Świat

Moja Rosja siedzi w więzieniu

Fot. RIA Novosti / Grigory Sysoev

W Rosji dobiega końca proces w najgłośniejszej spośród sfabrykowanych przez FSB sprawy ostatnich lat. Lewicowi aktywiści, antyfaszyści i anarchiści decyzją kremlowskiego, całkowicie podporządkowanego władzy sądu skazywani są na długie lata pozbawienia wolności. Na jakiej podstawie? Wymuszonych torturami, a następnie wycofanych zeznań, w których część przyznała, że przynależała do fikcyjnej organizacji terrorystycznej „Sieć”.

W momencie, kiedy piszę ten tekst, na ogłoszenie wyroku czekają Wiktor Filinkow i Julij Bojarszynow. Po trzech dniach obrad sąd w Sankt Petersburgu podjął 28 lutego decyzję o odroczeniu rozprawy do 23 marca. Siedmiu innych oskarżonych decyzją sądu w Penzie zostało skazanych 10 lutego na – łącznie – 86 lat pozbawienia wolności. Podobne wyroki zapadały w czasach rządów Stalina.

Pussy Riot: Jeśli zechcą, to dorwą cię wszędzie. Nie wyjeżdżam z Rosji

O sprawie „Sieci” rosyjskie społeczeństwo po raz pierwszy usłyszało dwa lata temu. Jegor Zorin, student z Penzy, którego FSB zatrzymało w październiku 2017 r. za posiadanie narkotyków, stał się również pierwszym zatrzymanym i jednocześnie głównym świadkiem w sprawie „Sieci”.

Na podstawie zeznań Zorina wszczęto postępowanie karne przeciwko jedenastu anarchistom i antyfaszystom, rzekomo odpowiedzialnym za działalność tajnej organizacji terrorystycznej. Najmłodszy z nich ma 21 lat, najstarszy – 28. Sam Zorin został dzięki temu z tych zarzutów oczyszczony, a za posiadanie narkotyków – skazany na trzy lata w zawieszeniu.

Paragraf 228 w Rosji: półtora roku więzienia za resztki amfetaminy

Głośno o „Sieci” zrobiło się w momencie, kiedy w styczniu 2018 r. w Sankt Petersburgu zaginęło dwóch antyfaszystów – Wiktor Filinkow i Igor Szyszkin. Szybko wyjaśniło się, że zarówno za ich zniknięcie, jak i serię jesiennych zatrzymań innych rosyjskich lewaków, odpowiadają funkcjonariusze FSB, pracujący nad sprawą „uszytą” z zeznań Zorina, a później także świadków – m.in. anonimowych lub „tajnych”, których tożsamość do końca pozostanie niewyjawiona.

Siłowicy oskarżali młodych aktywistów o działalność w organizacji terrorystycznej „Sieć”, funkcjonującej jakoby w Petersburgu, Penzie, Moskwie, Omsku oraz na Białorusi. Według siłowików, młodzi mężczyźni o lewicowych poglądach, grający regularnie w strikeballa, spotykali się, by omawiać sytuację polityczną Rosji, wcielać w życie „lewicową ideologię” oraz przygotowywać się do zamachów terrorystycznych, które miałyby doprowadzić do przewrotu w kraju.

Żyjemy w hardkorze, ale umiemy się bawić

Zgodnie z oficjalną wersją śledztwa, lewicowi aktywiści zamierzali przeprowadzić serię ataków terrorystycznych przed wyborami prezydenckimi oraz w trakcie mistrzostw świata w piłce nożnej w celu nawołania „narodowych mas do zasiania politycznej destabilizacji w Rosji”. Dowodem rzekomej działalności terrorystycznej stał się sprzęt wykorzystywany przez antyfaszystów podczas strikeballa – wojskowo-taktycznej gry, której uczestnicy strzelają do siebie z broni na plastikowe naboje, oraz materiały wybuchowe i broń, podrzucone do ich samochodów i mieszkań przez policję.

W sprawie „Sieci” łącznie oskarżonych zostało jedenastu mężczyzn. Ośmioma zajmował się oddział FSB w Penzie, trzema – FSB w Petersburgu. Z kolei 17 stycznia 2019 roku fikcyjna organizacja „Sieć” decyzją moskiewskiego sądu została oficjalnie uznana za organizację terrorystyczną – dokładnie tak samo, jak tzw. Państwo Islamskie czy Taliban.

Podobne wyroki zapadały w czasach rządów Stalina.

Przebieg sprawy wskazuje, że wg FSB za organizację terrorystyczną można uznać grupę osób o lewicowych poglądach, utrzymujących ze sobą kontakt i grających w strikeballa, bo wg Jegora Skoworody, dziennikarza śledczego niezależnej redakcji Mediazona, w materiałach sprawy treningi, w których brali udział oskarżeni w sprawie traktowane są jako „nielegalne próby przetrwania w lesie i udzielenia pierwszej pomocy medycznej”. Osoby, które na początku traktowane były jako podejrzane w sprawie i które nie brały udziału w treningach, zyskały status świadków.

Ponieważ większość zatrzymanych (z wyjątkiem Zorina) nie potwierdziła wersji funkcjonariuszy, ci zdecydowali się wydobyć ją z nich siłą. O torturach, do których doszło od razu po zatrzymaniu w policyjnej furgonetce Wiktor Filinkow pisał tak: „Wtedy po raz pierwszy potraktowano mnie prądem. Nie spodziewałem się tego, byłem oszołomiony. Ból był nie do wytrzymania. Krzyknąłem. Moje ciało się naprężyło. Człowiek w masce kazał mi się zamknąć i przestać się rzucać. Naparłem na okno i starałem się zmienić położenie prawej nogi, odwracając się do niego twarzą. Siłą przywrócił mnie do poprzedniej pozycji i dalej bił. Raził mnie prądem w nogę i w kajdanki. Czasami bił mnie też po plecach. Uderzał w potylicę. Kiedy krzyczałem, zamykali mi usta. Grozili kneblem. Nie chciałem, żeby mnie zakneblowali, więc starałem się nie krzyczeć, ale nie zawsze mi się to udawało. Poddałem się prawie od razu, po pierwszych dziesięciu minutach. Krzyczałem: »Co mam wam powiedzieć? Powiem wszystko!«. Przemoc się jednak nie skończyła”.

Rosyjscy dziennikarze w areszcie, bo zorganizowali spotkanie dla czytelników

Igor Szyszkin o torturach nikomu nie powiedział. Nie odniósł się do wyników obdukcji po kolejnym, wielogodzinnym przesłuchaniu, z których wynika, że miał złamaną dolną ścianę oczodołu, liczne krwiaki, siniaki, ślady po licznych poparzeniach prądem. Szyszkin przyznał się do winy i zdecydował się współpracować ze śledczymi, dzięki czemu został skazany jedynie na 3,5 roku więzienia – to najniższy wyrok, jaki zapadł w sprawie „Sieci”. O torturach opowiadali jednak inni oskarżeni, a nawet świadkowie w sprawie.

Dmitrij Pczelincew, skazany na 18 lat kolonii karnej ostrego reżimu, kilkakrotnie informował swoich bliskich oraz adwokata o torturach, w wyniku których zgodził się z wersją siłowików i „przyznał” do winy. Później wycofał się ze swoich słów, jak się okazało, pod wpływem kolejnej serii tortur, o której opowiadał podczas jednej z rozpraw w swojej sprawie: „Po kilku uderzeniach prądem powiedzieli mi: »Wycofasz zeznania. Powiesz, że kłamałeś na temat tortur. Później będziesz robić to, co mówi śledczy. Jeśli powie, że białe jest czarne, to potwierdzisz – czarne. Jeśli obetną ci palec i każą go zjeść – zjesz«. Później jeszcze kilka razy razili mnie prądem, żebym zapamiętał”.

