UE

COVID-19 na Węgrzech: Orbán był dyktatorem, zanim to było modne

Fot. Végel Dániel/flickr.com

Kolektyw naukowców już w zeszłym roku przewidział, że na ewentualny kryzys rząd węgierski może jedynie odpowiedzieć uwydatnieniem swoich cech autorytarnych. Zwykłym Węgrom pozostaje już tylko solidarność. Z Budapesztu dla Krytyki Politycznej Szilárd István Pap.


Kiedy siedzimy w izolacji i wspominamy nasze polityczne oczekiwania i troski ze stycznia 2020 roku, wybuch pandemii COVID-19 zaczyna się wydawać dziwacznym zbiegiem okoliczności, który właściwie wszystko postawił na głowie.

Owszem, do pojawienia się wirusa, którego dokładna biologiczna droga od zwierząt do ludzi nie jest jeszcze w pełni odkryta, doszło przypadkiem. Jednak kiedy przedostał się on i zaczął wpływać na funkcjonowanie całych ludzkich społeczeństw, jego dalszą „karierę” zaczęły determinować różnorodne właściwości strukturalne owych społeczeństw, a on z kolei – sam na nie wpływać.

Różne polityczne reakcje na pandemię zależą od siły naszych instytucji społecznych i zaufania do nich, a długie globalne łańcuchy produkcji żywności, do których przywykliśmy w ostatnich kilku dekadach, pandemia pokruszyła zapewne na dłuższy czas. Nie jest więc zaskoczeniem, że i odnogę globalnej pandemii koronawirusa na Węgrzech silnie kształtują cechy reżimu polityczno-gospodarczego zbudowanego przez Wiktora Orbána w ostatniej dekadzie. I że ten wirus tylko przyczynił się do jego dalszego rozwoju.

Podobnie jak w przeszłości, tak i dziś międzynarodowe media głównego nurtu fascynują się posunięciami węgierskiego premiera – nadaniem sobie na czas nieokreślony możliwości sprawowania władzy przez dekrety, portretując to jako kolejny przykład autorytarnej „egzotyki” europejskiego Dzikiego Wschodu. Chociaż bez wątpienia jest to eskalacja autorytarnych tendencji węgierskiego reżimu, to rzekoma nowość wykonanego kroku przysłania znacznie bardziej złożoną rzeczywistość.

I do szabli, i do szklanki, i do antysemityzmu, i do illiberalizmu

Dzięki pandemii Orbán uniezależnił się od swoich podwładnych

Poza krótkim okresem w latach 2017–2018 Wiktor Orbán de facto dysponował wyjątkowymi politycznymi uprawnieniami już od momentu, kiedy stanął na czele rządu w 2010 roku. Przez te wszystkie lata jego posłuszna partia, Fidesz, miała w parlamencie większość kwalifikowaną, dzięki której premier mógł zmieniać konstytucję zgodnie ze swoimi politycznymi kalkulacjami. Jego władza nie podlegała więc żadnym znaczącym prawno-instytucjonalnym mechanizmom kontroli. A zatem nawet gdyby do nowych, wyjątkowych uprawnień Orbána dodano jakąś konkretną datę wygaśnięcia, i tak mogłaby ona być przesuwana w nieskończoność przez posłusznych parlamentarzystów.

Innymi słowy, w decyzji Orbána, by nie wyznaczać daty wygaśnięcia, chodzi nie tyle o wzmocnienie autorytarnego panowania nad krajem (które i tak już jest całkiem solidne, niezależnie od jakichkolwiek dat zapisanych na papierze), co o autonomię premiera względem jego własnej partii w parlamencie.

Politycy Fideszu w zwykłych okolicznościach może i są Orbána podwładnymi, ale w czasach kryzysu nawet najlojalniejsi posłowie czasem poddają się podstawowym ludzkim odruchom, takim jak strach czy panika, sprawiającym, że przestają być takimi niezawodnymi maszynkami do sprawowania władzy. Jak samodzielnie odkryli dziennikarze portalu 444.hu, węgierski premier początkowo nie skłaniał się ku wprowadzeniu zasady społecznego dystansu na czas pandemii, ale zmuszono go do zgody na zamknięcie szkół, ponieważ wielu jego posłów w tej sprawie stanęło po stronie opozycji.

Upoważniwszy się do wydawania dekretów na czas nieokreślony, Orbán uniezależnił się więc od kaprysów swojej partii, a przy okazji uderzył też w opozycję. Gdyby zagłosowała ona przeciwko wprowadzeniu prawa, premier mógłby twierdzić, że opozycja chce zablokować skuteczną reakcję rządu na epidemię.

W połowie marca rząd Węgier wprowadził zasady utrzymywania dystansu społecznego, które można uznać za wystarczające i zgodne z praktykami przyjętymi w całej Europie. Z drugiej strony węgierska ochrona zdrowia wydaje się dramatycznie niezdolna do stawienia czoła tej sytuacji. Heroiczna walka jej pracowników nie zrekompensuje dekad niedofinansowania i systemowych zaniedbań. Ponadto wypatroszenie samorządów lokalnych i wrogość Orbána wobec zdominowanych przez węgierską opozycję rad miast i gmin dodatkowo utrudniają skuteczną koordynację służb.

Opozycja bierze węgierskie miasta. Pomogło zjednoczenie (i jeden skandal)

Węgierski autorytaryzm służy kapitałowi

Kroki w kierunku autorytaryzmu podejmowane przez reżim Wiktora Orbána nie zaskakują tych obserwatorów, którzy od dawna przyglądają się jego strategiom gospodarczym i społecznym, a także europejskiemu i globalnemu kontekstowi działania węgierskiego reżimu.

W zeszłym roku działający w Budapeszcie kolektyw nauk społecznych Helyzet Műhely opisał reżim Orbána jako próbę skonstruowania szczególnej, lokalnie hegemonicznej formacji politycznej i społecznej na tle dziesiątek lat kryzysu powojennych kapitalistycznych sposobów produkcji. W kontekście ciągłego spadku wskaźników rentowności na całym świecie od lat 70. XX wieku oraz kryzysu finansowego roku 2008, który pokazał ograniczenia rynków finansowych w walce z tym spadkiem, projekt polityczny Wiktora Orbána ma za zadanie zrównoważyć interesy międzynarodowego kapitału z utworzeniem węgierskiej klasy kapitalistycznej, a kosztami tej operacji obciążyć całe społeczeństwo.

Chrześcijańskie Węgry wstały z kolan? To bzdura

Wykorzystując niepokoje społeczne, spowodowane jednoczesną zapaścią polityczną i gospodarczą po 2008 roku, Orbán sprawnie przeprowadził projekt centralizacji politycznej i redystrybucji lokalnego kapitału na korzyść jego własnej klienteli biznesowej. Wprowadził wielkoskalową reformę prawa pracy zgodnie z interesami międzynarodowej produkcji przemysłowej, zmniejszając ochronę pracowników i prawa związków zawodowych.

Na fali odnowy gospodarczej po roku 2008 reżim świadomie stara się przyciągać kapitał nie tylko z centrum euroatlantyckiego, lecz także z Chin, Rosji i naftowych państw arabskich. Strategia ta gwarantuje Orbánowi autonomię, której brakowało wielu jego poprzednikom. To, w połączeniu z polityką przyjazną niemieckim producentom przemysłowym, rzuca inne światło na to, dlaczego prowadzona na poziomie instytucji Unii Europejskiej nieustająca dysputa na temat sytuacji na Węgrzech w żaden sposób nie szkodzi stabilności reżimu.

Niszczenie resztek państwa dobrobytu coraz bardziej skutkuje obciążeniem zwykłych obywateli i gospodarstw domowych. Podobnie koszty reprodukcji społecznej (opieki nad dziećmi oraz osobami starszymi, edukacji, opieki zdrowotnej i tak dalej), które w przeszłości dzielono z państwem w sposób bardziej sprawiedliwy, spadają na rodziny. Natomiast agresywna quasi-ideologia nacjonalistyczna i ksenofobiczna, retoryka prawa i porządku oraz opresyjne programy obowiązkowego podjęcia pracy w najmniej rozwiniętych regionach Węgier, służą do kontrolowania i dyscyplinowania nadmiarowej siły roboczej.

„Jak oni wygaszają”. W dzisiejszym odcinku: Orban i zaorane sądy

Taka hegemonia jest krucha, ponieważ zależy zarówno od globalnych cyklów akumulacji kapitału, jak i wewnętrznej dystrybucji kosztów reprodukcyjnych. To dlatego kolektyw naukowców z Helyzet Műhely już w zeszłym roku przewidział, że na ewentualny kryzys rząd węgierski może jedynie odpowiedzieć uwydatnieniem swoich cech autorytarnych.

Węgry są prymusem w oszczędzaniu na pandemii

Reakcja rządu Orbána na kryzys związany z pandemią COVID-19 nie tylko potwierdza tę hipotezę, lecz także pokazuje, jak ważne są gospodarcze podstawy tego reżimu. W czasie pandemii koronawirusa na całym świecie, nawet w Europie Środkowej i Wschodniej, widać, jak nagle porzucane są neoliberalne dogmaty ostatnich kilku dekad. Zakazuje się eksmisji i zamraża spłaty czynszu, rządy subsydiują wynagrodzenia – podejmuje się cały szereg środków, które zaledwie kilka tygodni temu uznano by za herezję niezgodną z hasłami neoliberalnego antyinterwencjonizmu i neokonserwatywnej dyscypliny budżetowej.

Ale rząd węgierski zdaje się tu wyjątkiem. Pakiet reagowania gospodarczego ogłoszono względnie późno, a oprócz czasowego moratorium na eksmisje i spłatę zadłużeń większość wprowadzonych środków nie odbiega od zwyczajowej polityki rządu węgierskiego, sprzyjającej kapitałowi, a krzywdzącej pracowników.

Rząd postanowił o połowę obciąć państwowe finansowanie partii politycznych, tym samym poważnie ograniczając możliwości działania partiom opozycyjnym; częścią kosztów reagowania kryzysowego obciążył banki i sektor sprzedaży detalicznej. Obydwa te sektory gospodarki znajdują się na dawno sporządzonej przez Orbána liście tego, co należy wziąć w „narodowe ręce”, to znaczy przekazać lojalnym, miejscowym oligarchom. Na liście tej były też węgierskie media i usługi użyteczności publicznej, których „unarodowienie” już się dokonało.

Orban – kat niezależnych mediów

Sektorom, które są bardziej zakorzenione w globalnych sieciach podaży i popytu, a zatem pozostawione w rękach międzynarodowego kapitału, rząd podał kolejną dawkę „uelastyczniania” trybu pracy. Ogłoszono bardzo konserwatywną, okrojoną wersję niemieckiego Kurzarbeit: jeśli firmy utrzymają zatrudnienie swoich pracowników na część etatu wynoszącą przynajmniej pięćdziesiąt procent ich zwykłego czasu pracy, rząd pokryje siedemdziesiąt procent części utraconych dochodów po przejściu z zatrudnienia pełnoetatowego na zatrudnienie częściowe. Pomoc ta zostanie jednak przyznana tylko, jeżeli firma potrafi udowodnić, że zajmuje się działalnością o „znaczeniu narodowym”, co w praktyce oznacza, że rząd ma swobodę arbitralnej decyzji, kto skorzysta z subsydium, a kto nie. Według obliczeń portalu G7.hu, poprzez ten osobliwy program rząd węgierski pokryje maksymalnie dwadzieścia trzy procent wynagrodzenia pracownika, a w większości przypadków część ta będzie jeszcze mniejsza.

Obok międzynarodowych firm zajmujących się produkcją przemysłową głównymi beneficjentami pakietu będą sektory kontrolowane przez „narodowych kapitalistów”, czyli biznesowych oligarchów zgromadzonych wokół Orbána. Wielkie przedsiębiorstwa obsługujące wewnętrzne rynki – turystykę, logistykę, rolnictwo i produkcję żywności, branżę filmową oraz prywatną opiekę zdrowotną – dostaną hojne subsydia sięgające niemal biliona forintów (2,8 miliarda euro).

Tymczasem małe i średnie firmy wsparcia właściwie nie otrzymują. Według wielu analityków pozostawienie tych firm samym sobie z brakiem płynności finansowej pomoże bogatym, lojalistycznym oligarchom wykupić bankrutujące przedsiębiorstwa i tym samym jeszcze lepiej skonsolidować swoją pozycję na rynku krajowym.

Unia Europejska w sytuacji pandemii zniosła zasadę ograniczenia deficytu budżetowego do trzech procent PKB. Nawet Niemcy, bastion odpowiedzialności budżetowej, zamierzają na nią nie zważać i powiększać deficyt. Budapeszt tymczasem ogłosił, że ma ambicję dalej jej przestrzegać (brzmi to ironicznie, jeśli się weźmie pod uwagę zwyczajowe konflikty Orbána z przepisami Unii Europejskiej). Węgierski Bank Centralny wciąż szacuje, że PKB Węgier w 2020 roku wzrośnie, chociaż Kopint-Tárki Institute for Economic Research przewiduje spadek o 5–10 procent, a sam minister finansów Mihály Varga wlicza trzyprocentowy spadek.

Mimo że według ostrożnych szacunków pracę straciło już trzysta tysięcy osób, Orbán i jego ministrowie oświadczyli, że rząd pozostaje przy swojej wizji „społeczeństwa pracującego”, co oznacza, że nie planuje zmiany najbardziej restrykcyjnego systemu zasiłków dla bezrobotnych w całym OECD (wypłacającego najwyżej sześćdziesiąt procent wynagrodzenia przez zaledwie trzy miesiące). Podobnie nie zmienia się wysokość zasiłku na dziecko, choć to dziś jedyna powszechna pomoc finansowa, która Węgrom pozostała, a jej sumy nie podniesiono od kryzysu finansowego z 2008 roku.

Zarówno finansowe, jak i reprodukcyjne koszty życia są przerzucane na barki zwykłych ludzi i rodzin. Dobitniej niż w przeszłości dają o sobie znać trudności z płaceniem za żywność czy mieszkanie, utrzymywanie równowagi między pracą a opieką nad dziećmi oraz problemy opieki nad osobami starszymi. Ponadto w ostatnich dniach rząd Węgier nakazał wypisanie ze szpitali tysięcy pacjentów z chorobami przewlekłymi, by zwolnić oddziały dla chorych na koronawirusa. Nawet według optymistycznego scenariusza, czyli jeśli osoby wypuszczone do domów nie doznają nieodwracalnego uszczerbku na zdrowiu, oznacza to, że będą one potrzebowały ciągłej uwagi i opieki, która stanie się jeszcze jednym obowiązkiem spoczywającym na ich bliskich.

Solidarność w działaniu

Tak jak w wielu innych sytuacjach kryzysowych (o czym pisała między innymi Rebecca Solnit) to społeczności oddolne, organizujące się wokół wzajemnej pomocy i solidarności, wyrastają dziś na całych Węgrzech, by wypełnić luki w niedostatecznej reakcji państwa. Podczas gdy rząd zajmuje się interesami kapitału międzynarodowego i krajowego, obywatele i obywatelki organizują się, by pomóc sobie nawzajem: od ludzi robiących zakupy dla starszych sąsiadów po aktorów robiących filmiki edukacyjne dla uczniów siedzących w domu. Przykładów jest mnóstwo.

Ucieczka z raju [fragment książki]

czytaj także

Organizacje bezpartyjnej radykalnej lewicy również włączyły się do wysiłku. Grupy i działacze na rzecz praw lokatorskich, opiekunowie społeczni, aktywistki dla klimatu i badaczki nauk społecznych utworzyły Solidarnościową Grupę Roboczą (the Solidarity Taskforce). Ta obrała trzy cele. Po pierwsze opracowano spójne ramy teoretyczne, tłumaczące rozwój i skutki społeczne pandemii, jak również krytykę reakcji węgierskiego rządu na nią. Po drugie skompilowali oni ogromną liczbę rozwiązań problemów trwającego kryzysu z kraju i zagranicy, przeznaczonych dla oddolnych inicjatyw opartych na zasadzie solidarności. Po trzecie sami zaczęli wdrażać część inicjatyw i rozwiązań.

Analizy publikowane w internetowym dzienniku Mérce.hu, który też należy do Grupy i dla którego pracuję, opisują jak wprowadzenie COVID-19 w obieg globalnego kapitalizmu wpływa na dostępność mieszkań, dostawy żywności oraz odżywianie, pracę zarobkową, zajmowanie się domem i pracę opiekuńczą, przemoc wobec kobiet i walkę ze zmianą klimatu. Ponadto artykuły te prezentują dużą różnorodność rozwiązań dla społeczności (kooperatywy mieszkaniowe, wspólnoty energetyczne, alternatywne metody produkcji żywności itp.), potrzebnych nie tylko do przetrwania trwającego kryzysu, lecz także do budowy bardziej sprawiedliwego i bezpieczniejszego dla środowiska świata w przyszłości, wolnego od logiki totalnego utowarowienia i przymusu nieustannej akumulacji kapitału.

Jeszcze ważniejsze jest to, że Solidarnościowa Grupa Robocza pod przewodnictwem jednej z jej organizacji członkowskich, działaczy Free Budapest, zaczęła produkować maski i żel do dezynfekcji rąk, czyli najpotrzebniejsze towary w covidowej gospodarce niedoboru. Maski i żel do rąk są rozprowadzane dzięki pomocy związków zawodowych pracowników zarówno fizycznych, jak i umysłowych.

Jeszcze inny projekt to spółdzielnia dostawców. Wielu ludzi, którzy stracili pracę w wyniku epidemii, szuka jej w sektorze dostaw, który w ostatnich kilku tygodniach spektakularnie się rozrósł. Jednak ludzie ci albo ostatecznie lądują w bardzo niepewnej sytuacji charakterystycznej dla tzw. gig economy [gospodarki opartej na zatrudnianiu pracowników do wykonywania pojedynczych zadań za drobne cząstkowe sumy pieniędzy, najczęściej przez internet albo aplikacje mobilne, np. Uber, Wolt czy Fiverr – przyp. tłum.], albo wracają na bezrobocie. Spółdzielnia dostawców byłaby odpowiedzią na te problemy: mogłaby połączyć wielu bezrobotnych w ramach alternatywnego projektu biznesowego, gdzie każdy z członków ma równe udziały i równe prawo głosu.

Jako członkowie Solidarnościowej Grupy Roboczej uważamy, że nie możemy wrócić do normalności i do status quo sprzed pandemii – ponieważ to właśnie status quo było problemem. Działamy, by swoją wizję przekuć w rzeczywistość.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Szilárd István Pap

| Korespondent Krytyki Politycznej w Budapeszcie
Szilárd István Pap jest politologiem, komentatorem i dziennikarzem portalu Merce.hu. Korespondent Krytyki Politycznej w Budapeszcie.