Gospodarka

Morawski: Dla gospodarki to bardziej jak wojna niż trzęsienie ziemi

Moje pierwsze intuicje były takie, że koronawirus jest jak trzęsienie ziemi: zatrzymuje nas niemal w miejscu, ale potem prowadzi do szybkiego odbicia. Ale dziś uważam, że będzie raczej jak wojna. Taka wojenna – pracująca na przetrwanie – gospodarka cechuje się permanentnym ograniczeniem dostaw niektórych towarów, zwiększoną inflacją oraz koniecznością stosowania narzędzi centralnego sterowania. Z Ignacym Morawskim rozmawia Michał Sutowski.

Michał Sutowski: Najnowsza prognoza ekonomistów mBanku w związku z epidemią koronawirusa zakłada, że wzrost gospodarczy Polski w 2020 roku spadnie do poziomu 1,8 procent. Czy to sygnał nadchodzącej katastrofy? Bo z kolei gdzie indziej czytam, że polski dług jest dziś najniżej oprocentowany w historii i jak dobrze pójdzie, to przyoszczędzimy na jego obsłudze kilkanaście miliardów złotych…

Ignacy Morawski, SpotData: Myślę, że dziś prognoza wzrostu gospodarczego na ten rok powinna być bliższa 0 proc. niż 2 proc. Bo w scenariuszu pesymistycznym będziemy mieli dużą recesję, a w optymistycznym spowolnienie, więc wypośrodkowany scenariusz jest w okolicach zera. Jednocześnie dużo ważniejszy od prognoz centralnych jest rozkład ryzyk i tzw. stress-testy. Rząd i firmy powinny zatem wdrożyć planowanie scenariuszowe, a nie trzymać się tylko jednego czy dwóch wariantów. Jeżeli zaś chodzi o inne kwestie, to rozważania o kondycji budżetu, deficycie i tym podobnych schodzą na plan dalszy, na pierwszy zaś wysuwają się kwestie bezpieczeństwa ludności i obrotu gospodarczego, względnie systemu płatności w gospodarce.

A konkretnie?

Co do ludności, to widzimy, że we Włoszech, a tym bardziej w tak rozwiniętym regionie jak Lombardia, dochodzi w ochronie zdrowia do sytuacji znanych z filmów wojennych: prowadzona jest selekcja pacjentów do terapii, a dziennie umiera tam nawet kilkaset osób. W tym sensie bezpieczeństwo rozumiem dosłownie, w kategoriach życia i śmierci.

Hausner: Ocalmy Europę przed bezradnością państw narodowych

A bezpieczeństwo systemu płatności dotyczy krwiobiegu gospodarki, jeśli on staje, to mamy zawał. Bo i rząd, i firmy muszą na bieżąco regulować zobowiązania wobec wierzycieli, kontrahentów, pracowników, no i budżetu państwa.

Zagrożenie związane z naszym zdrowiem rozumiem – umieralność z powodu koronawirusa, zwłaszcza wśród osób starszych, jest rzeczywiście dużo wyższa niż przy grypie sezonowej. Ale chciałbym się dowiedzieć, jak ta epidemia przekłada się na gospodarkę.

Ja ten problem analityczny widzę jako piramidę. Na jej szczycie jest tempo rozprzestrzeniania się wirusa, i już to generuje ogromne problemy poznawcze. Musimy bowiem korzystać z danych oraz opinii epidemiologów, którzy mówią, co się dzieje i może dalej dziać. I tu już mamy ogromną niepewność, bo oprócz wskaźników zakaźności i śmiertelności opartych na doświadczeniach Chin mamy wiele niewiadomych.

Bo społeczeństwa są młodsze lub starsze, mają lepszą czy gorszą służbę zdrowia…

Więcej, weźmy na przykład ryzyko wygaśnięcia, a potem nawrotu epidemii. Eksperci mówią, że kluczowy czynnik to autoodporność, którą część populacji nabędzie w kontakcie z wirusem.

Koronawirus propagandy, czyli to państwa są niesolidarne, nie Unia Europejska

Ten wskaźnik determinuje falowanie epidemii, ale eksperci nie wiedzą przecież jeszcze, jaki jest ten wskaźnik, a do tego ja z kolei nie wiem, czy np. przyduszanie aktywności społecznej metodami administracyjnymi – przez kwarantannę czy choćby zachęcanie ludzi do pracy w domach – nie redukuje możliwości nabycia tej autoodporności.

I w efekcie choruje nas jednocześnie mniej, ale epidemia trwa dłużej?

Na przykład. I teraz wróćmy do naszej piramidy: mamy te niepewne dane epidemiologiczne, a my, jako analitycy gospodarki, musimy je interpretować wtórnie. Kolejnym zatem etapem czy elementem piramidy jest rysowanie scenariuszy makroekonomicznych na podstawie tego, co się dzieje z epidemią.

Bezpieczeństwo systemu płatności dotyczy krwiobiegu gospodarki, jeśli on staje, to mamy zawał.

No i wreszcie trzecia część piramidy to formułowanie prognoz, jaka będzie odpowiedź i jaka skuteczność ze strony polityki makroekonomicznej państw.

Rozumiem, że o pewność bardzo trudno. Ale co by to konkretnie znaczyło – gdyby to jednak ten mBank miał rację?

Prognoza, że w Polsce wzrost wyniesie 1,8 procent, wydaje mi się – na ten moment – raczej łagodna. To nie byłaby katastrofa, przechodziliśmy takie sytuacje co najmniej dwa razy w ostatnich dziesięciu, dwunastu latach. Oczywiście, przez wiele miesięcy firmy będą miały problemy, ktoś może stracić pracę, będą koszty społeczne – ale i to nie jest zjawisko nieznane, mają je w pamięci nawet obecni pracownicy. Wedle tej prognozy nawet wzrost bezrobocia byłby nieduży, bo firmy przez ten czas przytrzymałyby pracowników.

Kłopot w tym, że kiedy oni pisali  swoją prognozę, było dzień po zamknięciu Lombardii, czyli regionu odpowiadającego za 1/3 PKB Włoch. Już wtedy można było oczekiwać, że gospodarka tego kraju wejdzie w głęboką recesję… A  dzień później podjęto tę decyzję odnośnie do całego kraju. Co więcej, napływające dane o zachorowaniach z innych krajów są coraz gorsze.

No to powiedzmy, jak pan widzi rozwój sytuacji. Dlaczego to będzie raczej bliżej zera niż dwóch procent wzrostu PKB?

Możemy spojrzeć na krzywe epidemiologiczne, które pokazują, ile jest nowych przypadków dziennie – przykład Chin pokazuje, że cała epidemia trwa, powiedzmy, 2–3 miesiące, przy czym szczyt następuje około 1,5 miesiąca i wtedy zaczyna spadać.

Optymistyczny scenariusz byłby taki, że świat idzie ścieżką chińską. Skoro w Europie epidemia zaczęła się w lutym, to jej peak osiągniemy pod koniec marca, później zacznie spadać. W maju wracamy do życia i kręcimy biznes jak dotychczas. Można to sobie wyobrazić i jeszcze parę dni temu to byłby dla mnie scenariusz bazowy.

Dziś już nie jest?

Po pierwsze, Chiny mają większą możliwość zarządzania swą gospodarką niż inne kraje. Po drugie, w niektórych miejscach – na przykład w Polsce – epidemia dopiero się zaczyna. Europa Zachodnia jest miesiąc za Chinami, a my 2 tygodnie za Europą Zachodnią. Jeżeli byśmy zatem poszli ścieżką zachodnioeuropejską, to szczyt mamy dopiero w kwietniu. Na to trzeba nałożyć kolejne zastrzeżenia. WHO twierdzi na przykład, że ta epidemia może wcale nie wygasnąć wiosną–latem, a z kolei Marc Lipsitch, epidemiolog z Harvardu, mówi, że epidemia może wprawdzie wygasnąć, ale potem wrócić na jesieni.

Tak jak w 1918 hiszpanka…

Gdyby teraz tak się stało, aktywność gospodarcza byłaby przyduszona na dłużej.

Powiedzmy o konkretnych czynnikach, przez które epidemia wpływa na gospodarkę. Rozumiem, że chodzi o podaż, o popyt i o płynność?

Rozpatrywanie tej sytuacji od strony popytowej czy podażowej, co robi większość ekonomistów, ma ograniczony sens. Bo wstrząsy podażowe, przypomnijmy, to takie, które podnoszą inflację, obniżają zaś dochody i spowalniają wzrost gospodarczy. Przykładem wstrząsu tego rodzaju jest zatrzymanie dostaw jakichś towarów – jest ich mniej na rynku, cena wówczas rośnie, za to gospodarka produkuje mniej, ergo rośnie wolniej.

Rozumiem, że w naszym przypadku to byłoby wstrzymanie dostaw podzespołów dla europejskich fabryk z Chin? Ale tu chyba nie ma tragedii. Ze względu na chiński Nowy Rok firmy europejskie porobiły w styczniu trochę większe zapasy niż zazwyczaj, nie na 2, tylko na około 5 tygodni. A skoro w Chinach wznawia się już produkcję, to nawet jeśli statek z frachtem płynie do Europy miesiąc, to ten problem nie wydaje się aż tak straszny…

Tak, przy czym teraz będą problemy z dostawami, na przykład z Włoch. Co do samych Chin, to w przeciętnej branży w Polsce same dostawy stamtąd odpowiadają za jakieś 1,5 procent wartości produkcji; to nie jest bardzo dużo, ale już w przemyśle elektronicznym, elektrycznym, odzieżowym, maszynowym i transportowym te wskaźniki są dużo wyższe. Tak czy inaczej, na taki wstrząs podażowy polityka gospodarcza ma mały wpływ, może ewentualnie zapobiegać kosztom wzrostu bezrobocia, poprawiać płynność finansową przedsiębiorstw, ale niespecjalnie jest w stanie odwrócić zjawisko.

Z kolei wstrząs popytowy to taki, gdy maleje zapotrzebowanie na jakieś dobra – to może wynikać ze zmiany preferencji konsumentów, problemów finansowych nazbyt zadłużonych firm, które przestają inwestować…

Albo ludzie nie mają pieniędzy, bo zaczęli tracić pracę w wyniku cięć?

Znowu, niezależnie od przyczyn zakłada się, że w takiej sytuacji polityka makroekonomiczna, tzn. pieniężna i fiskalna, może ten brakujący popyt stymulować. Ale powtórzę, to jest spojrzenie schematyczne, które często nie pasuje do realnych warunków, i pandemia koronawirusa to jest idealny przykład.

Dlaczego? Może po prostu mamy obydwa szoki naraz? To znaczy problemy z dostawami to raz, a że ludzie będą siedzieć w domu i nie kupować towarów – to dwa. Oczywiście po tym, jak już wykupią szturmem zapasy z dyskontów i hipermarketów.

Nie jeżdżą na wakacje ani na weekend, nie śpią w hotelach, nie chodzą do kina, do teatru, na mecz, do knajpy, na koncert.

W efekcie mamy gigantyczny zjazd popytu w branży turystycznej, transportowej, w branży eventów, konferencyjnej itp. To z kolei się przełoży – przez mniejsze wydatki marketingowe – na media i inne sektory usługowe, z czasem też na przemysł. Tak jakby wylać atrament na gąbkę: najpierw jest czarna gąbka na górze, potem substancja przesącza się na dół.

Wstrząs dziś widoczny jest w kilku sektorach, ale jeśli potrwa dłużej, to musi dotknąć niemal wszystkich. Natomiast podkreślę, że rozróżnianie tych elementów – podaży i popytu – nie ma dziś sensu, bo największym problemem jest teraz potencjalny brak płynności.

Wstrząs dziś widoczny jest w kilku sektorach, ale jeśli potrwa dłużej, to musi dotknąć niemal wszystkich.

Ale na to chyba są gotowe rozwiązania? Jakieś kredyty płynnościowe od państwa?

Na tym polegają pierwsze salwy armatnie banków centralnych i rządów: to linie kredytowe dla banków na podtrzymanie firm lub dla firm bezpośrednio, kredytowanie zobowiązań dotyczących podatków i składek – to, co właśnie robi polski rząd, choć wciąż na zdecydowanie zbyt małą skalę.

A słusznie robi?

Uważam, że to dobre posunięcia, bo trzeba w jakiś sposób ulżyć firmom, żeby one z kolei mogły płacić pracownikom. Ale im głębiej będziemy w dołku, tym te narzędzia będą mniej wystarczające.

Gdyby miał pan rządowi doradzać działania już na teraz, to co by to było?

Najważniejsza rzecz to oczywiście nieograniczone finansowanie potrzeb ochrony zdrowia. Jeżeli chodzi o gospodarkę, to są dwa kroki – pierwszy to armata, drugi rakieta. Pierwszy krok to wsparcie zwrotne dla zagrożonych firm, czyli odraczanie płatności podatkowych, przedłużanie terminów spłat kredytów, wsparcie na wypłatę wynagrodzeń. Drugi krok to bezpośrednie dotacje, na przykład na opłacenie bezpłatnych urlopów niektórym pracownikom. To, która opcja będzie potrzebna, zależy od rozwoju sytuacji, ale gotowość powinna być do obu.