Ilja Szakurskij, którego 10 lutego sąd w Penzie skazał na szesnaście lat kolonii karnej ostrego reżimu, wspominał: „Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że nic takiego się nie wydarzy, że nadal będą mnie tylko próbować zastraszyć, naciskać na mnie psychicznie. I wtedy kazali mi się rozebrać. Byłem tak przerażony, że w pierwszym momencie pomyślałem, że mnie zaraz… że ja nie wyjdę już nigdy z tej celi. Rozebrałem się. Kazali mi się pochylić i usiąść na ławce. Zawiązali mi oczy jakimś materiałem, byłem w samych majtkach, skrępowali mi z tyłu ręce taśmą klejącą. Zaczęli mnie razić prądem. Powtórzyli to kilka razy, chyba pięć. I w tym samym czasie zadawali mi pytania. (…) bardzo trzęsła mi się noga, sam nie wiem, czy przez prąd, czy ze strachu. [Śledczy] zdjął mi majtki, groził, że mnie zgwałci (…) mam wrażenie, że przez cały czas chcieli, żebym zrozumiał, że oni w każdym momencie mogą przyjść do aresztu i zrobić ze mną, co im się podoba”.

Torturowani fizycznie lub psychicznie byli też Andriej Cziernow (14 lat kolonii karnej ostrego reżimu), Maksim Iwankin (13 lat kolonii karnej ostrego reżimu), Michaił Kulkow (10 lat kolonii karnej ostrego reżimu), chorujący na gruźlicę i nieotrzymujący w trakcie procesu odpowiedniej opieki medycznej Wasilij Kuksow (9 lat kolonii karnej) oraz zakażony wirusem HIV Arman Sagynbajew (6 lat kolonii karnej). Część z nich zdecydowała się opowiedzieć o torturach dopiero po kilku miesiącach trwania śledztwa i wycofać swoje wcześniejsze zeznania.

Mimo że głównymi dowodami w sprawie stały się zeznania Zorina oraz torturowanych anarchistów i antyfaszystów, wielokrotnie alarmujących, że ich początkowe zeznania wymuszone były torturami, komitet śledczy nie zdecydował się wszcząć w tej sprawie śledztwa, tłumacząc np., że ślady po poparzeniach na ciele jednego ze świadków to w rzeczywistości ślady po ukąszeniach pluskw. Z kolei prokuratura, również nie biorąc pod uwagę niepokojących zeznań torturowanych i licznych odwołań ich obrońców, zażądała dla aktywistów wysokich kar więzienia.

Zdziwienie budzić może fakt, że w rzeczywistości żadnemu z oskarżonych nie postawiono formalnie zarzutu próby przeprowadzenia ataku terrorystycznego. Wszyscy oskarżeni i skazani usłyszeli zarzuty „przynależenia do organizacji terrorystycznej”, której celem miało być zaprowadzenie w Rosji anarchii. Zgodnie z wersją FSB organizacja „Sieć” miała swoje komórki w różnych częściach Rosji: w Petersburgu, Penzie, Moskwie i Omsku.

Paradoks terroryzmu

W Petersburgu funkcjonować miały komórki o nazwach „Marsowe pole” i „Jordan”, a w Penzie – „Woschod” oraz „5.11.”. Z zeznań oskarżonych wynika, że są to nazwy ich drużyn, których używali podczas gry w strikeballa. Mimo że w treningach brały udział także dziewczyny, żadna z nich nie została oskarżona w sprawie. Jak podaje redakcja Mediazony, Wiktor Filinkow miał usłyszeć od funkcjonariusza FSB: „Dziewczyn nie bierzemy. Siedzieć będą tylko faceci. Feminizm, to dobra rzecz, ale my tak nie uważamy. Nie było rozkazu, żeby brać dziewczyny”.

„Sieć” to jedna z wielu spraw sfabrykowanych przez FSB. Ze względu na wątek terrorystyczny najbardziej przypomina sprawę „krymskich terrorystów”, w której skazany został m.in. Oleg Sencow, ukraiński reżyser i więzień polityczny Kremla, który 7 września 2019 r. wrócił do Kijowa w ramach rosyjsko-ukraińskiej wymiany więźniów. Sprawa Sencowa rozpoczęła się w 2014 r. i również dotyczyła „organizacji terrorystycznej”, której – zgodnie z wersją FSB – przewodził Sencow.

Oleg Sencow: Już nie wierzę, że stąd wyjdę

Aresztowani w tej sprawie także byli torturowani podczas przesłuchań i w efekcie zostali pozbawieni wolności (każdy ze skazanych miał odbyć od 7 do 20 lat kary w kolonii karnej). To, co różni te dwie sprawy, to fakt, że w sprawie „krymskich terrorystów” doszło do dwóch podpaleń – biura rosyjskiej partii władzy Jedna Rosja oraz siedziby organizacji Rosyjska społeczność na Krymie. W sprawie „Sieci” nic takiego nie miało miejsca.

Trudno powiedzieć, dlaczego FSB sfabrykowała sprawę „Sieci”. Wielu wiąże to z niepokojem, jaki odczuć musiał Kreml po tzw. „rewolucji Malcewa” – akcji, która odbyła się w Rosji 5 listopada 2017 r. Wiaczesław Malcew, nacjonalista z Saratowa nawoływał wtedy do wyjścia na ulice rosyjskich miast i rozpoczęcia kolejnej rewolucji. Niektóre z zatrzymanych tego dnia osób zostały oskarżone o działalność terrorystyczną. W tekście dla redakcji Meduza Jegor Skoworoda podkreśla, że funkcjonariusze FSB szczególnie obawiali się ewentualnych kontaktów i „współpracy” rosyjskich anarchistów z ukraińskimi radykałami – a żona Wiktora Filinkowa mieszkała wtedy w Kijowie.

Nie wolno pisać o Putinie, jego rodzinie i środowisku, o rosyjskiej cerkwi prawosławnej, patriarsze i o FSB

Poprzez fabrykowanie spraw rosyjska policja oraz służby bezpieczeństwa wypełniają „normę”, z której rozlicza ich później Komitet Śledczy. Ucisza się w ten sposób niepokornych i ostrzega wszystkich tych, którzy mogliby chcieć nie tylko wyrażać swoje opozycyjne poglądy, ale też podejmować konkretne kroki w celu ich realizacji.

Sprawa „Sieci” wywołała ogromny rezonans w rosyjskim społeczeństwie. Skazanych bronią m.in. ludzie kultury, prawnicy, obrońcy praw człowieka, muzycy, adwokaci, księgarze, wydawcy, dziennikarze. Na ich zdanie nie wpłynęło nawet wyjątkowo nierzetelne – bo opierające się jedynie na niesprawdzonych informacjach udzielonych przez osobę skonfliktowaną z oskarżonymi – „śledztwo” redakcji Meduza. W jego świetle kilku figurantów sprawy miało do czynienia z narkotykami – posiadaniem i handlem, a być może także jest zamieszana w zabójstwo. Ostatni jest wg adwokatów oskarżonych absurdalny: „Gdyby doszło do zabójstwa, przyznaliby się w trakcie tortur, a FSB mogłoby wykorzystać przeciwko nim kolejny paragraf” – powiedziała redakcji „Kommiersant” Oksana Markiejewa, obrończyni Pczelincewa.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Wiktoria Bieliaszyn
Wiktoria Bieliaszyn
Dziennikarka „Gazety Wyborczej”
Dziennikarka „Gazety Wyborczej”, specjalizuje się w Europie Wschodniej. Publikowała m.in. w „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”, OKO.press, Die Welt, La Repubblica i Meduzie.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco