczych (im dłuższe kolejki, tym mniej oddanych głosów) i nie pozwalając podawać ludziom stojącym w kolejce do głosowania wody. To tylko kilka przykładów republikańskich inicjatyw, których teraz – po klęsce For the People Act – będzie z pewnością przybywać.

Stany Podzielonej Ameryki

W pewnym sensie Senat jest więc sparaliżowany, a administracja Bidena ma związane ręce. Zanim jednak zaczniemy się użalać nad biedną lewicą w Kongresie, która próbuje walczyć ze skorumpowanymi republikanami, pragnę podkreślić, że w Senacie wciąż panuje jednomyślność tam, gdzie chodzi o interesy prawdziwego klienta Waszyngtonu, którym niestety nie są amerykańscy obywatele, ale wielki biznes.

Chodzi o ćwierćbilionową inwestycję w high tech, sprzedawaną jako obrona amerykańskiej niezależności przed Chinami. Projekt ustawy The U.S. Innovation and Competition Act zdobył na początku czerwca większość 68 głosów i pokazał, że czasami można się dogadać (do demokratów dołączyli McConnell i 18 republikanów). Przeciwko projektowi głosował natomiast Sanders, który dobrze wie, że ta ustawa to zasiłek dla wielkiego biznesu – na domową produkcję półprzewodników, układów scalonych itd.

Jak powtarza nasz największy żyjący filozof Noam Chomsky, inwestowanie w nowe technologie olbrzymich pieniędzy biedniejącego społeczeństwa to długa amerykańska tradycja, której nie kwestionują nawet ci republikanie, którzy upierają się, że wszystko należy zostawić wolnemu rynkowi. To w ten sposób – na kontraktach i grantach Pentagonu i NASA – powstały wszystkie amerykańskie innowacje, łącznie z komputerami i internetem. Dziesięć miliardów dostanie np. Jeff Bezos na swój kosmiczny projekt, bo inaczej przecież Chiny wyprzedzą Amerykę w kolonizowaniu Księżyca, a wtedy to chyba Kennedy przewróci się w grobie. Kasy podatników domagał się też Elon Musk, ale przegrał z szefem Amazonu.

Podczas debaty w Senacie Sanders zauważył, że przekazywanie miliardów miliarderom i ich firmom jest co najmniej niestosowane w czasach, gdy „poziom nierówności w Ameryce jest skandaliczny i stanowi zagrożenie dla demokracji”. Ale jak zwykle w takich przypadkach znalazł się w mniejszości.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Popęda
Agata Popęda
Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.
Zamknij