Świat

Paradoks terroryzmu

Pikieta pod ambasadą USA po zamachu na klub LGBT w Orlando. Fot. MNW CC BY-SA 4.0

Pomimo spadku liczby ofiar terroryzmu obawy przed terrorystami rosną. Jest to tzw. paradoks Tocqueville’a: zbiorowa reakcja na określony problem społeczny staje się coraz silniejsza wraz z ustępowaniem danego problemu.

LONDYN. Po listopadowym ataku terrorystycznym na London Bridge, kiedy Usman Khan śmiertelnie ranił nożem dwie osoby, zanim sam zginął od strzałów policji, w zasadzie można było się spodziewać zalewu politycznych spekulacji. Nie zawiódł np. brytyjski premier Boris Johnson, który czym prędzej wezwał do podwyższenia kar pozbawienia wolności i zaprzestania „automatycznych przedterminowych zwolnień” skazanych terrorystów.


W ciągu dwudziestu lat, które upłynęły od ataków terrorystycznych z 11 września 2001 roku, terroryzm stał się wręcz wzorcem paniki moralnej na Zachodzie. Lęk przed terrorystami czającymi się za każdym rogiem i knującymi, jak by tu masowo zlikwidować całą zachodnią cywilizację, został skwapliwie wykorzystany przez kolejne brytyjskie i amerykańskie rządy do wprowadzania coraz surowszego prawa karnego i poszerzania uprawnień w zakresie permanentnej inwigilacji, a nawet – jakże inaczej – do wypowiadania wojen.

Niemczyk: Terror nasz powszedni

Tymczasem od lat 70. XX wieku terroryzm w Europie Zachodniej zwija żagle. Jak podaje baza danych Global Terrorism Database, w latach 2000–2017 w Europie Zachodniej odnotowano 996 ofiar śmiertelnych terroryzmu, w ciągu wcześniejszych 17 lat, od 1987 do 2004 roku, było ich 1833, a od roku 1970 (kiedy założono bazę danych GTD) do 1987 ofiarami terroru padło aż 4351 osób. Historyczna amnezja skutecznie wymazuje z pamięci organizacje terrorystyczne z własnego, europejskiego podwórka, takie jak Grupa Baader-Meinhof w Niemczech, Czerwone Brygady we Włoszech, IRA w Wielkiej Brytanii, baskijscy i katalońscy terroryści w Hiszpanii czy kosowski terroryzm w byłej Jugosławii.

Zgoła inna sytuacja panuje w USA, m.in. dlatego, że statystyki ogromnie zawyżyły ataki z 11 września, w których zginęło 2996 osób. Jednak nawet pomijając tę anomalię, od 2012 roku liczba ofiar śmiertelnych w wyniku aktów terroryzmu w Ameryce wyraźnie rośnie, odwracając wcześniejszy trend. Wiele przypadków owego „terroryzmu” to po prostu konsekwencja zbyt dużej ilości broni w rękach cywilów.

Sachs: Kto nas terroryzuje bronią? Biały, republikański mężczyzna, wyborca Trumpa

 

Islamscy terroryści niewątpliwie są realnym zagrożeniem, głównie na Bliskim Wschodzie. Należy jednak pamiętać o dwóch sprawach. Przede wszystkim islamski terroryzm, podobnie jak kryzys migracyjny, jest w znacznej mierze efektem jawnych lub skrywanych wysiłków Zachodu zmierzających do osiągnięcia „zmiany ustrojowej” w krajach Bliskiego Wschodu. Po drugie, Europa jest tak naprawdę bezpieczniejsza niż dawniej po części dzięki wpływowi UE na zachowania rządów, a po części  – dzięki coraz doskonalszym technologiom antyterrorystycznym.

Jednak pomimo spadku liczby ofiar terroryzmu (przynajmniej w Europie) obawy przed terrorystami rosną, co daje władzom wymówkę, by wprowadzać kolejne środki bezpieczeństwa. Jest to tzw. paradoks Tocqueville’a: zbiorowa reakcja na określony problem społeczny staje się coraz silniejsza wraz z ustępowaniem danego problemu. W wydanej w 1840 r. książce O demokracji w Ameryce Alexis de Tocqueville zauważa: „Naturalną jest rzeczą, że umiłowanie równości wzrasta razem z równością. Zaspokajanie tej namiętności wzmacnia samą równość”.

Wiąże się z tym jeszcze jedno zjawisko, które można by umownie nazwać efektem Baader-Meinhof: kiedy ktoś zwróci naszą uwagę na jakieś zjawisko, nagle zaczynamy je dostrzegać wszędzie. Te dwa efekty wyjaśniają, dlaczego nasza subiektywna ocena ryzyka tak bardzo odbiega od faktycznie grożących nam niebezpieczeństw.

