Świat

Talibowie negocjują, ale do czasu. Czy w Afganistanie wróci islamski emirat?

Talibowie byli pierwszym celem Ameryki po atakach terrorystycznych z 11 września 2001 roku. Ich rząd upadł już w listopadzie tamtego roku, gdy siły pod wodzą USA zajęły Kabul. Dziś talibowie znów chcą rządzić Afganistanem i przywrócić w nim prawo islamu. Na razie negocjują, ale zaczęli już strzelać. Jagoda Grondecka pisze z Kabulu.

Hasib miał siedem lat, kiedy brodaci fundamentaliści przejęli władzę w Kabulu i ogłosili powstanie Islamskiego Emiratu Afganistanu. Był rok 1996 i nikt nie przejmował się zanadto tym, co dzieje się w odległym państwie w środkowej Azji, od lat pozostającym w stanie wojny. – Pamiętam, jak z mamą i siostrami co noc trzymaliśmy wartę w oknach. Zmienialiśmy się co dwie godziny, żeby sprawdzać, czy nic nie dzieje się na zewnątrz – opowiada Hasib.

Gdy Sowieci dostali łupnia w bitwach pod Hindukuszem i w 1989 roku zarządzili odwrót, w siedzibie CIA w Langley uczczono to przyjęciem z szampanem. Tymczasem Afganistan, nazywany przez poetę Muhammada Ikbala „sercem Azji”, pogrążył się w wojnie z samym sobą. Mudżahedini, którzy wcześniej walczyli z Sowietami, zbrojeni i finansowani nie tylko przez CIA, ale także przez ISI, najpotężniejszą pakistańską agencję wywiadu, i Arabię Saudyjską, teraz zwrócili się przeciwko sobie. Komunistyczny rząd Mohammada Nadżibullaha upadł niedługo po rozpadzie Związku Radzieckiego – w 1991 roku. Warlordowie wydzierali sobie kolejne skrawki ziemi do władania, a gwałty, rozboje i porwania były na porządku dziennym. Życie Afgańczyków stało się jeszcze bardziej przerażające i nieznośne.

Chanabad, Afganistan. Fot. Jagoda Grondecka

Zmieniały się strony, zawiązywały sojusze, dochodziło do zdrad. Jedno pozostawało niezmienne: wojna. Jak pisał jeden z najwybitniejszych badaczy islamu, Maxime Rodinson: „Królestwo Boże nie jest z tego świata, historia nie ma końca, walki nigdy nie ustaną”. Takie przekonanie podzielało wielu Afgańczyków.

„Religia Boga jest deptana, ludzie otwarcie czynią zło, lud islamu ukrywa swoją religię, a ci źli przejęli kontrolę nad całym terytorium; kradną pieniądze ludu, obrażają ich na głównych ulicach, zabijają ich i kamienują na poboczach dróg. A potem przejeżdżają samochody, mijają martwe ciało leżące na poboczu i nikt nie pofatyguje się, by je pochować”. Tak sytuację w Kandaharze, jednym z największych miast Afganistanu na południu kraju, opisywał w 1994 roku Omar, pierwszy przywódca talibów, w odezwie do swoich uczniów w dystrykcie Panjwayi. Omar był mułłą, a więc dosłownie – nauczycielem, a w praktyce miejscowym przywódcą z autorytetem zarówno religijnym, jak i politycznym. Mułła Omar, podobnie jak wielu innych Afgańczyków, uważał, że po zakończeniu wojny z ZSRR władza w kraju znalazła się w rękach ludzi „skorumpowanych i słabych”.

Istnieje wiele legend założycielskich opisujących, jak Omarowi – wiejskiemu mulle – udało się zjednoczyć talibów pod swoim przywództwem. „Najbardziej wiarygodna – pisze pakistański dziennikarz Ahmed Rashid, który konfliktowi w Afganistanie przyglądał się przez ponad dwie dekady – mówi, że wiosną 1994 mieszkańcy Singesar (wieś nieopodal Kandaharu) przyszli do niego i powiedzieli, że miejscowy komendant porwał dwie nastoletnie dziewczyny”. Uprowadzono je do obozu wojskowego i wielokrotnie zgwałcono. Omar zaatakował bazę z trzydziestoma talibami, wyzwolił nastolatki, a dowódcę powiesił na lufie czołgu. Z bazy zabrali broń i amunicję, rozpoczynając długą i krwawą historię ruchu talibów.

Covid-19 kontra ISIS. Zasady higieny dla bojowników dżihadu

Trudno się zatem dziwić, że część mieszkańców surowe porządki talibów powitała z radością i nadzieją na sprawiedliwość. Wczorajszych oprawców stracono za czyny, jakich się dopuszczali, wprowadzono surowe kary. Jednak okrucieństwo nowych władców szybko okazało się ponad miarę. Talibowie najpierw wyzwolili Afgańczyków od bezprawia, żeby później stać się ich oprawcami. Powszechne było obcinanie rąk za kradzież, kamienowanie za cudzołóstwo. Nawet tych, którzy początkowo byli do talibów nastawieni entuzjastycznie, coraz bardziej przerażał terror ich rządów. Mieszanka rezygnacji, wykończenia trwającą od lat wojną i strachu zmusiła jednak miliony do pogodzenia się z talibską wersją sprawiedliwości.

Była to grupa tyleż okrutna, co specyficzna. Mułła Omar stracił oko w wyniku wybuchu rakiety w 1989 roku. Ówczesny talibski minister sprawiedliwości, Nuruddin Turabi, oraz szef dyplomacji, Mohammad Ghaus, także byli jednoocy. Burmistrz Kabulu, Abdul Madżid, miał tylko jedną nogę i brakowało mu dwóch palców. Pozostali przywódcy talibów, nawet wojskowi, byli podobnie okaleczeni po latach walk z Sowietami. W reportażu o Afganistanie Modlitwa o deszcz Wojciech Jagielski pisał wręcz, że na spotkaniach talibskich przywódców trudno było znaleźć kogoś, kto miałby parę oczu i parę kończyn. Każda z tych ułomności przypominała o wojnie, która trwała dekadę, a życie w niej straciło półtora miliona Afgańczyków.

Mułła Omar był także najbardziej tajemniczym ze światowych liderów. Nawet po zdobyciu przez talibów Kabulu odwiedził go tylko dwa razy, pozostając w Kandaharze. Także o jego śmierci świat dowiedział się dopiero po dwóch latach.

Słowo klucz, które pomaga zrozumieć wiele zjawisk w Afganistanie, to etniczność. Jest ono pomocne także w przypadku fenomenu talibów. Wywodzą się oni z grupy etnicznej Pasztunów, największej w Afganistanie, do której według różnych szacunków należy 40–42 proc. mieszkańców tego kraju i która tradycyjnie uważała się za predestynowaną do rządzenia. Tak było przez 300 lat – Pasztunowie pozostawali u władzy od czasu, kiedy w 1761 roku Ahmad pokonał siły indyjskiej dynastii Marathów, podporządkowując sobie Delhi oraz Kaszmir i tym samym dając podwaliny pierwszemu imperium afgańskiemu.

Pasztunowie panowali w Afganistanie aż do 1992 roku, kiedy Burhanuddin Rabbani i jego dowódca Ahmad Szah Masud, wywodzący się z grupy etnicznej Tadżyków, przejęli Kabul po obalonym komunistycznym prezydencie Nadżibullahu, a Rabbani został pierwszym po sowieckiej okupacji prezydentem Afganistanu. Pomogła im także armia generała Abdurraszida Dostuma, z pochodzenia Uzbeka. Dla Pasztunów oddanie władzy w ręce przedstawicieli mniejszych grup etnicznych, które tradycyjnie były im niejako podporządkowane, było potężnym ciosem. Talibowie, którzy w swojej ideologii odwoływali się poza islamem także do pasztuńskiego nacjonalizmu, zagrali na tej strunie, by zdobyć większe poparcie. Ich ideologia była więc oparta częściowo na Pasztunwali – kodeksie honorowym Pasztunów.

Była wiosna 1996 roku, kiedy talibowie, którzy kontrolowali już południowy Afganistan, zorganizowali w swoim mateczniku, Kandaharze, konferencję dla bojowników, dowódców i duchownych. W Kandaharze mieści się świątynia Kirka Szarif, która przechowuje najcenniejszą relikwię w kraju – płaszcz, który według podań miał należeć do samego proroka Mahometa. Obok świątyni znajduje się mauzoleum króla Ahmada Szaha Durraniego, założyciela współczesnego Afganistanu. Legenda głosi, że Durrani, który władał krajem od 1747 do 1772 roku, przywiózł płaszcz z jednej z wypraw. Relikwia była niezwykle rzadko pokazywana publicznie. Mułła Omar ukazał się zgromadzonym przed świątynią na dachu, z płaszczem w rękach. Pokazywał go wiwatującemu tłumowi, który okrzyknął go „Amir al-Mominin” – komendantem wiernych. Amerykański dziennikarz Steve Coll, autor kilku książek na temat talibów i wojen USA w Afganistanie i Pakistanie, nazwał to wydarzenie „koronacją” Omara. Po kilku miesiącach talibowie przejęli Kabul i ogłosili powstanie Islamskiego Emiratu Afganistanu. Nowe państwo uznały tylko Pakistan, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie.

Pogłoski o pokonaniu Państwa Islamskiego są mocno przesadzone

Wieść o okrucieństwie talibskich rządów zataczała coraz szersze kręgi. Na stadionie w Kandaharze, zbombardowanym podczas wojny domowej i odbudowanym przez ONZ dla Afgańczyków, nie odbywały się już mecze. Zagraniczni urzędnicy bezradnie przyglądali się, jak zamiast nich na stadionie przeprowadza się publiczne egzekucje. Ofiary rozstrzeliwano między słupkami bramki.

Lista nakazów i zakazów była długa i dotyczyła praktycznie każdego aspektu życia. Zakazane były książki, telewizja, muzyka, w radiu jedyna stacja na okrągło raczyła Afgańczyków talibską propagandą. Zabroniono grać na bębenkach czy puszczać latawce, co stanowi bodaj najpopularniejszą zabawę afgańskich dzieci.

Świat przyglądał się temu dość obojętnie. Amerykanie żądali od talibów wydania saudyjskiego terrorysty Osamy bin Ladena, który przybył do Afganistanu i korzystał z ich gościny, wcześniej dokonawszy zamachów na placówki dyplomatyczne USA w Kenii i Tanzanii. W 1999 roku ONZ nałożyła na Afganistan sankcje ekonomiczne, przyłączając się do żądań. W styczniu 2001 roku nałożono dodatkowe sankcje, zakazując m.in. eksportu broni do rządzonego przez talibów kraju. Oczy społeczności międzynarodowej zwróciły się na Afganistan dopiero wiosną 2001 roku, kiedy talibowie wysadzili dwa posągi Buddy w Bamianie. Posągi te, wydrążone w skale przez mnichów buddyjskich w VI wieku, należały do światowego dziedzictwa UNESCO.

Niedługo później Afganistan przypomniał o sobie w tragiczny sposób. 11 września 2001 roku wraz z atakiem Al-Kaidy na World Trade Center, zaplanowanym na terytorium Afganistanu, skończyła się pewna epoka, a zaczęła najdłuższa z nowożytnych wojen – wojna z terrorem. Abdul Salam Zaif, ówczesny ambasador talibów w Pakistanie i jeden z najbardziej rozpoznawalnych członków ruchu, w swojej autobiografii Zendegi-ye man bo taliban (Moje życie z talibami) wspomina wieczór, kiedy dowiedział się o ataku na World Trade Center: „W tamtym momencie wiedziałem, że za to, co wydarzyło się w Ameryce, będzie cierpieć Afganistan i jego biedni mieszkańcy. […] Ludzie, którzy byli ze mną w pokoju, przypatrywali mi się ze zdumieniem i pytali, dlaczego jestem smutny. […] Zapytałem ich: myślicie, że kogo Ameryka i świat obarczą winą za to, co się stało? Na kogo skierują swój gniew?” (tłum. aut.).

Pamięć zniszczonych miast. Reportaż z irackiego Kurdystanu

Nie pomylił się. Gdy talibowie ponownie odmówili wydania bin Ladena, 7 października 2001 roku Amerykanie rozpoczęli inwazję na Afganistan. Wkrótce potem, 13 listopada, sojusznicze siły zajęły Kabul, co oznaczało upadek rządu talibów. Ich dowódcy znaleźli schronienie za miedzą, po pakistańskiej stronie linii Duranda. Część bojowników ukryła się na górskich terenach Afganistanu, stamtąd prowadząc partyzanckie operacje, część wyjechała z kraju, np. do sąsiedniego Iranu. Nigdy nie przestali jednak walczyć o powrót do tego, co było.

* * *

Droga do Kunduzu, miasta na północy kraju i stolicy prowincji o tej samej nazwie, wiedzie w dużej części przez terytoria kontrolowane nie przez rząd, ale talibów. Tylko w jeden weekend stycznia „antyrządowi bojownikcy” mieli uprowadzić co najmniej 20 osób na 60-kilometrowym odcinku pomiędzy Pol-e Chomri a Kunduzem.

W prowincji regularnie dochodzi do starć między siłami rządowymi a talibami. Po 18 przestaje działać sieć komórkowa. Talibowie mają długą historię atakowania afgańskich firm telekomunikacyjnych, porywania ich inżynierów, niszczenia masztów – wszystko to, by doprowadzić do takich właśnie codziennych blackoutów i tym samym utrudnić namierzanie ich bojowników. Jednym z najbardziej znanych przykładów jest talibska wojna przeciwko spółce Salaam Telecom. Poza niszczeniem kabli internetowych i grożeniem pracownikom firmy w prowincji Baghlan talibowie na wyrywki sprawdzali, jaką kartę SIM mają w telefonie mieszkańcy. Ci przyłapani na posiadaniu karty Salaam musieli ją połknąć.

Podróżowanie po zmroku jest pomysłem głupim do granicy z szaleństwem, czekamy więc do rana, by pojechać do Chanabadu, miasteczka u podnóża Hindukuszu i stolicy dystryktu o tej samej nazwie. Lata wojny odcisnęły na nim bezlitośnie swoje piętno: wiele domów zostało doszczętnie zniszczonych, poważny problem stanowią miny lądowe, a władza państwowa praktycznie tu nie sięga.

Pomiędzy Kunduzem a Chanabadem na przydrożnych słupach i masztach zamiast flag afgańskich powiewają białe z wypisaną na czarno szahadą, muzułmańskim wyznaniem wiary – to flagi talibów. Taką flagę przybrał Islamski Emirat Afganistanu.

Flaga talibów przy drodze z Kunduzu do Chanabadu. Fot. Jagoda Grondecka

Mohammad Talib Faizani, jak się przedstawił, wysoki, szczupły mężczyzna o surowej twarzy, jest komendantem talibów w tym dystrykcie. Jako jedyny zgodził się na rozmowę. Jego trzech towarzyszy obserwuje nas z dystansu. – Dlaczego dołączyłem do talibów? Żeby stanąć przeciwko terrorystom, którzy dokonują ataków na Afgańczyków i sprawiają, że nasze państwo się rozpada, obcokrajowcom, Amerykanom. Afgańczycy potrafią sami prowadzić swoje sprawy. Chcemy, żeby obce wojska wycofały się jak najszybciej. Jak wiesz, nasi wysłannicy negocjują teraz w Katarze z afgańskim rządem. Musimy przedyskutować wszystkie kwestie. Kiedy Afganistan będzie miał islamski rząd, możemy dzielić władzę. Ale to musi być rząd islamski. To, co dopuszcza Koran i szariat, będzie dozwolone, to, czego zabrania – zakazane. Źródłem prawa musi być islam, to nie podlega dyskusji. Teraz prawo nie jest muzułmańskie. Islamu nie da pogodzić się z demokracją, a teraz jesteśmy republiką. Prawa kobiet? Kobiety będą cieszyć się takimi prawami, jakie gwarantuje im islam.

Podczas ostatnich rządów talibowie na podstawie swojej interpretację islamu radzili kobietom tak: „Kobiety, nie opuszczajcie domostw. A jeśli wychodzicie, nie bądźcie jak te, które, nim nadszedł islam, wychodziły w modnych ubraniach, nosiły dużo makijażu i pokazywały się mężczyznom. Islam ma dla kobiet cenne wskazówki. Nie powinny przyciągać uwagi bezużytecznych osób, które nie będą patrzeć na nie dobrym okiem”.

Komendant twierdzi, że w tym zakresie sytuacja się zmieniła. – Nie mamy problemu z edukacją dziewczynek, ale w oparciu o zasady islamu. Na terytoriach kontrolowanych przez talibów mamy mnóstwo szkół dla dziewczynek, nawet tutaj. Ostatni rząd powstał w wyjątkowych okolicznościach, nie mieliśmy innego wyjścia, jak tylko wprowadzić takie prawa.

Kraj bez kobiet. Ile zostało z planów wyzwolenia Afganek

Mohammad opowiada, że dołączył do talibów w wieku zaledwie 16 lat: – Był rok 1994, czas szalejącej wojny domowej. Kiedy Amerykanie obalili nasz rząd, wyjechałem do Iranu i pracowałem jako kierowca. Wróciłem w 2007 roku, gdy ponownie byliśmy silni i musieliśmy walczyć z zagranicznym okupantem. – Dziś ma 42 lata. Pochodzi z prowincji Baghlan, ale od 16 lat mieszka w Kunduzie. Ma dwie żony. – Druga jest nowo poślubiona – dodaje. Doczekał się pięciu córek i dwóch synów. Z uśmiechem pozuje do zdjęć, odsłaniając pazuchy swojej kamizelki. Jego uzbrojenie stanowi cokolwiek oryginalną mieszankę wyposażenia amerykańskiego i radzieckiego.

Talibowie sprawnie wykorzystują mniejsze i większe potknięcia zarówno afgańskiej władzy, jak i międzynarodowej koalicji. W Chanabadzie 19 września 2020 roku doszło do podwójnego ataku z powietrza, w wyniku którego życie straciło ponad 20 cywili, mężczyzn i dzieci. Mieszkańcy mówią mi, że nie wiedzą nawet, kto dokonał ataku. Gubernator prowincji miał im jedynie powiedzieć, że „nie były to siły afgańskie, ale zagraniczne” – żadne z wojsk koalicji nie przeprowadziło jednak tego dnia ani jednej operacji. W rodzinach, które często straciły jedynego żywiciela, narasta poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.

– Syn, który zginął, był rolnikiem, miał kawałek pola. To on nas utrzymywał. Zostałyśmy same z synową i dziećmi. Gdyby nie pomoc siostrzeńca, nie miałybyśmy co jeść – ze łzami w oczach opowiada starsza kobieta. – Nie, nie dostałyśmy żadnej pomocy od państwa. Biuro gubernatora coś obiecało, ale czekamy od miesiąca i nic.

Talibowie umiejętnie zagospodarowują gniew, żal, poczucie krzywdy i porzucenia. Podobnie jak przed ćwierćwieczem wypełniają lukę po administracji państwowej, tworząc na kontrolowanych przez siebie terytoriach quasi-państwowe, równoległe struktury, zaspokajające dwie podstawowe potrzeby Afgańczyków: bezpieczeństwa i sprawiedliwości. Choć po pierwszej próbie ich rządów, jaką był okrutny okres 1996–2001, wielu mieszkańców pozbyło się złudzeń co do talibskich porządków, są już na tyle zmęczeni trwającą wojną i chaosem, że nie sprzeciwiliby się powrotowi talibów do władzy, gdyby tylko miało to oznaczać zapanowanie upragnionego pokoju. – Wszystko nam jedno, kto będzie rządził. Mogą rządzić talibowie. Chcemy tylko, żeby wojna już się skończyła – słyszę w niejednym domostwie.

Chanabad, Afganistan. Fot. Jagoda Grondecka

Talibowie chętnie kreślą paralele między dzisiejszą sytuacją a wczesnymi latami 90., kiedy Afganistan zaczął pogrążać się w chaosie wojny domowej. Wiele osób, które wówczas dzierżyły władzę, dziś też sprawuje ją w różnych częściach kraju. Sytuacja z bezpieczeństwem jest podobnie zła, a wiele zachowań służb porządkowych wobec mieszkańców – tak samo nagannych. W swojej narracji talibowie mienią się ofiarami, wyrażając wiele skarg afgańskiego społeczeństwa.

Żołnierz, z którym wracamy z Kunduzu do Kabulu, stacjonuje w jednej z baz Narodowej Armii Afganistanu w tej prowincji. Pytany o starcia z talibami odpowiada: – To się nie zdarza okazjonalnie, tylko przez cały czas. Chociażby wczoraj od 17 do 19 walczyliśmy z talibami. Atakują nas codziennie. Miesięcznie zarabiam 300 dolarów, a rodzinę widzę raz na sześć tygodni, kiedy mogę opuścić bazę i pojechać do domu. Mimo wszystko ciągle mam wiarę. Dołączyłem do wojska, żeby walczyć o lepszy kraj dla swojej żony i córki. Wierzę, że pewnego dnia uda nam się talibów pokonać. – Nagle pyta: – Czy mogłabyś mi pomóc? Jeśli talibowie zatrzymają nas na checkpoincie, powiedz, że jestem twoim znajomym. Jak odkryją, że jestem żołnierzem, zabiją mnie.

* * *

Zdania Afgańczyków na temat talibów są podzielone. Niektórzy wskazują, że pod warunkiem pokoju byliby w stanie zaakceptować udział talibów w sprawowaniu władzy w kraju. – Oni też są zmęczeni wojną, jak wszyscy. Nawet jeśli wrócą do władzy, ich rządy nie będą wyglądać tak jak poprzednio – uważa 36-letni Yama, pracujący w jednej z międzynarodowych organizacji. Inni uważają, że powrót talibów oznaczałby utratę zdobyczy ostatnich 19 lat, w szczególności na polu praw kobiet. – Talibowie się nie zmienili. Udają, próbują zamydlić ludziom oczy, żeby myśleli, że po tylu latach mają trochę inne poglądy. Ale ich podejście do praw kobiet, do demokracji, rządów prawa nie zmieniło się ani na jotę. Jeśli wrócą, czekają nas bardzo złe czasy. Ja sama, jako kobieta prowadząca biznes, jestem dla nich solą w oku – mówi Leila Heydari, która prowadzi w Kabulu ośrodek odwykowy i restaurację Taj Begum, gdzie zatrudnia swoich podopiecznych.

Talibom postanowiły jednak zaufać Stany Zjednoczone, które chcą wreszcie zakończyć swój udział w „wiecznej wojnie”, jak amerykańscy dziennikarze i publicyści piszą niekiedy o Afganistanie. 29 lutego 2020 roku podpisali z nimi Umowę pokojową”, która właściwie nazywa się „Umową o zaprowadzenie pokoju w Afganistanie między Islamskim Emiratem Afganistanu, który nie jest uznawany przez Stany Zjednoczone Ameryki jako państwo i jest znany jako talibowie, oraz Stanami Zjednoczonymi Ameryki”.

Wallerstein: Kulawy odwrót z Afganistanu

czytaj także

Nazywanie tej umowy „pokojową” to zresztą spore nadużycie – ten niedługi dokument nie wzmiankuje bynajmniej o zakończeniu wojny czy choćby zawieszeniu broni; wymusza jedynie na talibach zaprzestanie ataków na siły USA i udzielania schronienia Al-Kaidzie czy innym grupom, które mogłyby stanowić dla Stanów Zjednoczonych zagrożenie. W zamian amerykańskie wojska wycofają się spod Hindukuszu, co ma nastąpić do maja 2021 roku. Dodatkowym prezentem dla talibów było wymuszenie na rządzie w Kabulu uwolnienia pięciu tysięcy talibskich więźniów, w tym tych odpowiedzialnych za ataki na żołnierzy koalicji. Wielu z nich, wbrew warunkom umowy, powróciło na pole bitwy.

Amerykanie zgodzili się w zasadzie na wszystko, czego oczekiwali talibowie. Stawia to rząd afgański w dość kiepskiej pozycji negocjacyjnej: jak bowiem przekonać kogoś, by poszedł na jakiekolwiek ustępstwa, kiedy na wstępie daliśmy mu to, czego chciał? „Afgańczycy żądają, żeby rozlew krwi w tym kraju zakończył się raz na zawsze. Cierpią z powodu terroru, jaki stwarza wojna każdego dnia, każdej nocy, w każdej chwili” – powiedział w opublikowanym na Twitterze wideo Masum Stanekzai, były szef wywiadu, który przewodzi rządowej delegacji. Przedstawiciele rządu i społeczeństwa obywatelskiego od 12 września prowadzą tzw. rozmowy pokojowe z negocjatorami talibów. Ci drudzy stanowczo odmawiają jednak podpisania porozumienia o zawieszeniu broni, dopóki nie zostaną przedyskutowane wszystkie inne kwestie. Delegacja rządowa uważa natomiast zawieszenie broni za punkt wyjścia do negocjacji. Żadna ze stron nie zamierza ustąpić, dlatego cały proces od września tkwi w martwym punkcie.

Przez kraj przetacza się fala przemocy. Na porządku dziennym są zabójstwa dziennikarzy, aktywistów, przedstawicieli służb porządkowych. Nieodłączną częścią życia Afgańczyków są wybuchy bomb, samochodów pułapek, a pod koniec listopada i w grudniu na Kabul dwukrotnie spadły rakiety. Według ONZ za większość cywilnych ofiar wojny w 2020 roku odpowiadają właśnie talibowie.

Nocami myślę o Kabulu [reportaż]

Wszyscy mieszkańcy stolicy, z którymi rozmawiałam, dzielą dwa przekonania: usilne pragnienie, by wojna wreszcie się skończyła, i ponure przeświadczenie, że toczące się w Dosze rozmowy zdołają do tego doprowadzić. Bilal Sarwary, afgański dziennikarz, napisał 16 stycznia na Twitterze: „Trzy bieżące rzeczywistości. Krwawe walki na północy i południu. Politycznie podzielony i pogrążony w chaosie Kabul oraz prowadzone w luksusowych hotelach w Dosze rozmowy pokojowe. Wszystko to, kiedy zwykli Afgańczycy domagają się całkowitego zawieszenia broni”.

„Wojna to podchwytliwa gra” – rzekł mułła Omar, gdy jego żołnierze przed 25 laty zajęli Kabul. „Pięć miesięcy zajęło talibom przejęcie jednej prowincji, ale później sześć prowincji poddało się nam w zaledwie dziesięć dni. Teraz kontrolujemy 22 prowincje, wraz z Kabulem. Jeśli Bóg da, cały Afganistan będzie nasz. Czujemy, że rozwiązanie militarne daje lepsze perspektywy niż wielokrotne nieudane próby osiągnięcia pokojowego porozumienia”.

Pytanie, czy w miarę przeciągających się negocjacji talibowie nie dojdą do tego wniosku ponownie, skazując Afgańczyków na kolejne lata przemocy, biedy i chaosu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jagoda Grondecka
Jagoda Grondecka
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich. Korespondentka Krytyki Politycznej. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.
Zamknij