Czytaj dalej, Świat

Zabijecie go sami albo my to zrobimy. Decyzja należy do was

Przyszło nma tu żyć fragment

„I za co to wszystko? Chcę spokojnie żyć, jak inni ludzie. Pracować. Jeść, pić. Płacić podatki. Nikogo nie skrzywdziłem. Nikogo o nic nie prosiłem. Całe życie ciężko pracuję, są ze mnie same korzyści. To nie moja wina, że jestem gejem”. Reportaż Jeleny Kostiuczenko.

Oto monolog homoseksualisty, który uciekł z Czeczenii. Na prośbę mojego bohatera nie podaję imienia ani szczegółów, które pozwoliłyby odkryć jego tożsamość i miejsce aktualnego pobytu.

Obozy koncentracyjne dla gejów w Czeczenii

czytaj także

**
Jestem gejem. Ale nie takim, że zaraz muszę o tym wrzeszczeć na prawo i lewo. Nawet żona nie wie. Czwarte dziecko w drodze. Tylu krewnych i żaden nie ma pojęcia. Żyję normalnym życiem. Ale jeśli nadarzy się okazja, oczywiście nie odmówię. Potrzebuję tego. Nie sądzę, by to była moja wina. Może natura, może choroba.

W naszej republice nikt nie chodzi w piercingu czy z długimi włosami. Ludzie nie pokazują swojej orientacji. Powiedziałabyś, że jestem gejem? U nas każdy tak wygląda. Wielu gejów założyło rodziny. Właściwie to rodziny mają wszyscy. Nikt się z tymi sprawami nie afiszuje. Nie publikujemy swoich zdjęć na portalach randkowych. Nie znamy swoich imion, nie wiemy, gdzie ten drugi mieszka ani gdzie pracuje. Używamy pseudonimów, co stwarza duże trudności. Szuka cię ktoś, ale dla niego jesteś Mus, a w rzeczywistości masz na imię Said. Tak to u nas jest.

Miałem dobrą pracę, nieźle zarabiałem, czułem się pewnie. Miałem przyjaciela, też był gejem. Widywaliśmy się bardzo rzadko. Mieliśmy jeszcze jednego wspólnego znajomego. Nie wiem, czy tych dwóch coś łączyło. Inni ludzie widzieli, jak oni do mnie podchodzą, że rozmawiamy. A później ten nasz wspólny znajomy poznał mnie ze swoim kuzynem. Tego kuzyna wkrótce zatrzymano, już nie pamiętam za co. Najwyraźniej przy tej okazji przejrzeli jego telefon. Po zapisanych kontaktach domyślili się, że jest nietradycyjnej orientacji. W ten sposób doszli i do mnie.

Zadzwonił policjant: „Gdzie jesteś? Ubieraj się w try miga, jedziemy po ciebie”. Schowałem telefon, wziąłem ze sobą inny, na którym nie było podejrzanych numerów. Wyszedłem, a oni już stali pod drzwiami.

W samochodzie musiałem siedzieć zgięty wpół, by nie widzieć, dokąd jedziemy. Natychmiast pomyślałem, że wzięli mnie za TO [homoseksualizmwszystkie dopiski w nawiasach kwadratowym pochodzą od autorki]. Przejrzeli mój telefon, ale niczego podejrzanego nie znaleźli.

Zabrali mnie do piwnicy. Tam za grubymi drzwiami panowała straszna wilgoć. Było mi bardzo ciężko. W środku siedział aresztowany wcześniej chłopiec – krewny mojego znajomego. A tego znajomego już wypuścili – za to, że nas zakapował.

W Lublinie robi się duszno. Ludzie mówią, że się boją

Przez pierwsze kilka godzin bili. Zrobił mi się od tego krwiak, o tutaj. Połamali mi żebra. Potem razili mnie prądem. Mieli taką specjalną zwojnicę ze spinaczami na uszy albo dłonie. I zaczęło się. Wytrzymałem fizycznie. Ale psychicznie wytrzymać było znacznie trudniej. Mówią, że rana od uderzenia nożem w końcu się zagoi, ale od uderzenia słowem – nigdy. Zniszczyli mi psychikę. Szukali numeru mojego przyjaciela, ale w komórce, którą miałem przy sobie, niczego nie znaleźli. Tłumaczyłem, że wszyscy, do których mam telefon, to moi krewni, sąsiedzi, znajomi. „Przecież mam rodzinę!” – powtarzałem. Mówiłem im: „Jeśli naprawdę jestem gejem, przyprowadźcie człowieka, który twierdzi, że był ze mną. Przysięgnę wówczas na wszystko, że to nieprawda”.

I przysiągłbym.

Chłopak, z którym siedziałem, był atletą. Przystojny, fajny facet. Też się nie poddał, nic im nie powiedział. Ale krzyczał tak strasznie [gdy go bili]. Radziłem mu więc: „Wymyśl coś, powiedz im coś na odczepnego”. Bo tak bardzo go bolało.

Trzymali nas w wielkiej piwnicy podzielonej na wiele pomieszczeń. Słyszeliśmy wszystko, ale nic nie widzieliśmy. Spędziliśmy tam tydzień. Nie karmili nas. Głodowaliśmy. Nawet wody nie dawali. Na szczęście pozwolili się modlić. Dzięki temu mogłem chodzić do toalety, by się obmyć, a wtedy szybko piłem wodę z kranu.

W Groznym był taki jeden facet, ikona stylu wśród miejscowych gejów. Pięknie się ubierał. Oczywiście wszyscy hetero, którzy go widzieli, domyślali się [że jest gejem], ale pewności nie mieli. Wojskowy, który mnie przesłuchiwał, najwyraźniej już od dłuższego czasu zbierał o nim informacje. Ale brakowało dowodów. Znaleźli tego faceta, przyprowadzili na moje przesłuchanie. „Znasz go?” – spytali. Dobrze, że pokazali nas sobie. Odpowiedziałem: „Nie znam”. Ten facet to usłyszał i zdał sobie sprawę, że go nie wydam. Powiedział, że też mnie nie zna. Zaczęli go okłamywać, że niby zdradziłem im, że jest [gejem]. Ale on na to: „A skąd mam to wiedzieć, ani on mnie brat, ani swat, nigdy go nie widziałem”. Nic na niego nie mieli, puścili go wolno. Wyjechał, mieszka za granicą. Wszyscy nasi mieli szczęście, że udało mu się uciec. Nie ma dzieci, żyje sam dla siebie i nie zniósłby takich tortur.

Katolicka organizacja „walczy z pedofilią”, szerząc pseudonaukę

Kiedy byłem w piwnicy, wojskowi znaleźli adres mojego przyjaciela. Przyszli do niego do domu, ale jego rodzice powiedzieli, że wyjechał do Rostowa. Zaraz też zadzwonili do niego z ostrzeżeniem. Ten natychmiast sprzedał dom za pół ceny i wyleciał za granicę. To nas wszystkich uratowało. Wkrótce zostaliśmy zwolnieni.

Powiedzieli mi, żebym nigdzie nie wyjeżdżał, bo muszę być dostępny w każdej chwili: „Siedź w domu i nikomu ani słowa”. Już dawno planowaliśmy z rodziną przeprowadzkę. I oczywiście gdy tylko wyszedłem, natychmiast zmieniliśmy mieszkanie. Wróciłem do pracy, starałem się żyć normalnie, powoli wszystko wracało do normy, uspokoiłem się. Tylko cały posiwiałem, ludzie nie poznawali mnie na ulicy.

Gdyby moi krewni się dowiedzieli, kim jestem, nie pozwoliliby mnie zabić. Sami by to zrobili. Nie mogliby ścierpieć takiej hańby. Wiedzieli, że mnie zatrzymano, ale nie mieli pojęcia za co. Wypytywali policjanta, który mnie zatrzymał. On odpowiedział: „Kazali go przywieźć, ale nie wiem dlaczego”. Krewni lamentowali: „Przecież nie pali, nie pije, nie rozrabia, nic złego nie robi”. W końcu jeden z policjantów powiedział: „Było podejrzenie, że jest gejem”. Krewni na to: „Co z niego za gej, skoro ma rodzinę, to nie może być prawda”.

Gdyby moi krewni się dowiedzieli, kim jestem, nie pozwoliliby mnie zabić. Sami by to zrobili. Nie mogliby ścierpieć takiej hańby.

Ale więcej już mnie nie szukali. Postanowili poczekać, aż sprawa się wyjaśni. Wróciłem do domu i mówię: „Szukali pewnego człowieka, traf chciał, że to mój przyjaciel, więc chcieli przeze mnie do niego dotrzeć”. Wtedy jeden z krewnych wziął mnie na bok i powiedział: „Słyszałem plotkę o tobie, o mało ze wstydu nie umarłem”. Ja na to: „To nieprawda, no jaki tam ze mnie gej? Przecież tak dobrze mnie znasz, to jakiś nonsens”.

Wkrótce potem nastąpiła w Czeczenii fala aresztowań homo­seksualistów. Jak do tego doszło? W naszej republice panuje obsesja, już sam nie wiem, jak to inaczej nazwać: zakazano pić wódki. Alkoholu praktycznie nie można kupić – są dwa, trzy miejsca, gdzie być może coś dostaniesz, ale tylko w określonych godzinach. Wszyscy przeszli na tabletki – „liryki”, czyli leki psychotropowe. Wielu się uzależniło. W końcu jednego z naszych zatrzymali z powodu tych pigułek. Zabrali mu tele­fon, a tam, proszę bardzo – Hornet [portal dla gejów]. Znaleźli zdjęcia. I tak, po łańcuszku, odszukali nas wszystkich. Taka straszna bieda z nieszczęśliwego przypadku.

W miejscowości Cocyn-Jurt trzymali ludzi w starym pułku [to budynek na ulicy Kadyrowa, w pobliżu mostu samochodowego nad rzeką Chułchułau]. Wiem to na pewno. Mój krewny tam pracuje. Oczywiście nie miał o mnie pojęcia. Po prostu zadzwonił do mnie i mówi: „Ty sobie nawet nie wyobrażasz, ilu mamy gejów w Czeczenii!”. Odpowiedziałem: „Geje? Ale jacy geje? W Czeczenii? O czym ty mówisz”. On na to: „Dwieście osób do nas przywieźli. Jest wśród nich nawet taki a taki” – i podaje nazwisko lokalnego celebryty. „Nie może być!” – dziwię się. „No mówię ci. Kazali nam wszystkich wyłapać”. „Ale po co?” – pytam. „Żeby ich zhańbić. Wzywamy potem krewnych, włączamy kamerę i zaczyna się: »Wasz człowiek jest właśnie taki, zróbcie coś z tym albo my to zrobimy. Zabijecie go sami albo my to zrobimy, decyzja należy do was«”. Nagrywa się po to, by został dowód.

W Białymstoku to nie była rozróba, tylko próba homofobicznego pogromu

Złapali wtedy człowieka, którego znałem. Pozwolono mu wrócić do domu. Następnego dnia był już martwy. Znam imiona zabitych przez krewnych. Był jeszcze jeden chłopak, z Polski czy z Niemiec, mógł swobodnie podróżować, to przyjeżdżał, to wracał. Pozytywny człowiek. Kiedy znowu do nas przyjechał, też go zgarnęli. Trzymali czterdzieści dni. Kiedy wyszedł, nogi miał całe czarne od siniaków.

