Gospodarka

Koronawirus i przedsiębiorcy: jak trwoga, to do państwa

W sytuacjach nagłych zawirowań wspieranie prywatnych przedsiębiorstw jest absolutnie uzasadnione. Trudno jednak zapomnieć, że biznes wielokrotnie wykorzystywał różnego rodzaju kryzysy do forsowania rozwiązań zgodnych z jego interesami, które jakimś dziwnym trafem zostawały potem na dłużej.


Gdy Konfederacja Lewiatan ogłosiła, że oczekuje wsparcia od rządu dla firm na czas epidemii koronawirusa, na lewicy śmiechu nie było końca. Nic dziwnego, przez lata probiznesowe środowiska i dziennikarze nie ustawali w przekonywaniu, że państwo nie powinno się wtrącać w gospodarkę, wolność gospodarcza sprawdza się zawsze, nawet w zawierusze, a tak poza tym, to trzeba być elastycznym i dobrze przewidywać trendy. Gdy tylko zamajaczyło na horyzoncie głębsze spowolnienie gospodarcze, dotychczasowi herosi gospodarki rynkowej szybciutko weszli w buty wyśmiewanych wcześniej „roszczeniowców”, zaczęli pisać listy do rządu i wygłaszać mowy pochwalne o państwowej interwencji. Najcelniej podsumował to Bartosz Migas w swoim tweecie: „Jestem za tym, żeby pomagać przedsiębiorcom, ale niech to będą jakieś bony na narzędzia, tusze do drukarek albo pakiety szkoleń z Excela. Wędkę, nie rybę”.

Oczywiście z lewicowego punktu widzenia państwowa interwencja jest absolutnie uzasadniona, szczególnie w sytuacjach nagłych zawirowań. Trudno jednak zapomnieć, że biznes wielokrotnie wykorzystywał różnego rodzaju kryzysy do forsowania rozwiązań zgodnych z jego interesami, które jakimś dziwnym trafem zostawały potem na dłużej. Dlatego skuteczna interwencja powinna mieć na celu w pierwszej kolejności ochronę miejsc pracy oraz płac, a także zabezpieczenie socjalne obywateli, którzy utracili źródła dochodów. A jeśli jakieś zasady zostaną okresowo uelastycznione lub zliberalizowane, to tylko wraz z towarzyszącymi im socjalnymi rozwiązaniami osłonowymi. Zgodnie z duńskim modelem „flexicurity” nie może być mowy o elastyczności bez zapewnienia bezpieczeństwa socjalnego.

Pakiet socjalny dla biznesu

Oczywiście trudno się było spodziewać, że Lewiatan w swoich propozycjach przedstawi solidne propozycje socjalne dla pracowników czy bezrobotnych. Lista zawiera wyłącznie rozwiązania, które mają ułatwić firmom finansowe przetrwanie zawieruchy, a pracowników dotyczą jedynie pośrednio. Przedsiębiorcy oczekują łatwiejszego dostępu do kredytów lub gwarancji z Banku Gospodarstwa Krajowego, a w szczególności niższych odsetek i odłożenia spłaty pożyczki w czasie. Lewiatan proponuje również wprowadzenie ulg podatkowych w postaci niższych stawek oraz okresów karencji w egzekwowaniu należności podatkowych. Postuluje także wstrzymanie uchwalania wszelkich ustaw, które wiążą się ze zwiększeniem kosztów prowadzenia działalności gospodarczej.

Biedaku, lepiej nie choruj

Konfederacja Lewiatan chciałaby także zmian w przepisach chroniących miejsca pracy w sytuacji nagłego pogorszenia się sytuacji finansowej firmy. Mowa o tak zwanym przestoju ekonomicznym, podczas którego firmie przysługuje szereg ulg i dotacji. Obecnie o wsparcie może się ubiegać firma, która w ciągu kolejnych sześciu miesięcy będzie notowała spadek sprzedaży o co najmniej 15 procent. Lewiatan chciałby, żeby ten okres skrócić do zaledwie dwóch miesięcy, a nawet umożliwić liczenie ich do przodu. Firma mogłaby zatem ogłosić przestój, jeśli udowodni, że jej przyszłe zamówienia zostały ograniczone w taki sposób, że w ciągu najbliższych miesięcy zanotuje spadek sprzedaży o 15 procent.