Koronawirus i przedsiębiorcy: jak trwoga, to do państwa

Nad tym wszystkim jest pytanie o reakcję polityki pieniężnej. Tu też jest kilka poziomów reakcji. Najpierw wsparcie kredytowe dla banków kredytujących firmy. Potem skup obligacji. To są wszystko zarysy działań, które można podjąć. Konkretne decyzje muszą podejmować ludzie zaznajomieni z sygnałami płynącymi z firm.

Mówił pan, że scenariusze są mocno niepewne. A jednak mimo to wiemy, że wstrząs będzie silny?

Moje pierwsze intuicje były takie, że koronawirus jest jak trzęsienie ziemi: gwałtownie zaburza działalność gospodarczą, zatrzymuje nas niemal w miejscu, ale potem prowadzi do szybkiego odbicia. Bo przecież same wydatki związane ze sprzątaniem bałaganu podnoszą PKB, poziom dochodu wraca więc szybko do trendu czy poziomu wyjściowego. Ale dziś wygląda mi na to, że punktem odniesienia – jeśli epidemia będzie głęboka i długa – powinna być raczej gospodarka wojenna niż odbudowa po klęsce żywiołowej. Ta pierwsza cechuje się bowiem permanentnym ograniczeniem dostaw niektórych towarów, zwiększoną inflacją oraz koniecznością stosowania narzędzi centralnego sterowania.

Czy to nie za daleko idąca metafora? Ta „wojna”.

Oczywiście, że to nie jest powtórka z wojny, bo skala problemu i czasy inne, ale pewne mechanizmy działania gospodarki mogą być podobne. Już je zresztą widzimy, także w Polsce, bo nałożono na przykłąd ograniczenia na eksport wyrobów medycznych – to pierwsza jaskółka. Mamy też przedłużające się zaburzenia dostaw, a jednocześnie banki centralne i rządy za wszelką cenę będą dążyć do utrzymania stabilności płatności i zatrudnienia.

Czego nie może Europejski Bank Centralny

I to się uda?

W skrajnym przypadku może być tak, że bank centralny będzie zasilał konta ludzi jakimiś kwotami bezpośrednio.

A więc helicopter money wróci do łask?

Wyobraźmy sobie, że firmy nie będą miały z czego płacić wynagrodzeń, więc weźmie to na siebie rząd, finansowany przez bank centralny. Oczywiście to jest scenariusz bardzo skrajny. Nie umiem ocenić prawdopodobieństwa jego realizacji, ale ważne, żeby myśleć wariantowo.

Drukowanie pieniędzy i wysyłanie ich obywatelom to polityka, która przez dekady obłożona była anatemą, jako przepis na hiperinflację. Mam jednak wrażenie, że w ostatnich tygodniach pewne bariery psychologiczne i tak zostały już przekroczone. Nawet ortodoksyjna ekonomicznie Komisja Europejska zapowiedziała już, że wydatki Włoch na walkę z koronawirusem nie będą wliczane do deficytu.

To sytuacja nadzwyczajna, w której wiele reguł faktycznie jest zawieszanych.

Ale przecież sytuacje nadzwyczajne czasami mogą przesuwać granice tego, co możliwe. Tym bardziej, że stopy procentowe są dziś najniższe w historii. A to, jak rozumiem, ogranicza pole manewru dla polityki pieniężnej. Czy to znaczy, że rzeczywiście zaczniemy stosować politykę fiskalną na wielką skalę?

Niby przyjmuje się, że polityka pieniężna polega na regulowaniu ilości pieniądza w gospodarce, a właściwie jego ceny; fiskalna zaś to redystrybucja dochodu od jednych do drugich. Ale przecież polityka monetarna, której celem jest stabilna inflacja, też redystrybuuje dochód; deflacja to przekazywanie środków od zadłużonych do wierzycieli, a inflacja odwrotnie… Inflacja też zatem pełni rolę redystrybucyjną, a więc narzędzia stosowane w polityce pieniężnej mają ewidentnie charakter fiskalny.

MMT, czyli wojna o pieniądze

czytaj także

MMT, czyli wojna o pieniądze

Maciej Wróblewski

Tak jak to helicopter money, które kilkadziesiąt lat temu postulował Milton Friedman – on w kontekście stabilnego wzrostu podaży pieniądza, ale dziś przecież cele społeczne były dużo ważniejsze.

A jeśli porównać sytuację z roku 2008 i dzisiejszą, to jesteśmy lepiej czy gorzej przygotowani na kryzys?

Pomijając Włochy, skala wstrząsu nie jest jeszcze tak silna, bo wtedy w dużych krajach rozwiniętych banki były na skraju upadłości, a obrót gospodarczy z dnia na dzień w bardzo wielu branżach po prostu stanął. Potencjalnie ryzyko jest jednak większe niż przed dekadą.

Bo?

Bo makroekonomia wypracowała przez wiele dekad narzędzia reagowania na kryzysy finansowe. Ze względów politycznych stosowane są gorzej lub lepiej, względnie zbyt późno – ale istnieją, a zrozumienie mechanizmów ich działania jest duże.

Friedman i Keynes by się nie zgodzili, że się zgadzają w temacie przyczyn kryzysu 1929 roku. Ani w sprawie diagnozy, ani recepty na kryzys.

Tak, ale pomijając skrajne przypadki think tanków czy publicystów, wśród decydentów, polityków i ekspertów panował elementarny konsensus, co robić w 2009 i 2012 roku. Oczywiście, panuje też zgoda, że zrobiono za mało. Ale to nastąpiło raczej z powodów politycznych, bo wiedza „co robić”, gdy następuje gwałtowny spadek popytu oraz płynności przedsiębiorstw i banków – jest.

Za to domyślnych narzędzi do reagowania na pandemię nie mamy zbyt wiele.

Ale to przecież nie jest pierwsza pandemia w historii. Przed dekadą była „świńska grypa”, wcześniej wielkie pandemie w 1957 i 1968 roku przywleczone z Chin i Hongkongu. Nie mówiąc o „hiszpance”, która zabiła więcej ludzi niż I wojna światowa. 

Wtedy świat nie był tak zglobalizowany, mniejszy był przepływ ludzi i kapitału, handel był inaczej zorganizowany, więc porównania nie mają sensu. Dziś nie mamy jednoznacznego oglądu sytuacji – niby wiemy, że trzeba podtrzymać płynność, ale technicznie to już nie takie proste.

Koronawirus w Polsce, czyli cztery praktyczne testy państwa teoretycznego

Do tego, im głębszy kryzys, tym będzie to bardziej kosztowne politycznie. No bo wyobraźmy sobie sytuację, kiedy rząd nie tylko odroczy czy wręcz daruje płatności ZUS lub podatków firmom, ale też zacznie wypłacać wynagrodzenia. No i teraz komu? Którym branżom się należy? Pokusa nadużycia będzie gigantyczna i ciężko będzie sobie z nią poradzić. A dochodzi jeszcze inflacja… Powtórzę jednak: rozmawiamy o scenariuszach, a nie pewnej prognozie.

I nacjonalizacja płac w którym się mieści?

Wyjściowo przyjmujemy recesję do drugiego kwartału, a potem mocne odbicie. Scenariusz negatywny zakłada głęboką recesję i powolne odbicie, a superpesymistyczny to recesja trwająca rok. A te narzędzia, o których ja mówię, dotyczą tego ostatniego – wtedy może dojść do zaniku granicy między polityką fiskalną i monetarną, drukowania pieniądza na dużą skalę i wzrostu inflacji.

Jednym z symptomów obecnego kryzysu jest to, że ropa naftowa tanieje – ze względu na wojnę handlową USA z Chinami, a teraz z powodu koronawirusa wyraźnie spadł na nią popyt. Z kolei w efekcie konfliktu politycznego między państwami OPEC a Rosją doszło jeszcze do wojny cenowej o skurczone rynki zbytu, więc ropa zanotowała największe spadki od czasu pierwszej wojny w Zatoce Perskiej. To dla nas dobrze czy źle?

W normalnych czasach byłoby dla nas dobrze, bo jesteśmy importerem. A skoro tak, to za tańszy surowiec płacimy mniej, więc mamy mniejszą inflację, a do tego wyższe dochody rozporządzalne: mówiąc obrazowo, zamiast 10 litrów benzyny możemy kupić sobie te same 10 litrów i jeszcze bilet do kina. Ale teraz sytuacja jest inna, bo popyt na inne towary i usługi i tak będzie niski, obniżka zatem nic nie da – ludzie i tak nie pójdą do kina mimo tańszej benzyny.

Koronawirus w Iranie, gdzie władze stłukły termometr

Niskie ceny uderzają za to w państwa, które mogą mieć problemy z epidemią, np. Iran czy Nigerię, ale głębokie załamanie cen ropy może też szybko obniżyć inwestycje w USA. Tam sektor wydobycia ropy z łupków mocno się dotąd rozwijał, więc tąpnięcie cen może wpędzić amerykańską gospodarkę w recesję. Ale dodam jeszcze, że wstrząsów na rynkach ropy w ostatnich latach było mnóstwo, nieraz bardzo wyraźnych. Po tygodniu jeden kraj się z drugim dogadywał i wszystko wracało do normy.

Tym razem jednak niskie ceny chyba się utrzymają dłużej – Saudowie chcą w ten sposób ukarać Rosjan za jazdę na gapę na koszt OPEC, mogą przy okazji zrobić krzywdę Irańczykom, a z kolei Amerykanie nie mają na Arabię Saudyjską takiego wpływu jak kiedyś…

Faktycznie, niskie ceny ropy zmniejszają bodźce do inwestowania w odnawialne źródła energii, zielona rewolucja może więc wyhamować. Ale jeżeli nastąpi szybkie odbicie, w które wciąż jakoś wierzę, to i ceny ropy w końcu wzrosną.

Jeżeli jednak scenariusz będzie inny, to polityka klimatyczna zejdzie na trzeci plan, bo w niej oczywiście chodzi o nasze przetrwanie, ale za kilka dekad, a teraz musimy powalczyć o przetrwanie stabilności społecznej do przyszłego roku…

Mamy teraz sytuację, w której akcje i ceny surowców idą w dół, rośnie zaś złoto i obligacje – amerykańskie są najtańsze w historii, ale polskie też. Nasz dług na rynkach finansowych okazuje się „bezpieczną przystanią” dla inwestorów. Czy to nam nie zwiększa poduszki bezpieczeństwa? Czy Polska jest gotowa na duży kryzys? Pesymiści mówią, że mamy rozdęty wydatkami sztywnymi budżet, zacznie zaraz rosnąć deficyt…

Umówmy się: jesteśmy nie gorzej, a może lepiej przygotowani niż w 2008 roku. Deficyt mamy jak wtedy, może nawet trochę niższy, natomiast dużo niższy jest deficyt na rachunku bieżącym.

Czyli?

Bilans przepływów finansowych między krajem a zagranicą, który kiedyś był mocno ujemny – przed laty ściągaliśmy mnóstwo pieniędzy z zagranicy, żeby finansować bieżące potrzeby inwestycyjne, a teraz wartość inwestycji równa się mniej więcej wartości oszczędności, które generujemy krajowo. Dużo mniej jesteśmy zatem zależni od finansowania zagranicznego, dużo niższe są koszty obsługi długu, do tego zmienił się paradygmat polityki pieniężnej, więc możemy sobie wyobrazić znacznie większe wsparcie banku centralnego dla budżetu. Przez rynki jesteśmy traktowani jako kraj w miarę stabilny, więc sądzę, że w razie czego mamy pole manewru, żeby wspierać gospodarkę i nie doświadczyć kryzysu fiskalnego.

Czyli z wydatkami – hulaj dusza?

Oczywiście, nie jesteśmy Niemcami ani Wielką Brytanią czy Francją, mamy gorszy od nich rating obligacji.

Przez rynki jesteśmy traktowani jako kraj w miarę stabilny, więc sądzę, że w razie czego mamy pole manewru.

Tamte kraje mogą spokojnie pozwolić sobie na zwiększenie wydatków o 10 procent PKB, to samo zresztą mówił Olivier Blanchard, przez kilka lat główny ekonomista MFW: dziś nie ma sensu się przejmować stabilnością długu, trzeba zwiększyć wydatki o 5–10 procent PKB. On to mówił w odniesieniu do Francji czy Niemiec, a my w aż tak wygodnej sytuacji nie jesteśmy i na wskaźniki stabilności fiskalnej musimy zwracać uwagę. Niemniej mamy większe pole manewru, niż sądzą ci, co wieszczyli kryzys finansów publicznych od 20 lat i się go nie doczekali.

Podobno gdyby rząd obniżył prognozy wzrostu, to mógłby wydać w tym roku jeszcze o kilkanaście miliardów złotych więcej i nie naruszyć reguły wydatkowej.

Reguła wydatkowa jest skonstruowana w ten sposób, że jeśli wzrost nagle się obniża, to pole do zwiększania wydatków rośnie, więc w razie czego rząd to zrobi, tzn. obniży prognozę wzrostu i zwiększy wydatki z budżetu. Choć sądzę, że w tym momencie reguła wydatkowa nie powinna być żadnym ograniczeniem dla wydatków państwa. Można ją zresztą zgodnie z prawem w skrajnych sytuacjach zawiesić.

A powinien? Na zasadzie, że są rzeczy ważne i ważniejsze.

My musimy uważać na wypłacalność, ale bufor jest wciąż duży. A celem jest, powtórzmy, bezpieczeństwo zdrowotne obywateli, a po drugie płynność systemu płatniczego.

Koronawirus: pandemia, panika i polityka

czytaj także

Pomyślmy: jeśli jakaś firma ma wstrzymane 90 procent przychodów przez miesiąc, a musi wypłacać ludziom wynagrodzenia, to firma średnia, dobrze zarządzana, powinna to przetrwać. Nawet dłużej niż jeden miesiąc, może i dwa. Ale wiele innych, zwłaszcza mniejszych, zacznie padać.

Business Center Club postuluje użycie mechanizmów płynnościowych, uelastycznienie stosunków pracy, udrożnienie pozwoleń na pracę dla imigrantów, ale także domaga się rekompensat dla różnych branż. Niby najbardziej prorynkowa organizacja w Polsce, ale jak trwoga, to do państwa…

Jeżeli wstrząs będzie krótkotrwały, to powinniśmy oczekiwać, że ciężar wezmą na siebie te podmioty, których on bezpośrednio dotyczy. Oczywiście, wsparcie branż, w których obroty spadają na przykłąd o 80 procent, jest wskazane, ale co do zasady – jeśli turbulencje trwają miesiąc czy dwa, to biznes powinien być na nie przygotowany. Gdy jednak jest długotrwały, to mamy prawo oczekiwać, że jako społeczeństwo uruchomimy system wzajemnej ochrony i wsparcia, że wzajemnie weźmiemy za siebie odpowiedzialność…

To kwestia długości trwania czy raczej źródeł kryzysu?

Weźmy kryzys pogodowy – przez cały czerwiec leje deszcz nad Bałtykiem, więc w lipcu wszyscy odwołują przyjazdy, a właściciele pensjonatów mówią: ratujcie nas! Co do zasady oni powinni mieć coś takiego wkalkulowane w koszty, powinni być ubezpieczeni, zła pogoda w tej branży się zdarza.

Koniec pogody dla bogaczy

czytaj także

Czym innym jest jednak sytuacja, kiedy wstrząs na tę skalę nie daje się nawet ubezpieczyć, nawet jeśli był brany pod uwagę w różnych analizach, jako ryzyka skrajne, tzw. tail risk. Lub kiedy wstrząs jest tak silny i długi, że nawet przezorne firmy padają. To są sytuacje, kiedy państwo rozwinięte działa jako mechanizm wzajemnego ubezpieczenia.

No dobrze, ale w takim razie kto za kogo bierze tę „wzajemną odpowiedzialność”? Bo każdy powie, że to od niego zależy los pozostałych…

Powinniśmy w pierwszej kolejności pomagać firmom w najbardziej zagrożonych branżach, które mają problem z płatnościami. Najlepiej poprzez regulację ich zobowiązań wobec państwa – wydłużanie okresu płatności. Później możliwe jest rozszerzenie tego na resztę branż, jeszcze później rozważenie możliwości bezzwrotnego kredytowania, tzn. że rząd odpuszcza pracodawcom ZUS.

Koronawirus nie obali kapitalizmu, tylko dojedzie biednych

Na kolejnych etapach wchodzi w grę rozważenie możliwości subsydiowania większego spektrum kosztów firm niż tylko daniny publiczne. Wreszcie można rozważać nawet okresowe płatności wynagrodzeń finansowane przelewami na konto firm przez bank centralny… Przy czym to wszystko powinno zmierzać do utrzymania miejsc pracy, bo to powinno być głównym celem, obok utrzymania dochodów ludności. Ale tu już mówimy o naprawdę bardzo negatywnym scenariuszu.

Czyli taką pomoc dla firm należy czymś warunkować? Bo wydaje mi się, że w 2008–2009 roku nieproporcjonalną część kosztów walki z kryzysem przeniesiono na pracowników.

Przede wszystkim chyba na podatników, poza tym uratowano wiele instytucji finansowych bez wymuszenia poniesienia jakichkolwiek kosztów.

Wszystkie działania powinny zmierzać do utrzymania miejsc pracy, bo to powinno być głównym celem, obok utrzymania dochodów ludności.

A w Polsce? Uelastycznienie kodeksu pracy miało być przejściowe, a okazało się w dużej mierze trwałe. Czy dziś nie grozi nam coś podobnego? Że sytuację kryzysu wykorzysta się do osłabienia pozycji pracowników?

Z tej perspektywy wymóg zachowania miejsc pracy przez ratowane firmy pewnie miałby sens. Bo czym innym jest wstrząs makroekonomiczny, który musi powodować zmianę struktury gospodarki. Powiedzmy, przeinwestowanie w branży nieruchomości, które przyniesie zmiany strukturalne – mniej ludzi powinno tam pracować, musi więc nastąpić przepływ międzybranżowy. To będzie trwać i niesie jakieś koszty społeczne.

Ale teraz mamy wstrząs pochodzący z zewnątrz gospodarki, nie z naszej winy, więc mamy prawo oczekiwać, że po zażegnaniu kryzysu przywrócimy podobną strukturę gospodarki.

A może jednak jakoś powinniśmy ją zmienić? To znaczy wykorzystać kryzys jako okazję do potrzebnych zmian?

Na pewno potrzebne jest większe finansowanie służby zdrowia, to dość oczywiste. Obok większych inwestycji w sprzęt – respiratory, odzież ochronną – i w personel, warto też rozwinąć telemedycynę i diagnostykę zdalną.

Hausner: Europa musi wypracować nowy model gospodarczy, model „wysp i archipelagów”

W Azji w wielu wypadkach pacjenci rozmawiali przez wideo i to się jakoś sprawdzało, w Europie są jednak pewne blokady. Raz, że obawiamy się inwigilacji i kontroli, a dwa, że ochrona zdrowia to bardzo konserwatywny obszar.

I nie przyjmuje nowinek?

Chodzi o to, że bezpieczeństwo pacjenta jest na pierwszym miejscu i stosuje się raczej sprawdzone metody. A konsultacja przez wideo czy telefon nie zawsze jest postrzegana jako stuprocentowo pewna, więc wielu się jej obawia. Niemniej mam nadzieję, że za sprawą kryzysu nastąpi tu pewien przełom i względy efektywności czy bezpieczeństwa przekonają nas do nowych rozwiązań.

Czyli jest nadzieja, że wyjdziemy z tego kryzysu z lepszą służbą zdrowia?

Cóż, ja mam też nadzieję, że masowy ruch na rzecz mycia rąk może ograniczyć skalę epidemii zwykłej grypy w przyszłym sezonie… A do tego, jeżeli się okaże, że za sprawą pandemii firmy skracają łańcuchy dostaw, że nie zamawiają towaru 10 tysięcy kilometrów dalej, tylko z dystansu tysiąca kilometrów – to moglibyśmy na tym skorzystać, bo jesteśmy położeni bliżej krajów globalnego centrum.

Na koniec zapytam jeszcze o kwestię siatki bezpieczeństwa, bo mówiliśmy dużo o ratowaniu firm, ale niewiele o pomocy bezpośredniej dla pracowników. Dla wielu osób pracujących na „śmieciówkach”, często żyjących od przelewu do przelewu, kwarantanna oznacza utratę skromnych dochodów. Niższe wynagrodzenia na chorobowym i ogólnie folwarczna kultura pracy dla etatowców też tworzą bodźce, żeby pracować mimo objawów choroby. No i wreszcie – koronawirus nie zachęca, by dzieci na czas zamykania szkół i przedszkoli zostawiać u dziadków. Czy pandemia to nie jest dobry moment na przemyślenie rozwiązań związanych z naszym państwem opiekuńczym? Bo mam wrażenie, że ta „sytuacja nadzwyczajna” w pewnym sensie ujawnia problemy, które wielu z nas dotykają na co dzień.

Ratowanie firm jest formą pomocy dla pracowników – mówimy o tym, żeby firmy miały z czego wypłacać wynagrodzenia. Przecież właściciele firm poniosą duże straty, co do tego nie ma wątpliwości. Możliwe nawet, że to w tej grupie będzie skoncentrowany największy koszt. Co do zmiany kultury pracy i ubezpieczenia, to sądzę, że mamy w Polsce na to zgodę – ograniczanie umów śmieciowych jest konieczne. I to się dzieje. Może za wolno, może pandemia to przyspieszy. W tym momencie kluczowe jest znalezienie sposobu, by osoby pracujące na umowach o dzieło, zlecenie i na działalności gospodarczej otrzymały wsparcie finansowe umożliwiające im przetrwanie w warunkach wielomiesięcznego spadku dochodów.

**
Ignacy Morawski jest założycielem i szefem ośrodka analitycznego SpotData, dyrektorem działu raportów i analiz.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.