Tu, na Zachodzie, staliśmy się cywilizacją z największą awersją do ryzyka w historii. Samo słowo „ryzyko” pochodzi od łacińskiego risicum, używanego w średniowieczu w bardzo konkretnym kontekście, zazwyczaj w odniesieniu do rzemiosła żeglarskiego i rodzącej się branży ubezpieczeń dla marynarzy. W szesnastowiecznych sądach włoskich państw-miast rischio odnosiło się do ryzyka związanego z karierami książąt i dworzan. Jednak było to rzadko używane pojęcie. Sukcesy i porażki częściej przypisywano sile zewnętrznej: losowi, fortunie. Los jest tym, co nieprzewidywalne. Ze strony człowieka stawała mu naprzeciw rozwaga, czy też virtù (cnota) Machiavellego.

Łatwiej uwierzyć, że będzie gorzej

czytaj także

W czasach nowożytnych natura oddziaływała na ludzi, którzy mogli reagować racjonalnie, przebierając wśród różnych zgodnych z logiką przewidywań. Dopiero rewolucja naukowa sprawiła, że rozkwitł współczesny dyskurs wokół ryzyka. Teraz to człowiek wpływa na świat naturalny i stara się nad nim panować, a tym samym musi szacować niebezpieczeństwo, jakie natura stwarza. W rezultacie tragedia już nie musi stanowić nieuniknionego elementu ludzkiego życia.

Niemiecki socjolog Niklas Luhmann twierdzi, że odkąd działania jednostek zaczęto postrzegać jako takie, które mają wymierne, przewidywalne i możliwe do uniknięcia konsekwencje, pogrzebana została nadzieja na powrót do przednowoczesnego stanu słodkiej ignorancji, kiedy bieg przyszłych zdarzeń leżał w rękach losu. W swoim nieco zawiłym stylu Luhmann konstatuje: „Pojęcie ryzyka sprawia, że bramy raju pozostają zamknięte”.

Na Zachodzie staliśmy się cywilizacją z największą awersją do ryzyka w historii.

Również ekonomiści uważają, że każde ryzyko można zmierzyć, a tym samym – kontrolować je. W tym sensie są doskonałymi kompanami dla tych, którzy wmawiają nam, że zagrożenia dla bezpieczeństwa można zminimalizować, zwiększając uprawnienia państwa w zakresie inwigilacji i doskonaląc techniki gromadzenia informacji o potencjalnych zagrożeniach terrorystycznych. Ryzyko oznacza przecież stopień niepewności co do wystąpienia przyszłych zdarzeń, a jak powiedział Claude Shannon, ojciec teorii informacji, „informacja jest rozwiązaniem niepewności”.

Oczywiście, dobrze jest być bezpiecznieszym, jednak ceną za to jest bezprecedensowe wściubianie nosa w nasze życie prywatne. Prawo do prywatności informacji, zagwarantowane obecnie przez unijne rozporządzenie o ochronie danych, coraz bardziej otwarcie staje w bezpośredniej sprzeczności z naszym pragnieniem bezpieczeństwa. Wszechobecne urządzenia, które widzą, słyszą, odczytują i rejestrują nasze zachowanie, generują morze informacji, z których można wysnuwać wnioski, prognozy i rekomendacje na temat naszych wcześniejszych, aktualnych i przyszłych działań. I tak prawo do prywatności zostaje złożone na ołtarzu przysłowiowego „wiedza to władza”.

Co gorsza, istnieje również sprzeczność między bezpieczeństwem i ludzkim dobrostanem. W imię absolutnego bezpieczeństwa trzeba się pozbyćę kardynalnych ludzkich cnót, takich jak odporność i rozwaga. Absolutnie bezpieczny człowiek to człowiek umniejszony.

Pierwszy czeski terrorysta

Dlatego powinniśmy trzymać się faktów i nie wręczać władzom narzędzi, których się domagają do prowadzenia zwycięskiej „walki” z terroryzmem, przestępczością czy innymi, technicznie możliwymi do uniknięcia nieszczęściami, jakie życie stawia na naszej drodze. Konieczna jest wyważona reakcja. W rozważaniach nad chaosem i bezładem ludzkiej historii warto zaś przypomnieć słowa Heraklita o tym, że to „piorun steruje wszechświatem”.

**
Copyright: Project Syndicate, 2020. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Bio

Robert Skidelsky

| Ekonomista, członek brytyjskiej Izby Lordów
Członek brytyjskiej Izby Lordów, emerytowany profesor ekonomii politycznej Uniwersytetu Warwick.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.