Przedsiębiorcy chcieliby także, by dofinansowanie do pensji pracownika na czas przestoju lub skrócenia czasu pracy zostało podwyższone do wysokości połowy płacy minimalnej – czyli obecnie do 1300 zł. Na tę chwilę dotacja wynosi maksymalnie 100 procent zasiłku dla bezrobotnych, czyli 824 zł. Pracownicy korzystający ze zwolnienia chorobowego z powodu zakażenia COVID-19 powinni też, według Lewiatana, od początku przechodzić na zasiłek chorobowy wypłacany przez ZUS. Obecnie przez pierwsze dwa tygodnie L4 opłaca pracodawca.

Polski prekariusz patrzy na Kodeks pracy

Na koniec autorzy petycji Lewiatana lekko napomknęli, że warto byłoby też rozważyć okresową modyfikację prawa pracy w zakresie skracania czasu pracy. Niestety – lub na szczęście – nie do końca wiadomo, o co im w tym przypadku chodzi.

Uzasadniony interwencjonizm

Polityka wspierająca krajowe przedsiębiorstwa to oczywiście nic niezwykłego, nawet w czasach spokoju. Stare prawie jak świat cła to podstawowy sposób wspierania krajowych firm przez państwo. Za ich sprawą konsumenci muszą płacić więcej za produkty importowane, jednak produkty krajowe są bardziej konkurencyjne, dzięki czemu lokalnym firmom rośnie popyt, a więc mogą tworzyć więcej miejsc pracy, w których zatrudnienie znajdują konsumenci właśnie, czyli finalnie korzystają na nich także oni.

Taką protekcyjną politykę szeroko stosowały Wielka Brytania i USA w czasach, gdy budowały swoją potęgę gospodarczą. Za to gdy już ją zbudowały, zaczęły forsować na całym świecie wolny rynek. Kraje azjatyckie, takie jak Korea Południowa, Tajwan czy Japonia, przyjęły inną strategię i oparły swój protekcjonizm na subsydiach eksportowych, a nie cłach. Dzięki państwowym subsydiom eksporterzy mogli sprzedawać swoje produkty taniej, a kraj osiągał nadwyżkę handlową i środki na kolejne inwestycje, czyli nowe miejsca pracy.

Znamy też wiele przykładów, kiedy brak państwowej interwencji spowodował fatalne skutki. Najbardziej znanym jest oczywiście upadek banku Lehman Brothers w 2008 roku, co pogłębiło panikę na rynku, która skutkowała długą i głęboką recesją rozlewającą się na cały świat. Część ekonomistów twierdzi, że gdyby Lehman Brothers otrzymał bailout, tak jak chociażby AIG, to ostatni kryzys gospodarczy miałby lżejsze skutki. Bankructwa firm to nie tylko kłopoty ich właścicieli, ale też tysięcy innych interesariuszy – pracowników, kontrahentów, wspólnot lokalnych itd. Gdy zbankrutował amerykański Enron, 20 tysięcy jego pracowników nie tylko straciło pracę, ale też 2 miliardy dolarów składek emerytalnych. W Polsce brak takich gigantów jak Enron, a emerytury opierają się na systemie publicznym, jednak upadek dużej firmy również może być tragedią dla pracowników, ich rodzin czy drobnych przedsiębiorców z okolicy, na przykład sklepikarzy czy właścicieli pubów, do których wpadali pracownicy po zmianie.

Faktem jest jednak, że pomoc państwa bywa bez skrupułów wykorzystywana przez biznes do własnych celów. Najgłośniejszym przykładem są oczywiście gigantyczne premie wypłacane menedżerom amerykańskich spółek, które otrzymały państwowy bailout. Menedżerowie AIG przyznali sobie 165 milionów dolarów premii, choć ich firma musiała chwilę wcześniej prosić o państwowe wsparcie finansowe, gdyż w innym wypadku by zbankrutowała. Jakby tego było mało, w chwili wypłacania premii wciąż przynosiła ona straty.

Koronawirus nie obali kapitalizmu, tylko dojedzie biednych

Kryzysy gospodarcze są także doskonałą okazją do przeforsowania rozwiązań, o których biznes zawsze marzył, tylko wcześniej trochę wstydził się o nie poprosić. Tę strategię opisała Naomi Klein w Doktrynie szoku, ale znamy ją przecież z naszego podwórka. Przykładowo możliwość szerokiego stosowania umów cywilnoprawnych zamiast umów o pracę uzasadniano bardzo wysokim bezrobociem, które panowało w Polsce na początku XXI wieku. Obecnie bezrobocie wynosi 2,9 procent – tylko w jednym kraju UE jest niższe niż u nas – a umowy cywilnoprawne jak były, tak są. Według GUS ich popularność nawet w ostatnim czasie rośnie.

Kij i marchewka

Dlatego też państwowe wsparcie dla firm powinno się opierać na dwóch kluczowych zasadach. Po pierwsze, każda pomoc finansowa powinno być zwracana, gdy firma zaczyna wychodzić na plus. Dofinansowanie pensji pracowników z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych podczas przestoju ekonomicznego mogłoby nawet wynosić 100 procent płacy minimalnej, o ile te środki zaczną wracać do FGŚP wraz z poprawiającą się sytuacją przedsiębiorstwa. To samo dotyczy składek po stronie pracodawcy, które również są finansowane z Funduszu w czasie przestoju ekonomicznego lub ograniczenia czasu pracy. A także ewentualnych, nowych ulg podatkowych.

Kryzysy gospodarcze są doskonałą okazją do przeforsowania rozwiązań, o których biznes zawsze marzył, tylko wcześniej trochę wstydził się o nie poprosić.

Po drugie, każde nowe rozwiązanie liberalizujące przepisy powinno zostać wprowadzone na ściśle określony czas. Nie może być tak, że biznes wykorzysta panikę do przeforsowania rozwiązań, na które nikt w normalnych czasach by się nie zgodził. Jeśli w czasie epidemii COVID-19 zostaną wprowadzone zmiany w układach zbiorowych, powinny one automatycznie się unieważniać wraz z zakończeniem kryzysu. To samo dotyczy ewentualnych zmian w kodeksie pracy.

Ułatwieniom dla firm powinny też towarzyszyć rozwiązania osłonowe dla pracowników – przynajmniej na czas epidemii. Chociażby te, które zaproponował Robert Biedroń, czyli stuprocentowy zasiłek chorobowy, by pracownicy nie rezygnowali z L4 z powodu strachu przed spadkiem dochodów. A także objęcie zasiłkiem chorobowym osób pracujących na umowach o dzieło, które w przyszłości należy zresztą wreszcie oskładkować. Poza tym wynagrodzenie pracowników podczas przestoju lub ograniczenia czasu pracy nie powinno ulegać gwałtownemu zmniejszeniu. Obecnie otrzymują oni co najmniej wysokość płacy minimalnej – powinno im przysługiwać 80 procent zarobków, jednak nie mniej niż płaca minimalna.

Byłoby dobrze, gdyby koronawirus przyniósł lewicowy zwrot polityczny

Brak aktywności państwa podczas kryzysu może per saldo kosztować dużo więcej niż wydatki budżetowe poniesione na wsparcie przedsiębiorstw. Jednak to wsparcie powinno być warunkowe, zwrotne i w miarę możliwości kontrolowane. Wszak niejednokrotnie powtarzano nam, że nie ma darmowych obiadów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.