Dlaczego zdecydowałem się uciec z Czeczenii? Zadzwoniła moja dawna sąsiadka: „Wojskowi cię szukali!”. Okłamała ich, że nie ma pojęcia, dokąd się przeprowadziliśmy. Tego samego dnia zabrali mojego znajomego. Zaraz potem wypuścili – okazało się, że nie jego szukają. Usłyszał, jak rozmawiali między sobą, kto następny w kolejce. I padło moje imię. Zadzwonił do mnie, jak tylko wyszedł: „Chowaj się, zniknij, idą po ciebie…”.

Przeraziłem się, zacząłem biegać po znajomych, pytałem, co robić, miotałem się. Nikomu nie wierzyłem. Aż jeden przyjaciel przekonał mnie, że jest takie jedno miejsce, gdzie mogą mi pomóc [infolinia Rosyjskiej Sieci LGBT]. Słyszałem o tym też od innych ludzi, ale bałem się zaufać. Wszyscy są przekupni, a ja mam rodzinę. Muszę żyć – nie ze względu na siebie, ale dzieci, nie mogę ryzykować. W końcu jednak posłuchałem, zaufałem przyjacielowi i tak oto znalazłem się tutaj. Moi rodzice nie wiedzą, gdzie przebywam. Nawet żonie nie powiedziałem. Okłamałem ją, że znajomy zaoferował mi pracę. Powiedziała mi: „Jeśli będzie ci tam tak dobrze, jak mówisz, jedź”.

Dopiero zaczynam odzyskiwać jako taką równowagę, łykam proszki przeciwbólowe i inne pigułki. Bili mnie, ale Bóg z nimi, i tak nic nie powiedziałem. Duchowo… Duchowo oni mnie tam zabili. Powiesiłbym się, ale to grzech. Śpię i się wzdrygam ze strachu. Wychodzę na ulicę i ciągle mi się wydaje, że idą za mną. Boję się dzwonka telefonu. Samochód się zatrzymuje, a ja uciekam jak najdalej. Nie chcę mieszkać nawet w ogromnej Moskwie. Bo oni są wszędzie.

Nie ma dla mnie drogi powrotnej. Wyjeżdżam w nieznanym kierunku i sam nie wiem, co dalej ze mną będzie. Wiem jedno: jeśli się już przeprowadzę, jakoś urządzę, zabiorę do siebie rodzinę. I moje dzieci, a nawet moje wnuki nigdy nie pojadą do Czeczenii. Nie puszczę ich tam, póki będę żył. Tak się o nich boję.

Dzieci są do mnie bardzo przywiązane. Córeczka nie zaśnie, jeśli nie ma mnie w pobliżu. Ona za mną płacze, rozumie pani? A ja nie mogę wrócić do domu.

I za co to wszystko? Chcę spokojnie żyć, jak inni ludzie. Pracować. Jeść, pić. Płacić podatki. Nikogo nie skrzywdziłem. Nikogo o nic nie prosiłem. Całe życie ciężko pracuję, są ze mnie same korzyści. To nie moja wina, że jestem gejem. Nie organizuję parad, nie drażnię tych, którzy sobie tego nie życzą. Nie należy się z tym afiszować. Ale jeśli ktoś już się taki urodził, sądzę, że nie powinno się go zabijać, tylko mu jakoś pomóc. Umieścić w szpitalu. Może jest na to jakieś lekarstwo. Albo po prostu – zaakceptować.

Przekład z rosyjskiego: Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz

*
Przyszło nam tu żyć fragmentReportaż pochodzi z książki Jeleny Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji, która ukaże się w styczniu nakładem Wydawnictwa Czarne.

**
Jelena Kostiuczenko (1987) – rosyjska dziennikarka śledcza i aktywistka na rzecz środowisk LGBT. Publikuje w rosyjskiej „Nowej Gaziecie”. Jako pierwsza informowała o proteście Pussy Riot, ujawniła również obecność wojsk rosyjskich na terytorium Doniecka. Z powodu swojego zaangażowania w sprawy społeczne była kilkukrotnie atakowana i aresztowana. W 2013 roku otrzymała Nagrodę im. Gerda Buceriusa za odwagę w pracy dziennikarskiej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać