Świat

Grondecka: Wiedziałam, że nie będę mogła normalnie pracować jako dziennikarka, ale i żyć

Policjant z Kandaharu tuż po tym, jak upadło to miasto, powiedział mi, że rozkaz szedł z góry i był jasny: zostawcie mundury i jedźcie do rodzin. Co miał zrobić? Wyjść sam przed posterunek i naparzać się z talibami? Oczekiwanie od szeregowych funkcjonariuszy, że staną się mięsem armatnim, albo od mieszkańców, że ruszą z widłami na talibów, jest kompletnym absurdem – mówi dziennikarka Jagoda Grondecka.

Paulina Januszewska: Sytuacja w Afganistanie dynamicznie się zmienia. Tydzień przed naszą rozmową byłaś przekonana, że mimo wszystko zostaniesz w Kabulu i będziesz ją relacjonować. Ale ostatecznie zdecydowałaś się wrócić do Polski. Dlaczego?

Jagoda Grondecka: Tak naprawdę nie myślałam o tym do ostatnich dni pobytu, czyli do momentu, gdy znalazłam się pod lotniskiem – wtedy jeszcze bez żadnego bagażu i bez mojego kota – z pierwszą grupą Afgańczyków ewakuowanych do Polski. Z tymi samymi ludźmi wsiadłam potem do samolotu, a zanim to nastąpiło, przekonałam się, że deklaracje talibów o nieagresji wobec osób wyjeżdżających z kraju były mrzonką. Widziałam, że zaczynają puszczać im nerwy, co nie zwiastowało niczego dobrego.

Co dokładnie masz na myśli?

Myślę, że talibowie nie spodziewali się jakiegokolwiek oporu ze strony Afgańczyków. A na pewno nie sądzili, że wydarzy się to tak szybko. Zaledwie kilka dni po przejęciu Kabulu w mieście wybuchały kolejne protesty. Na ulice wychodziły nawet najbardziej narażone na niebezpieczeństwo kobiety, zaczęły się pojawiać głosy o tworzącym się ruchu wyzwoleńczym. Ta napięta sytuacja miała swoje odzwierciedlenie w dramatycznym chaosie na lotnisku, z którym talibowie nie do końca sobie radzili, więc próbowali pokazać, że mają wszystko pod kontrolą.

W jaki sposób?

Tradycyjnie – demonstrując przewagę sił i brutalność. Dlatego na lotnisku oddawano ostrzegawcze strzały z karabinów w powietrze, latały granaty, bito i przeganiano ludzi. W pierwszej kolejności obrywali, rzecz jasna, ci, którzy na lotnisku znaleźli się „spontanicznie”, desperacko szukając swojej szansy na opuszczenie kraju. Wśród nich były działające na własną rękę kobiety, dzieci, osoby starsze.

Fot. CBS/youtube.com

A zorganizowane grupy, jak wasza, były bezpieczne?

Początkowo tak się nam wydawało, bo wystarczyło, że pokazałam polski paszport, powiedziałam coś o wojskowym samolocie i dawano nam spokój. Nie trwało to jednak długo. Osoby, które w „kolejnej turze” przyprowadziłam z miasta, musiały już przechodzić przez świeżo utworzony na lotnisku, kontrolowany przez talibów check point. A tam się okazało, że pozwolenia na przejście nie ma.

I co zrobiliście?

Musieliśmy czekać na parkingu obok. Nie wiedziałam, czy sprawa jest przesądzona, a nadziei na pewno nie dodała mi scena, która rozegrała się tuż obok: dwaj mężczyźni – jeden z australijskim, a drugi z brytyjskim paszportem – również usłyszeli bardzo stanowczą odmowę, mimo że mieli za chwilę odlatywać. W międzyczasie dowiedziałam się jeszcze o zabójstwie członka rodziny niemieckiego dziennikarza.

O ile wcześniej uznawałam przemoc wobec zachodnich obywateli i osób ewakuowanych za czerwoną linię, której talibowie nie przekroczą, o tyle w tamtej chwili wiedziałam już, że nie tylko nie będę mogła dalej normalnie pracować jako dziennikarka, ale i żyć. Musiałam zrobić wszystko, by dostać się na pokład samolotu do Polski. I to na szczęście ostatecznie się udało.

