Świat

Nie żal nam uchodźców. Niech wracają, skąd przyszli

Maleńki Liban ma sześć milionów mieszkańców – i półtora miliona uchodźców z Syrii. Libańczycy najchętniej by się ich pozbyli, a Syryjczycy wciąż nie mogą bezpiecznie wrócić do domów. Reportaż Jagody Grondeckiej.

Droga z Kubajjatu do Arsalu wije się stromymi zboczami. Ta część Libanu to twierdza Hezbollahu, szyickiej partii politycznej powstałej na początku lat 80. na fali ferworu po zwycięstwie rewolucji w Iranie. Każde miasteczko, przez które przejeżdżamy, jest pełne zielono-żółtych proporczyków z charakterystycznym symbolem – pięścią zaciśniętą na karabinie.

Radykalnie antyimperialistyczna i antyzachodnia Partia Boga, jak można dosłownie przetłumaczyć jej nazwę, przez wielu uważana jest za państwo w państwie – ma własną armię, wywiad, szkoły, szpitale, rozbudowaną sieć pomocy społecznej. Jej manifest zakłada ustanowienie w Libanie islamskiej republiki na wzór Iranu, zwalczania wszelkich wpływów Zachodu, uwolnienie uciemiężonej Palestyny z okowów Izraela, którego w idealnym świecie Hezbollahu nie ma na mapie.


W ostatnich latach do programu Hezbollahu dopisano nowy punkt – pomoc syryjskim uchodźcom w powrocie do ojczyzny. W przemówieniu wyemitowanym przez jedną z libańskich stacji telewizyjnych lider partii Hassan Nasrallah oznajmił, że Hezbollah „jest gotów pomóc jak największej możliwej liczbie syryjskich uchodźców, którzy chcą bezpiecznie i dobrowolnie wrócić do domu”. Potencjalnych beneficjentów programu jest wielu – według libańskiego rządu w 2016 roku w Libanie przebywało około półtora miliona Syryjczyków. To oznacza, że syryjskimi dialektami arabskiego mówi około 30 procent populacji tego maleńkiego (o powierzchni zaledwie 10 tysięcy km2, a więc niewiele większej od województwa opolskiego) państwa. Choć trudno jednoznacznie ocenić, na ile obecność syryjskich sąsiadów w Libanie miała wpływ na wzrost poparcia dla Hezbollahu, faktem pozostaje, że w ostatnich wyborach parlamentarnych w maju 2018 roku partia Nasrallaha odniosła – po raz pierwszy w dziejach – miażdżące zwycięstwo. Szyici szli do wyborów z hasłem „Będziemy budować i chronić”.

Radynski: Herbatka z Hezbollahem. Reportaż z Bejrutu

Uchodźcy z Syrii to w Libanie drażliwa kwestia – dzieląca zarówno, klasę polityczną, jak i przeciętnych Libańczyków. Już w 2014 roku, zaledwie trzy lata temu po wybuchu wojny w Syrii, władze zaczęły zamykać granice i wprowadziły restrykcje dotyczące tych, którym udało się już do Libanu przyjechać – na przykład opłatę za odnawianie pozwolenia na pobyt co sześć miesięcy. W maju 2015 roku rząd oficjalnie zażądał od UNHCR, by organizacja przestała rejestrować syryjskich uchodźców. Obecnie mówi się o naciskach na organizacje pozarządowe, aby „zagospodarowały” Syryjczyków na rynku pracy – oferując im takie posady, których Libańczycy nie chcą, nie dopuszczając zaś do innych, by uniknąć oskarżeń, że uchodźcy zabierają miejsca pracy rodowitym mieszkańcom. Libański rząd świadomie – i przy aprobacie obywateli – utrudnia życie Syryjczykom, licząc na to, że zechcą z własnej woli wrócić do ojczyzny.

Prezydent Michael Aoun już w październiku 2017 roku postulował, aby społeczność międzynarodowa pomogła Syryjczykom w powrocie do „spokojnych” części Syrii, argumentując, że jego kraj nie radzi sobie już z ich przedłużającą się obecnością. Prezydencka kancelaria pospieszyła z zapewnieniem, że chodzi tylko o tych uchodźców, którzy mogą wrócić do domu bezpiecznie, a więc nie mają na pieńku z syryjskim reżimem. Minister spraw zagranicznych, a przy okazji także zięć Aouna, Gebran Bassil, posunął się dalej: Każdy obcokrajowiec, który przebywa w naszym kraju bez naszej zgody, jest okupantem, niezależnie od tego, skąd pochodzi – oświadczył. – Obywatele Syrii – nasi bracia i siostry – mają tylko jedno wyjście: wrócić do swojego kraju.

W obozie, bez wyjścia

W Arsalu dyskusja na ten temat właściwie nie gaśnie. Otoczone siedmioma tysiącami żołnierzy libańskiej armii miasteczko jest oddzielone od terytoriów Partii Boga wojskowym checkpointem. O zgodę na wjazd trzeba poprosić kilka dni wcześniej Generalny Dyrektoriat ds. Bezpieczeństwa, rządową agencję wywiadowczą. Dziennikarze nie są tu szczególnie mile widziani. Kilka miesięcy przed naszą wizytą, w listopadzie 2018 roku, korespondent syryjskiego pro-opozycyjnego portalu Zaman al-Wasl został zatrzymany i uwięziony po tym, jak opisał w swoim artykule historię dwudziestu syryjskich uchodźczyń z Arsalu, które poroniły ciąże w wyniku zatrucia wodą zainfekowaną wirusem. Komitet Ochrony Dziennikarzy potępił działania libańskich władz, a sąd zwolnił dziennikarza, choć nakazał mu wpłacić 700 dolarów grzywny i opublikować na portalu oświadczenia, że nie oskarża libańskich władz o odpowiedzialność za opisane wydarzenia.

Obozowisko w Arsalu, Liban. Fot. Jagoda Grondecka

Arsal leży dwanaście kilometrów od granicy z Syrią. Mieści 155 obozowisk namiotowych, około pięciu tysięcy namiotów i 31,5 tysiąca uchodźców. To oficjalne dane, bo mówi się nawet o sześćdziesięciu tysiącach. Dla porównania – liczba libańskich mieszkańców to według danych UNHCR z 2013 roku 35 tysięcy. Jedną z organizacji, które niosą pomoc Syryjczykom żyjącym w miasteczku, jest Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. Jego pracownicy od końca października do grudnia odwiedzali kolejne obozy, rozdając materiały do ocieplania namiotów – plastikowe płachty, by śnieg i deszcz nie dostawały się do środka, i drewniane kolumny, by namioty nie zawalały się pod ciężarem śniegu. Choć wielu uchodźców koczuje w Arsalu już od kilku lat, libański rząd wciąż blokuje wznoszenie w obozach jakichkolwiek stałych zabudowań. Żyją więc w prowizorycznych schronieniach, często skleconych z tego, co akurat uda im się dostać lub niedrogo kupić: folii, blachy falistej, opon.

Większość uchodźców w miasteczku pochodzi z niewielkich wiosek i miasteczek po drugiej stronie granicy. Przed wojną uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta. Często do ostatniej chwili odwlekali decyzję o ucieczce z Syrii.

Ali Rumija z Kalamun, górskiego regionu po drugiej stronie granicy, podjął ją, kiedy wracając z iftaru, uroczystej kolacji wieńczącej dzień postu w ramadanie, zobaczył, jak samolot wystrzeliwuje rakietę nad jego miastem. Po powrocie do domu włączył telewizor i podkręcił głośność na cały regulator, tak, by dzieci nie słyszały wybuchów. Trwał tak do rana. Żadna rakieta nie uderzyła w ich dom, ale wtedy zdecydował, że muszą uciekać. Z żoną i szóstką dzieci mieszkają w obozowisku od pięciu lat. – Nie spodziewaliśmy się bombardowań, ataków na cywili. Tymczasem robiły to obie strony – i wojska reżimu Asada, i rebelianci, których w naszym regionie było mnóstwo – opowiada.

Nie oszczędzali nikogo

Abu Dżabir uciekł do Arsalu z oddalonego zaledwie o godzinę drogi miasta Jabrud, od 2012 roku opanowanego przez rebeliantów. W 2014 roku walcząca z nimi armia Baszara al-Asada zajęła dwa kluczowe wzgórza w pobliżu miasta i rozpoczęła oblężenie. W jednym z intensywnych bombardowań zginęło dwoje dorosłych dzieci Abu Dżabira. Niedługo później rozpoczął się także szturm lądowy na miasto. Po zaciętych walkach armia syryjska odbiła Jabrud z rąk rebeliantów, ale to nie oznaczało, że konflikt w regionie ucichł. Pozostali przy życiu bojownicy Państwa Islamskiego i Dżabhat an-Nusry, wówczas siatki al-Kaidy w Syrii, znaleźli schronienie w górach Kalamunu, skąd przenikali na terytorium Libanu. Stamtąd chcieli przedrzeć się do Trypolisu, do Morza Śródziemnego. Latem 2014 roku dżihadyści na krótko opanowali Arsal . Brutalna przemoc osiągnęła niepojęte natężenie.

– Do obozu wchodzili jak do siebie, kiedy chcieli. Nam kazali wychodzić na zewnątrz i leżeć w błocie, kiedy sami nas okradali. Wynosili z namiotów wszystko, co mogło im się przydać, nasze rzeczy, pieniądze. Zmuszali kobiety do małżeństw. Wybierali te ładne, siłą przymuszali do wyjścia za mąż i znikali z nimi. Mężatki zostawiali, zabierali tylko dziewice – relacjonuje Abu Dżabir. W ten sposób zniknęło 27 dziewcząt. Może dziś są już wdowami, może żonami kolejnych dżihadystów. – Daesz niszczy wszystko. Zniszczyli wizerunek islamu i syryjskiej rewolucji – mówi ze smutkiem Ali.

Dwadzieścia dwa odłamki w ciele Omara Amira [fragment książki]

Dżihadyści nie oszczędzali nikogo. – Widzieliśmy terrorystów z Daesz podkładających bombę na drodze obok obozu. Prosiliśmy, żeby tego nie robili, tłumaczyliśmy, że mieszkają tu dzieci, ale nic ich to nie obchodziło – wspomina ze smutkiem Ali. Podobnie jak większość jego rodaków, o dżihadystach spod czarnej flagi nie mówi inaczej niż Daesz. To arabski akronim, skrót od Ad-Daula al-Islamijja fi al-Irak wa-asz-Szam – czyli Państwo Islamskie w Iraku i Lewancie. W języku arabskim Daesz przypomina brzmieniem słowa daes oraz dahes – pierwsze oznacza kogoś, kto rozgniata coś butem, drugie – osobę, która sieje niezgodę, i uchodzi za pogardliwe, pejoratywne określenie Państwa Islamskiego.

W sierpniu libańskie siły bezpieczeństwa we współpracy z Hezbollahem rozpoczęły ofensywę. Po kilkudniowej batalii, która przeszła do historii jako bitwa o Arsal, dżihadyści wycofali się z miasta. Koniec walk nie oznaczał jednak końca problemów żyjących w Arsalu Syryjczyków. Pozostały codzienne, od lat te same troski: niedobór lekarstw, jedzenia, materiałów do wzmocnienia namiotów i oleju opałowego do małych, prowizorycznych piecyków, które jako jedyne źródło ciepła stoją na środku praktycznie każdego namiotu.

Powroty pod przymusem

Abu Dżabir jest szawiszem obozu – nieformalnym przywódcą, pośrednikiem pomiędzy społecznością uchodźców a organizacjami pozarządowymi i lokalnymi władzami. Gromadzi informacje o bieżących potrzebach mieszkańców obozu, tworzy statystyki, przekazuje je dalej – wszystko, żeby dostarczana pomoc była jak najbardziej efektywna. – Lubię pomagać ludziom. Wszyscy Syryjczycy tutaj są w takiej samej sytuacji. Nie chcę siedzieć bezczynnie, tylko działać, pomagać. Bismillah. W imię Boga.

Uciekają do nas, bo są biedni. Są biedni, bo my jesteśmy bogaci

– Nigdy nie sądziłem, że po tych wszystkich latach zostanę biedakiem, że przyjdzie mi żyć w namiocie – opowiada Abu Dżabir. – W Syrii byłem zamożnym człowiekiem, prowadziłem restaurację i agencję reklamową. Wojna zabrała mi pracę, dom, dwoje dorosłych dzieci. Libańczycy są dla nas jak bracia, ale chciałbym wrócić do Syrii, nie musieć prosić nikogo o pomoc.

Daesz przypomina brzmieniem słowa daes oraz dahes – pierwsze oznacza kogoś, kto rozgniata coś butem, drugie – osobę, która sieje niezgodę.

To stwierdzenie potwierdzają inspektorzy UNHCR. Według raportu sporządzonego w styczniu 2018 roku, 81 procent Syryjczyków chciałoby wrócić do kraju. Ponad trzy tysiące Syryjczyków z Arsalu zapisało się do kontrowersyjnego programu Hezbollahu, a trzystu wróciło do ojczyzny. Uczestnicy programu muszą zostać najpierw zaakceptowani przez Damaszek, który wydaje gwarancję, że nie spotkają ich żadne „prawne konsekwencje”. Syryjski rząd obiecał także, że przez sześć miesięcy nie powoła powracających do służby wojskowej, czego obawia się wielu mężczyzn. Problem w tym, że trudno zaufać reżimowi, pod rządami którego torturowano i zamordowano tysiące więźniów politycznych, a kolejne tysiące zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach.

Liban nie jest sygnatariuszem Konwencji Genewskiej z 1951 roku, dotyczącej statusu uchodźców. Nie musi zatem działać zgodnie z jej 33. artykułem, zawierającym tzw. zasadę non-refoulement. Ta jedna z najważniejszych instytucji prawa międzynarodowego, które chronią osoby prześladowane, mówi, że osób, którym odmówiono przyznania statusu uchodźcy, nie można deportować do kraju, w którym grożą im prześladowania. Tymczasem w listopadzie 2018 roku libańskie władze podały, że pomogły wrócić do domów ponad 80 tysiącom Syryjczyków.

Wiele organizacji pozarządowych i aktywistów obawia się, że repatriacje Syryjczyków nie przebiegają całkowicie dobrowolnie, a po powrocie z Libanu będą w kraju narażeni na prześladowania. Rząd jednak dobrze wsłuchuje się w nastroje społeczne, a po przeszło 11 latach wojny większość Libańczyków po prostu ma Syryjczyków dość.

Jawza i Hasan: W Syrii straciliśmy wszystko, w Libanie nie mamy nic

W Khirbet Daoud odwiedzamy rodzinę Jawzy. Przed niewielkim domkiem, który lata świetności ma dawno za sobą, witają nas Jawza, jej mąż i jego druga żona. Wszyscy troje wyglądają na przynajmniej dziesięć lat starszych niż w metryce. Po podwórku biegają kury, obok prowizorycznego kurnika panie uprawiają kilka grządek. Przez całą rozmowę z nami siekają zieleninę i zioła, które dziś zebrały. Usmażą je na obiad. Brakuje dwojga domowników – synów Hasana. Choć już po południu, są w szkole. Lekcje dla syryjskich dzieci w libańskich szkołach odbywają się na drugą zmianę – zaczynają o 14:00 i trwają do 18:00. Rząd tłumaczy to różnicami programowymi pomiędzy dziećmi syryjskimi i libańskimi. Skutek tej polityki jest jednak taki, że rówieśnikom trudno jest nawiązać kontakty, bo zwyczajnie brak im okazji do wspólnego spędzania czasu. Mali Syryjczycy, którzy często mieszkają w Libanie niemal całe swoje życie, zwykle nie mają libańskich kolegów i koleżanek.

Hasan, mąż Jawzy. Fot. Jagoda Grondecka

– Z Syrii nie zabraliśmy nic. Wszystko, co nam zostało, to rzeczy, w których przyjechaliśmy. Jesteśmy z Homs, uciekliśmy do Libanu przed bombardowaniami. Myśleliśmy, że wrócimy po tygodniu, może dziesięciu dniach. Tymczasem mieszkamy tu już od 7 lat – opowiada Jawza. – W Syrii też już niczego nie mamy. Wiemy od sąsiadów, że z naszego mieszkania rozkradziono nawet meble.

Do Syrii chcieliby wrócić, ale nie mogą ze względu na dzieci. – Kiedy synowie mieli po 3 lata, przeżyli bombardowania. Mają traumę. Na wzmiankę o Syrii boją się, płaczą. Chcą zostać w Libanie.

Rodzinie Jawzy także pomaga PCPM. W ramach programu „Cash for rent” fundacja co miesiąc dokłada im sto dolarów do czynszu wynoszącego 170 dolarów. Pozostałą kwotę i pieniądze na utrzymanie rodziny musi zarobić Hasan. – W UNHCR proponowano mi pracę w lesie, przy karczowaniu drzew, ale nie mogłem jej podjąć, bo mam chore ramię. Dorabiam w rolnictwie. Ile zarabiam? Zwykle około dziesięciu dolarów dziennie, ale bywa i tak, że nie dostaję nic.

Liban: nie czas na rewolucję

czytaj także

Liban: nie czas na rewolucję

Agnieszka Pikulicka-Wilczewska

 

W takie dni Hasan bez słowa wraca do domu, do żon i dzieci. W Libanie nie chroni go żadne prawo, nie miałby nawet gdzie zaskarżyć nieuczciwego pracodawcy. Podobny problem ma Yassem, który z żoną i dziećmi mieszka w garażu w Daousse. Kiedy pracuje, dorabiając w polu czy na budowie, zarabia sporo, nawet piętnaście dolarów dziennie. Zdarza mu się wracać do domu bez wypłaty.

Czy uważa, że to niesprawiedliwe? Yassem patrzy zdziwiony. – Oczywiście, że tak. Ale co mogę zrobić? Nie mam nawet czasu się kłócić. Po pracy muszę wrócić do domu, zająć się żoną i dziećmi. Nie mogę sobie pozwolić na to, żeby się złościć albo smucić.

Mustafa: Rząd pomaga tylko uchodźcom

Rząd Libanu oficjalnie zabronił Syryjczykom podejmowania pracy już w 2014 roku. Powód? Narastająca frustracja Libańczyków wykonujących fizyczne prace niewymagające wysokich kwalifikacji. Wraz z pojawieniem się na rynku milionów potencjalnych pracowników gotowych pracować tak samo ciężko, a za niższe stawki, coraz mniej jest chętnych do zatrudniania Libańczyków.

Mustafa doświadczył tego na własnej skórze. Jego Rodzina mieszka na samym końcu niewielkiej wioski Al Senn, tuż obok rzeki. Wystarczą mocniejsze opady, jakie często zdarzają się zimą, by rzeka wystąpiła z brzegów, a wtedy zostają odcięci od świata. Na dzień, dwa lub jak ostatnio, dziesięć. Sąsiedzi solidarnie dzielili się wtedy chlebem.

Naszej rozmowie przysłuchuje się w milczeniu gromadka dzieci. Jest ich sześcioro, ale do szkoły Mustafa posyła tylko troje. Powód jest prozaiczny – pieniądze. Kupno biletu miesięcznego dla całej szóstki przekracza możliwości skromnego domowego budżetu. Pracuje w rolnictwie, głównie przy uprawie oliwek. Nie ma swojego pola, więc musi szukać pracy u innych, jeśli go potrzebują.

– Zanim w Syrii wybuchła wojna, zarabiałem zwykle dwadzieścia dolarów dziennie. Teraz właściciele farm płacą nam po piętnaście, bo Syryjczycy pracują za mniej i nie opłaca im się zatrudniać nas, Libańczyków. Od kilku tygodni w ogóle nie pracuję, nie jedliśmy porządnego posiłku.

Jego syn Ahmad ma 3 lata i nie mówi. Wymaga leczenia, ale rodziny Mustafy na to nie stać. Na leki dla syna potrzebuje miesięcznie około 130 dolarów. – Kiedy poszedłem odebrać pierwszą zapomogę od PCPM, dostałem sto dolarów. Spotkałem potem Syryjczyków, którzy dostawali dwieście, i to co miesiąc! Dlaczego im się należy więcej niż nam? Słyszałem, jak uchodźcy narzekają na Liban, są niewdzięczni. Dostają koce, materace, bony żywnościowe. Jak jeden Syryjczyk się rozchoruje, otwierają dla niego cały szpital, a mój syn potrzebuje operacji i nikt nam nie pomaga. Gdy ja chcę zrobić sałatkę, muszę iść do sklepu i kupić pomidory, ogórki i inne warzywa, a Syryjczycy dostają to wszystko za darmo!

Ahmad, syn Mustafy. Fot. Jagoda Grondecka

Za tę sytuację Mustafa nie wini jednak samych Syryjczyków, ale rząd, który według niego nie powinien wpuszczać tylu uchodźców – Liban jest przecież niewielki, tłumaczy. Chciałby, żeby chociaż część z nich wyrzucić. Mówi, że bardziej niż własnemu rządowi jest wdzięczny organizacjom pozarządowym, które wspierają jego rodzinę. Mimo że dostaje tylko sto dolarów, to dla jego rodziny wciąż wielkie wsparcie. – Nasz rząd powinien zwrócić większą uwagę na własnych obywateli. Sprzedajemy samochody, żeby mieć na życie. Moje dzieci są przez większość czasu głodne. Nie stać mnie nawet na jedzenie dla nich. W supermarkecie mam teraz tysiąc dolarów długu. Trochę lepiej będzie latem, wtedy pracuję nawet dwadzieścia dni w miesiącu. Zarobię na jedzenie, lekarstwa dla dzieci.

4 pytania na temat migracji, na które warto znać odpowiedź

Chwilę później Mustafa oprowadza nas po domu. Większość pomieszczeń jest w opłakanym stanie. Na podłodze betonowa wylewka, ściany z gołych cegieł. W centralnym punkcie prowizorycznej kuchni stoją dwie ogromne lodówki, z których każda jest na oko starsza ode mnie. W sypialni Mustafy i jego żony stoi tylko łóżko, ubrania całej rodziny leżą skłębione na niewielkiej komodzie. Reszta suszy się na sznurach przed domem.

Mustafa nie zna żadnego uchodźcy. Mieszkańcy jego miasteczka nie zgodzili się przyjąć nikogo. Lesz? Dlaczego? – Gdziekolwiek są, powodują problemy. Nie dają dobrego przykładu. Nie pozwoliłbym córce wyjść za Syryjczyka.

Talib i Fatima: Nie, nie współczujemy

Talib, również Libańczyk, pracuje rzadko, czasem zaczepi się to w rolnictwie, to na budowie. Problem polega na tym, tłumaczy, że zawsze z synem czekają, aż ktoś po nich zadzwoni i zawoła do pracy. Ale telefon dzwoni rzadko.

– Uchodźcy pracują za głodowe stawki, a Libańczycy siedzą bez pracy. Rynek się psuje. Teraz większość robotników na budowach to Syryjczycy. Wypychają nas, bo Libańczyk nie będzie pracował za tyle, co oni.

Talib poniekąd rozumie, dlaczego Syryjczycy zgadzają się pracować za takie pieniądze. – Są w obcym kraju, tłumaczy, więc muszą zarabiać cokolwiek, żeby przeżyć. Nie przeszkadza mi to. Ale przez to my znaleźliśmy się w takiej samej sytuacji. Musimy zgadzać się na zaniżone stawki, żeby kupić jedzenie, ubrania. Fatima, jego żona, wtrąca: Podam wam przykład. Mój syn idzie czasami pracować za siedem dolarów dziennie, żeby tylko móc kupić lekarstwa dla córki!

Pieniążek: Syria nie ma wpływu na to, co dzieje się na jej terytorium

Chwilę po rozpoczęciu rozmowy pada sakramentalne pytanie. Kawa czy herbata? Odpowiedź „dziękuję” zupełnie nie wchodzi w grę, trzeba po prostu zdecydować się na któryś napój. Jeden i drugi jest gęsty od cukru i tak mocny, że czasami po całym dniu rozmów mam wrażenie, że nie zasnę do rana. Do kawy obowiązkowo papieros. Przynajmniej palenie w Libanie jest tanie. I popularne, co odnotowuję bez większego zdumienia. Bliski Wschód uwielbia palić, a Liban, według rankingu WHO, jest pod tym względem w światowej czołówce. Nikotyna to tutaj tani i ogólnodostępny sposób na radzenie sobie ze stresem. A denerwować się jest czym.

– Nie stać nas teraz na warzywa, bo ceny ciągle rosną. Jak nie mam pieniędzy, idę do supermarketu i biorę wszystko na kredyt. Córka ma cukrzycę, co trzy miesiące musi jechać do Bejrutu po lekarstwa. Nawet z podróżą w dwie strony to się bardziej opłaca. Tutaj za miesięczną kurację płaci trzysta dolarów – w Bejrucie tyle samo, ale za trzy miesiące.

Uchodźczynie w obozie Samaqqiya w Libanie. Fot. Jagoda Grondecka

Kogo Talib wini za ten stan rzeczy?

– To przez libański rząd. Niedawno nie mieliśmy rządu, wiecie o tym? Może ten coś zrobi, żeby poprawić sytuację. Chciałbym, żeby trochę ułatwili nam życie, żeby ceny były niższe. Chcemy być traktowani sprawiedliwie. Syryjczycy zastępują Libańczyków, zgarniają wszystkie oferty pracy. Co możemy zrobić, skoro rząd pozwala, żeby tak się działo?

Czy nie czują współczucia wobec Syryjczyków? Ostatecznie uchodźcy nie wybrali sobie takiego losu, sami są ofiarami wojny. – La!, nie! – krzyczy stanowczo Fatima. – Nie lubimy ich i chcemy, żeby wrócili do siebie. Przez nich nasze życie się pogorszyło.

Uchodźcy w Polsce: Zapraszamy państwa… do lasu

Po chwili Farah, pracowniczka PCPM i nasza tłumaczka, mów konspiracyjnym tonem: ich syn, Ghannam, ma żonę z Syrii.

Zapewne słysząc, że o niej mowa, nieśmiało wyłania się z sąsiedniego pokoju ze śpiącym synem w ramionach. Na imię ma Rim. Do Libanu uciekła z matką w obawie przed porwaniem. Jej matka jest Libanką, więc zderzenie z nową rzeczywistością przebiegło dla nich łagodniej niż dla większości uchodźców.

Historia miłosna Rim i Ghannama brzmi jak z arabskiej opery mydlanej. Kiedy Rim załatwiała coś w urzędzie, wypatrzył ją burmistrz. Zapadła mu w pamięć jej uroda, więc przy najbliższej okazji szepnął o niej Ghannamowi. Rodzina zgodziła się na małżeństwo, bo matka Rim jest Libanką. Pobrali się, ale nie mieli wesela – w rodzinie brakuje pieniędzy praktycznie na wszystko, a co dopiero na tak zbędne wydatki. Rim nie ma libańskiego obywatelstwa, ale jako żona Libańczyka może o nie po trzech latach wystąpić. Sytuacja wydaje mi się coraz bardziej absurdalna.

Niech wracają, skąd przyszli

– Wciąż nie mogę zrozumieć jednego – mówię, zaciągając się mocnym arabskim tytoniem. Wasza synowa uciekła z Syrii z powodu wojny. Jak możecie oczekiwać od innych Syryjczyków, że wrócą do ojczyzny, skoro jest tam niebezpiecznie?

– Powinni wrócić do Syrii – odpowiada natychmiast Rim. – Tereny, z których uciekli, są teraz bezpieczne. Ja może i chciałabym pojechać z wizytą, ale żyć chcę tu, z mężem. Tłumaczy, że ma krewnych w Asz-Szam, jak Arabowie kolokwialnie nazywają Damaszek. Jest z nimi w kontakcie i słyszała, że jeśli ktoś chce wrócić, nie ma przeszkód. – Sytuacja jest lepsza, niż była do tej pory – mówi.

Syryjskie dzieci w obozie dla uchodźców w Libanie. Fot. Jagoda Grondecka

Rim i Ghannam chcieliby wyprowadzić się z Al Senn. Życie w mieście jest zdecydowanie łatwiejsze. Ghannam musi tylko znaleźć pracę. Dostał nawet kilka propozycji z Trypolisu, ale kiedy już szykował się do podróży i podjęcia pracy, kontakt się urywał.

Czy nie czują współczucia wobec uchodźców? – La!, nie! – krzyczy stanowczo Fatima.

Fatima: W Kobajjacie mieszkańcy pozwolili Syryjczykom pracować, ale nie mieszkać między nimi. Tak samo bogate państwa nie zgodzą się, żeby się u nich osiedlali. Będą tam sprawiać takie same problemy jak w Libanie. Zabierać pracę, otwierać swoje sklepy. Co w tym złego, pyta pani? Wypierają Libańczyków. Teraz wszystkie sklepy są dla Syryjczyków. W miasteczku niedaleko przy głównej drodze jest kilka sklepów ze słodyczami – i wszystkie syryjskie!

Talib nie myślał nawet o emigracji. Nie chodził do szkoły, a bez wykształcenia nie poradzi sobie w obcym kraju. Naciska na syna, żeby odkładał pieniądze na kształcenie wnuków. Dobrze byłoby się jednak przeprowadzić bliżej głównej drogi, żeby było bliżej do szkoły czy lekarza.

Gebert: W Syrii trwa pięć wojen naraz

 

Jak wyobrażają sobie przyszłość? Talib jest umiarkowanym optymistą. Uważa, że jeśli Syryjczycy wrócą do siebie, warunki życia w Libanie się poprawią. Ale czy będą chcieli wrócić – tego nie wie.

Na odchodne pytam Rim, jak radzi sobie z niechęcią rodziny swojego męża wobec jej rodaków. Nie może przecież nie słyszeć wszystkich uwag wygłaszanych pod ich adresem. Rim żartuje, że nie cierpi Libańczyków.

**
Wizyta w Libanie została sfinansowana w ramach dotacji MSZ na projekt realizowany przez Fundację Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej w Libanie.

Projekt „Przygotowanie obozowisk namiotowych w północnym Libanie do warunków zimowych oraz poprawa dostępu do edukacji i ochrony zdrowa dla uchodźców syryjskich” realizuje Fundacja PCPM przy wsparciu finansowym przekazanym za pośrednictwem rządu RP w ramach programu Polska Pomoc.

 

Bio

Jagoda Grondecka

| Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich
Iranistka, publicystka i komentatorka ds. bliskowschodnich, współpracuje z „Kulturą Liberalną”. Absolwentka Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Doświadczenie zdobywała m.in. w ambasadach RP w Teheranie i Islamabadzie. Współautorka publikacji „Muzułmanin, czyli kto? Materiały dydaktyczne dla nauczycieli i organizacji pozarządowych”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.