Jakie nastroje panowały wśród Afgańczyków w chwili, gdy opuszczałaś Kabul, i jak bardzo różniły się od tego, co działo się w pierwszych dniach po przejęciu władzy przez talibów? Czy spodziewano się, że miasto tak szybko znajdzie się w ich rękach?

Nie, do ostatniej chwili nikt nie sądził, że potoczy się to tak błyskawicznie. Większość moich afgańskich znajomych była przekonana, że jeśli nie dojdzie do jakiegoś porozumienia talibów z rządem, to wciąż przed nami jest jeszcze kilka miesięcy spokoju.

Jednocześnie cieszę się, że udało się uniknąć walk o Kabul, bo – po pierwsze – nie miałyby one żadnej szansy na powodzenie, a – po drugie – doprowadziłyby do rozlewu krwi i zniszczenia miasta. Doskonale pamiętam niedzielę, 15 sierpnia, i przerażające niedowierzanie, gdy w mediach pojawiła się informacja, że talibowie stoją u bram Kabulu, ale czekają na spokojne przekazanie władzy i nie będą wchodzić do miasta siłą.

Afganistan: To wyglądało jak miękkie przejęcie władzy. Oni się dogadali

Toczyły się jeszcze wtedy jakieś negocjacje?

Taka była wtedy oficjalna narracja. Cały czas mówiono o utworzeniu rządu jedności narodowej, w którym – wiadomo – większość stanowiliby talibowie, ale przywództwo miał objąć dotychczasowy szef afgańskiego MSW. Taki układ trwałby co najmniej pół roku i dawał chociaż nadzieję, bo na pewno nie gwarancję, na to, że w ręce talibów nie trafi pełnia władzy.

Mimo tych zapewnień w Kabulu wybuchła panika. W sklepach, na ulicach, pod bankomatami – tłumy i kolejki. Ludzie masowo pobierali gotówkę, robili zapasy, ale szybko się okazało, że w bankomatach skończyły się pieniądze. I to była też jedna z praktycznych przyczyn mojego powrotu. Wiedziałam, że z kasą leżącą na koncie nic nie zdołam zrobić, a nikt nie przyśle mi przecież dolarów w kopercie. Mnóstwo osób znalazło się w podobnej sytuacji.

Co działo się potem?

Dowiedzieliśmy się, że prezydent Ghani uciekł, przekreślając w naszych oczach jakiekolwiek szczątki szans na dalsze rozmowy z talibami. Wtedy wszystko się zmieniło – miasto opustoszało, ludzie poukrywali się w domach i czekali na rozwój wydarzeń. Z czasem policjanci zaczęli opuszczać posterunki, afgańscy żołnierze – zrzucać mundury. Mieszkańcy zrozumieli, że Kabul staje się całkowitą próżnią, jeśli chodzi o obecność jakichkolwiek sił porządkowych, więc siłą rzeczy doszło do tego, co zazwyczaj dzieje się w takich sytuacjach, czyli plądrowania sklepów, kradzieży samochodów itd. A talibowie zmienili swoją śpiewkę.

To znaczy?

„Chcieliśmy się dogadać, ale prezydent zwiał, więc ktoś musi przecież bronić mieszkańców i zaprowadzić porządek. Od tego są nasi bojownicy” – tak w skrócie brzmiała nowa narracja, która miała tłumaczyć, dlaczego już następnego dnia Kabul znalazł się w rękach talibów, rozgaszczających się m.in. w pałacu prezydenckim.

„Wyzwolone” – mówiąc talibską nomenklaturą – zostało wkrótce także największe afgańskie więzienie Pul-e-Charkhi, w którym przebywali nie tylko talibowie, ale też członkowie Al-Kaidy i Państwa Islamskiego. Afgańczycy w mediach społecznościowych kwitowali to czarnym humorem, pisząc, że Afganistan jest jedynym krajem na świecie, w który nie ma żadnego rządu, żadnego prezydenta i żadnego więzienia.

Jak oceniasz działania polskiego rządu w sprawie pomocy Afgańczykom? Początkowo nie szczędziłaś mu słów krytyki. Czy po powrocie coś się zmieniło?

Kiedy pojawiły się komunikaty, że nie wyślemy żadnych samolotów, bo Afgańczycy „nam się rozpierzchli”, powiedzieć, że byłam oburzona, to nic nie powiedzieć. Polski rząd miał obowiązek ochronić wszystkich, którzy dla nas pracowali! Ci ludzie znaleźli się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Oczywiście talibowie wspaniałomyślnie obiecywali amnestię współpracownikom NATO.

Ale?

W wielu prowincjach, które przejęli przed Kabulem, przeczyli tym deklaracjom, urządzając łapanki i mordując ludzi. Nikt się nie łudził, że w Kabulu będzie inaczej. O tym, że pomoc z Warszawy jednak nadejdzie, dowiedziałam się z mediów. Byłam jedyną Polką w mieście, więc próbowałam zrobić wszystko, by zgromadzić jak najwięcej osób możliwych do uratowania. Tymczasem inni moi rodacy zdążyli już odlecieć zagranicznymi samolotami do Europy, bo zdecydowanie szybciej niż Polska zareagowały nie tylko militarne potęgi, jak USA czy Wielka Brytania, ale także Czechy czy Słowacja.

Jesteśmy coś winni Afgańczykom

Jeśli chodzi o samą odyseję ewakuacyjną, to wprawdzie nie mam kompetencji pozwalających mi się wypowiadać w kwestii prawidłowości procedur, ale uczciwie mogę powiedzieć, że wszyscy, którzy pracowali na miejscu, stanęli na wysokości zadania i wykazali się ogromną determinacją, by akcja się powiodła.

Kogo dokładnie masz na myśli?

Żołnierzy, pracowników ambasady w Delhi, pod którą podlega Afganistan. To oni przez bardzo wiele godzin bez odpoczynku, w pocie czoła koordynowali wszystkie działania. Jestem im bardzo wdzięczna. Jednocześnie wiem, że wiele decyzji było poza ich zasięgiem, bo nie mieliśmy na przykład żadnych swoich bram w drodze na lotnisko. Korzystaliśmy więc z wejść, którymi zarządzały zagraniczne wojska i talibowie.

Swoją drogą niesamowitym widokiem była dla mnie współpraca żołnierzy brytyjskich i amerykańskich ramię w ramię z talibami. Nasi funkcjonariusze również tam byli, ale większość decyzji zapadała ponad ich głowami. Gdy przejścia zamykano, nic nie mogli zrobić.

Tymczasem sytuacja na lotnisku pogarszała się z godziny na godzinę. W pewnym momencie pojawiło się realne zagrożenie bombowe.

Z czyjej strony?

Trzeba pamiętać, że w Afganistanie działają też inne grupy terrorystyczne, dla których tłum ludzi, w tym żołnierzy z Zachodu, wydaje się idealnym celem ataku. Bałam się też incydentów po naszej stronie, bo wielu Afgańczyków posiadało broń, mogło po prostu nie wytrzymać presji i strzelić. Talibowie, rzecz jasna, rekwirowali pistolety na check pointach, ale w takim tłumie nie było możliwe, by dokładnie przeszukać każdego. Dochodziło przy tym do przepychanek, tratowania siebie nawzajem. Wiem, że doszło do niebezpiecznych zdarzeń, w wyniku których ucierpiało co najmniej dwóch niemieckich żołnierzy. Bałam się, że podobnych sytuacji będzie więcej, a któraś z nich storpeduje całą akcję ewakuacyjną.

Do tego dochodziła chyba presja czasu?

Owszem. Talibowie zadeklarowali, że lotnisko będzie otwarte do końca sierpnia i ani dnia dłużej, dlatego ludzie robili wszystko, by zdążyć. Obok tego kwitły też najróżniejsze formy „biznesu”, żerujące na nieprawdopodobnie wielkiej desperacji Afgańczyków i obcokrajowców.

Z jednej strony szansę na zarobek zwęszyli zwykli naciągacze, obiecując np. przewiezienie na płytę lotniska, a z drugiej prowokatorzy działający w zmowie z talibami lub grupami terrorystycznymi. Trzeba było uważać, bo w najlepszym wypadku traciło się pieniądze, a w najgorszym – życie. Jednocześnie ci, którym udało się jeszcze kupić bilety na ostatnie loty komercyjne do Belgii czy Stambułu, też mogli poczuć się oszukani.

Wioska Afszar w okolicach Kabulu. Fot. Nasim Fekrat/flickr.com

Bo loty odwołano?

Tak, ale nie od razu. Najpierw ceny biletów 10-krotnie poszły w górę, później ogłaszano kolejne, wielogodzinne opóźnienia. Wszystko po to, by ostatecznie poinformować, że samolot w ogóle nie odleci.

Nie bez wpływu na ruch na lotnisku pozostawało przerażenie Amerykanów, co też wiele mówi o ich przywilejach. Obrazki, na których ludzie czepiali się kół samolotów, wierząc, że w ten sposób wydostaną się z Afganistanu, zmroziły wszystkich, ale dla USA były znakiem, że ewakuacja nie musi wcale pójść tak gładko, jak pierwotnie zakładano. Dlatego Ameryka zaczęła w pewnym momencie de facto okupować lotnisko, nie dopuszczając do tego, by Afgańczycy mogli w ostatniej chwili normalnie, legalnie opuścić kraj. Mało tego, samoloty naszych koalicjantów, np. wojsk niemieckich, czekały na lądowanie w ościennych krajach, jak Uzbekistan, dopóki nie otrzymały zielonego światła od Stanów.

Czy tym ludziom, którym nie udało się wyjechać, da się jakoś pomóc?

Obawiam się, że nie. Moje możliwości ograniczają się do tego, by pozostawać z nimi w kontakcie i ewentualnie przekazywać informacje, gdzie mogą szukać wsparcia. Służby i wojsko robią co w ich mocy, by jakoś zorganizować im powrót lub zapewnić bezpieczeństwo.

Na pewno naszej pomocy – prawnej, psychologicznej, finansowej, medycznej, zbiórek ubrań, leków – będą potrzebować ci, którzy już dotarli i będą przyjeżdżać do Polski. Te osoby uciekły z kraju spakowane w mały plecak lub torebkę. Cały dobytek ich życia pozostał w Afganistanie.

Uchodźcy w tej chwili są na 10-dniowej kwarantannie w ośrodkach. Co będzie z nimi potem?

Dopiero po tym czasie będziemy prawdopodobnie znać ich potrzeby, no i mam nadzieję, że ruszy do przodu proces ustalenia ich statusu. Już teraz wiadomo jednak, że część osób chce jechać dalej, zwykle tam, gdzie mają krewnych czy znajomych. Sporo planuje udać się do Niemiec. Ale to w Polsce zapadną kluczowe decyzje, w których tle znajdą się, niestety, rozgrywki polityczne.

Chodzi o to, że inne państwa muszą wyrazić zgodę na relokację?

Tak, bo one będą konieczne do przeprowadzenia przed zakończeniem procedury o przyznanie statusu uchodźcy. Pamiętamy jednak, że Polska w przeszłości odmówiła swojego udziału w podobnym procesie. Pozostaje więc mieć nadzieję, że inne rządy nie będą tak małostkowe i że zgodnie z wolą Afgańczyków przyjmą ich do siebie.

Jak reagujesz na to, co dzieje się w Usnarzu?

Nie chciałabym kierować swojego oburzenia w stronę samej straży granicznej, bo rozumiem, że funkcjonariusze muszą wykonywać rozkazy, nawet te złe, i znajdują się pod ogromną presją swoich przełożonych, rządu i opinii publicznej.

Jednocześnie uważam, że niedopuszczanie lekarza do osób, które przebywają od dłuższego czasu w tragicznych warunkach, żeby nie dać im śpiworów czy jedzenia, jest po prostu obrzydliwe i niehumanitarne. Musimy zbierać dowody tych czynów i pokazywać, że jako społeczeństwo wszystko widzimy, ale nie ma naszej zgody na takie traktowanie ludzi. Bardzo denerwuje mnie też nielogiczność polskiej narracji.

To znaczy?

Uznaliśmy, że uchodźcy znajdują są po białoruskiej stronie, a nie naszej, więc nie musimy niczego im zapewniać. Jakim prawem w takim razie nie pozwalamy im się przemieścić parę metrów, by mogli załatwić potrzebę fizjologiczną? To się po prostu nie spina w żadną całość.

Przede wszystkim jednak przeraża brak humanitaryzmu. Nie chcę wchodzić w narrację o wojnie hybrydowej i obronie granicznej, jeśli po drugiej stronie mamy 30 bezbronnych osób z kotem. Tak wykorzystuje się ludzi do prowadzenia naszego wewnętrznego sporu politycznego. To, czy wysłał ich tam Łukaszenka, czy Putin, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Ci ludzie cierpią i potrzebują pomocy. To hańbiące, że na naszych oczach dzieje się tragedia, a my zajmujemy się rzucaniem drutu kolczastego.

Dwie policyjne suki, namioty i wojskowa ciężarówka, czyli jak sprawić, żeby uchodźcy zniknęli z naszych sumień

Co powiedziałabyś tym, którzy twierdzą, jak Joe Biden, że Afgańczykom nie chciało się bronić swojego kraju?

Rozumiem, że lubimy sobie prosto tłumaczyć świat, co daje nam względne poczucie bezpieczeństwa. Ono jednak jest iluzoryczne, a sprawa Afganistanu – złożona. Zadawanie sobie pytań o to, dlaczego nie walczono, w krajach, które od dawna nie prowadziły na swoim terenie żadnych działań zbrojnych, jest bardzo wygodne. Podobnie wygodne jak stwierdzenie, że stutysięczna armia i nowoczesny sprzęt od Zachodu miały zapewnić Afgańczykom ochronę przed talibami – skoro jednak nie chwycili za broń, to kij z nimi. Nie twierdzę, że po stronie afgańskiej nie było błędów, bo mogę wymienić ich mnóstwo, przede wszystkim zawiódł rząd.

Ale?

W przypadku wojska wcale nie było tak, że Afgańczycy byli dobrze przygotowani. Piotr Łukasiewicz podkreśla, że owszem, Afgańczyków przez wszystkie lata szkoliły najlepsze NATO-wskie wojska, ale na siły szybkiego reagowania. Zasadniczy wysiłek, jeśli chodzi o walkę z talibami, miał spoczywać na wojskach koalicyjnych. To po pierwsze.

A po drugie – kłamstwem jest twierdzenie, że żołnierze mieli niskie morale. Wręcz przeciwnie. Rozmawiałam z wieloma osobami, osadzonymi w różnych bazach w Bagram czy okolicach Kabulu. Tym ludziom zależało na walce o swój kraj i zapewnieniu lepszej przyszłości swoim dzieciom, ale jednocześnie byli ofiarami zaniedbań i błędów afgańskiego rządu, który od ponad dwóch miesięcy nie wypłacał im pensji, bardzo zresztą mizernej, czyli 250 dolarów na miesiąc. Do tego brakowało amunicji, jedzenia, wody pitnej. Wracali do Kabulu z prośbą o pomoc, ale jej nie dostawali. Skoro nie mieli dostępu do tak podstawowych zasobów i perspektyw na ich otrzymanie, to jak mamy się nie dziwić, że dochodziło do masowych dezercji?

Fot. Global News/youtube.com

Sporo mówi się też o tym, że to nie żołnierze decydowali, by oddawać miasta talibom bez walki. To prawda?

Owszem. Musimy mieć w pamięci kwestię zaplecza i dogadania politycznego, które nie nastąpiło wczoraj ani tydzień temu, ale trwało od wielu lat. Dochodziło do zawierania różnego rodzaju umów pomiędzy talibami a lokalną starszyzną, władzami na niższych szczeblach. To od ludzi wyżej żołnierze dostawali polecenie, by się poddać. Mogli więc podjąć beznadziejną próbę walki tylko po to, żeby stracić życie i narazić na śmierć swoją rodzinę. Albo wziąć drobne na powrót do domu i zaświadczenie umożliwiające podróż. Co byś wybrała na ich miejscu?

Nie wiem, ale pewnie wsiadłabym w autobus.

Ja też nie wiem, bo nigdy nie znalazłam się w takiej sytuacji. Policjant z Kandaharu tuż po tym, jak upadło to miasto, powiedział mi, że rozkaz szedł prosto z góry i był jasny: zostawcie mundury i jedźcie do rodzin. Co miał zrobić? Wyjść sam przed posterunek i naparzać się z talibami? Oczekiwanie od szeregowych funkcjonariuszy, że staną się mięsem armatnim, albo od mieszkańców, że ruszą z widłami na talibów, jest kompletnym absurdem.

To dlaczego w takim razie Bidenowi przyszło z taką łatwością zarzucić Afgańczykom brak ducha walki?

Biden jest po prostu politykiem, który musiał amerykańskim podatnikom sprzedać jakąś chwytającą za serce historię o zakończeniu wielkiej wojny, wspaniałomyślnych żołnierzach USA i niereformowalnych Afgańczykach, o co ci drudzy – słyszałam na własne uszy – mieli do prezydenta ogromny żal.

Nikt jednak nie twierdził, że Amerykanie mieli siedzieć w Afganistanie kolejne 20 lat. Przeciwnie, panowała opinia: „dobrze, że się wycofują, jesteśmy im wdzięczni, czas wziąć sprawy i kraj w swoje ręce”. Afgańczycy jak refren powtarzali to w rozmowach ze mną. Niemniej można było zarządzić ewakuację na wiele innych sposobów. Wybrano jeden z najgorszych.

Pierwsza polityczna klęska Bidena

Co mogli zrobić Amerykanie?

Na przykład zapewnić Afganistanowi minimalną obecność swoich wojsk. Tak naprawdę niewielkim nakładem, praktycznie bez ryzyka strat własnych, można było wywierać presję na talibów, póki były do tego narzędzia. Ale prezydent Trump, który podpisał z nimi w lutym 2020 roku umowę, nie myślał o tym, niczego nie zażądał. Chciał po prostu doprowadzić do szybkiego dealu z talibami, żeby móc ogłosić, że oto kończy najdłuższą amerykańską wojnę.

I skończył – zaledwie czterostronicowym dokumentem, dając talibom na tacy to, czego chcieli najbardziej, i nie żądając niczego w zamian. Jedyne założenie było takie, że talibowie nie będą atakować ewakuujących się Amerykanów, ale o afgańskich cywilach już nikt nie pomyślał, dlatego tak licznie ginęli oni w ciągu ostatniego roku. Poza tym za wielki błąd uważam pominięcie w tych rozmowach rządu afgańskiego.

Dlaczego?

Bo to odebrało mu jakąkolwiek legitymację w oczach talibów. Natomiast fakt, że oni sami usiedli do stołu negocjacyjnego bezpośrednio ze światowym mocarstwem, podniósł ich rangę i poczucie ważności. To z nimi dyskutowano o przyszłości Afganistanu, więc gdy potem zaczęli rozmawiać z rządem, ten nie miał żadnej siły nacisku. No bo czym niby miałby im grozić? Dlatego te spotkania sprowadzały się do fasadowych działań i gry na zwłokę. Talibowie nawet deklarowali, że są w stanie złożyć broń, jeśli Ghani ustąpi z urzędu. Czy byłoby tak, gdyby rzeczywiście zrezygnował, a nie uciekł? Czy można byłoby utworzyć rząd tymczasowy? Tego się już nie dowiemy.

Talibowie negocjują, ale do czasu. Czy w Afganistanie wróci islamski emirat?

Może w takim razie część Afgańczyków, wiedząc, że nie mogą liczyć na rząd, a jednocześnie mając dość wojny, była pogodzona z rządami talibów? Może tak naprawdę nie na rękę jest to głównie bardziej rozwiniętym ośrodkom, jak Kabul, a nie prowincji?

Masz rację, bardzo dużo osób było po prostu koszmarnie zmęczonych trwającą od 40 lat wojną. I tak, w Kabulu poza pojedynczymi zlecanymi zabójstwami urzędników państwowych, aktywistów, prawników czy sędziów nie dochodziło do zbyt wielu działań zbrojnych. Można było więc wieść w nim może nie normalne w naszym zachodnim rozumieniu znaczenia tego słowa, ale względnie spokojne życie.

Z kolei to, co się działo w prowincjach, jest odrębną historią. Tam bez przerwy dochodziło do nalotów, zniszczeń i rozlewu krwi, z czym nie zrobili nic ani Amerykanie, ani nieudolny, skorumpowany rząd. Wiele osób miało tego dość i mimo że nie popierali talibów i ich ideologii, mówili wprost: jest nam wszystko jedno, kto przejmie władzę, byleby nastał pokój.

I talibowie to wykorzystali?

Owszem. Obiecywali, że nie będą tak brutalni jak w 1996 roku, że Afgańczycy będą mogli zacząć nowe życie, że wspólnie zbudują lepszy kraj. Rozmawiałam z przedstawicielem starszyzny plemiennej w Spin Boldak tuż po tym, jak talibowie przejęli ten dystrykt, ale przed tym, jak dokonali tam masowych morderstw cywili. Ten człowiek opowiadał, że jego plemię latami było rządzone przez lokalnego warlorda powiązanego rodzinnie z afgańskim rządem. Jaki to był przywódca? Skorumpowany, który nie liczył się z niczyim zdaniem, więził oponentów politycznych i się nad nimi znęcał. A gdy przyszli talibowie? „Zaprosili nas na spotkanie, podejmowaliśmy wspólnie decyzje, pozwalano nam mówić” – usłyszałam. Ci ludzie po latach poczuli się po prostu zauważeni. Ktoś wreszcie uwzględnił ich głos.

Zachodniemu ekspertowi w studiu telewizyjnym łatwo jest zadawać pytania: jak mogliście być tak naiwni? Ale ja wcale się nie dziwię, że ci zdesperowani ludzie mieli tak wielką potrzebę uwierzenia w coś, co mogło okazać się lepsze niż dotychczas trwająca wojna.

Włodek: Talibowie nie cieszą się wielkim poparciem społecznym, po prostu Afgańczycy są koszmarnie zmęczeni wojną

Jak oceniasz możliwości ruchu oporu, który zdecydował się jednak stanąć do walki?

Wydaje się, że mają bardzo marne szanse i że to może doprowadzić jedynie do większego rozlewu krwi. Wiele osób wciąż czuje ogromną bezsilność, bo wiedzą, że tak naprawdę stracili ojczyznę i godność. W szczególności dotyczy to kobiet i elit, które są upokorzone ponownym dojściem talibów do władzy.

Gdy patrzyłam, jak na lotnisku talibowie z satysfakcją wypisaną na twarzy bili ludzi wszystkim, co tylko mieli pod ręką, widziałam to ogromne poniżenie. Po jednej stronie talibowie, niezwykle brutalni, szczęśliwi z powodu tego, że są u siebie. W zdecydowanej większości to mężczyźni, którzy przyjechali po raz pierwszy w życiu do Kabulu czy Kandaharu zaledwie dwa dni wcześniej. Z wieloma z nich nie byłam w stanie dogadać się po persku, co sugeruje, że są to osoby, które nie spędziły ani jednego dnia w szkole.

A po drugiej?

Przerażone, wykształcone elity kraju wywożone na Zachód – bo tak to trzeba nazwać. Z Afganistanu wyjechali urzędnicy, tłumacze, dziennikarze, nauczyciele i wszyscy ci, którzy mogli zbudować w tym kraju lepszą przyszłość. I zresztą właśnie to latami robili, w to wkładali ogromny wysiłek i oddanie. A teraz? Muszą uciekać nie wiadomo dokąd w najbardziej upokarzających warunkach, z dobytkiem upchanym w jednej torebce, by zostawić Afganistan na pastwę talibów.

Nie wiem, czy widziałam w życiu coś bardziej dewastującego psychicznie. Ale wiem na pewno, że nadzieja dla Afganistanu jest bardzo krucha i że ktoś, kto potrafi działać tylko z użyciem siły i niszczyć, nie stworzy tam niczego dobrego.

**
Jagoda Grondecka – iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich. Korespondentka Krytyki Politycznej. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij