Świat

Himalaiści w Nepalu: kolejki, tony śmieci i konflikty w lokalnych społecznościach

Himalaje, Nepal

Najprostsze recepty dla turystów i turystek? Nie zamawiaj pizzy w górskim schronisku, skoro na obiad możesz zjeść lokalny posiłek, wybieraj autobus zamiast samochodu czy samolotu i bądź gotów zapłacić za usługi więcej, niż wynosi często nieludzko niska cena rynkowa, którą zaniża nadpodaż rąk do pracy.

 

Nepalska turystyka nie miała ostatnio ani dobrej passy ani PR-u. Trzęsienie ziemi w 2015 roku zniszczyło dużą część infrastruktury w górach, a jej odbudowa wciąż trwa. Gdy w zeszłym roku liczba turystów spektakularnie przekroczyła poziom sprzed katastrofy i władze znów zaczęły snuć plany rozwoju, uderzył w nie kryzys wizerunkowy: w maju zdjęcia kolejki oczekujących na wejście na Mount Everest obiegły media na całym świecie.

Długi czas oczekiwania mógł być czynnikiem decydującym o tragedii w większości z 11 przypadków śmierci na szlaku tej wiosny. I chociaż oczywistym było, że część winy ponoszą sami wspinacze, słabo przygotowani lub zbyt zdeterminowani, by osiągnąć cel, władze Nepalu też musiały się tłumaczyć, dlaczego wydały rekordowe 381 pozwoleń na wejście w tym sezonie, mimo że mają świadomość, że realnie wszyscy będą próbowali szczęścia w 2–3 tygodniowym okresie najlepszej pogody. Za każde inkasują 11 tysięcy dolarów.

Wakacje nad polskim morzem: beton, deweloperka i rzygi

Nepal wydaje się turystycznym rajem i można by się było spodziewać, że ten sektor gospodarki mocno przyczynił się do jego rozwoju i niwelowania ubóstwa. W końcu zagraniczni turyści i turystki, również ci wspinający się na najwyższe szczyty, zostawiają miliony dolarów rocznie, dają pracę i mobilizują władze do rozbudowy infrastruktury.

Ci, którzy kojarzą jednak Nepal z ubóstwem – słusznie, bo znajduje się w grupie najsłabiej rozwiniętych państw świata obok Bangladeszu – mogą zastanawiać się, dlaczego turystyka go z tego stanu nie wyciągnęła. Państwo źle zarządza, ludzie są niegospodarni, a może wbrew pozorom ponoszone przez kraj koszty jednak przekraczają zyski?

Nepalskie marzenie o wyjściu z ubóstwa dzięki turystyce zaczęto śnić w latach 90., chociaż niektórzy datują początek na 1953 rok, kiedy Tenzing Norgay i Edmund Hillary (pozwoliłam sobie odwrócić zwyczajową kolejność) zdobyli najwyższy szczyt świata. Jednak oficjalne statystyki mówią same za siebie: w 1979 roku do Nepalu przyjechało na trekking i wspinaczkę tylko 18 tysięcy zagranicznych turystów, w 1993 roku było to już 70 tysięcy, a w zeszłym roku – aż 187 tysięcy osób. Łączna liczba wszystkich turystów przekroczyła zaś milion i znaczącą jej część stanowili Chińczycy, którzy od wspinania się wolą mniej wymagające formy spędzania czasu, oraz hinduscy pielgrzymi z Indii.

Na początek poświęcimy najbiedniejszych

Przyczyną tego wzrostu na przestrzeni ostatnich trzech dekad jest zarówno upowszechnienie się transportu lotniczego czy obniżenie cen sprzętu górskiego, jak i czynniki wewnętrzne. Władze Nepalu zaczęły widzieć w turystyce szansę na poradzenie sobie z rosnącym bezrobociem, które wynika ze znaczącego wzrostu populacji przy jednoczesnym braku rozwoju przemysłu. Wydawała się to mieszanka idealna: kraj mógł zaproponować nie tylko najwyższe góry świata, ale i tanią siłę roboczą, a tym samym niskie ceny usług.

Dzisiaj wiemy już, jakiego rodzaju zmiany przyniósł ze sobą rozwój turystyki w społeczeństwie i w środowisku. Wbrew percepcji wielu osób z Zachodu, którzy widzą w sobie „białych zbawców” niosących lokalnym mieszkańcom cenne dolary, to nie turystyka wyciągnęła Nepal ze skrajnej biedy.

To pensje wysyłane do domu przez Nepalczyków i Nepalki pracujących fizycznie w ciężkich warunkach w krajach Zatoki Perskiej, Malezji i Korei stanowią 30% produktu krajowego brutto. To jeden z najwyższych wyników na świecie. Na przestrzeni ostatniej dekady z 30-milionowego kraju wyjechało do pracy ok. 3,5 miliona osób, zazwyczaj na kilkuletnie kontrakty.

Turystyka zatrudnia nieco ponad 600 tysięcy osób i wciąż daje niższe, często dużo niższe zarobki niż na budowie czy w hotelu za granicą. 600 tysięcy to jednak prawie 10% wszystkich zatrudnionych w skali kraju i władze liczą, że ten odsetek wzrośnie wraz z odpływaniem osób z sektora rolniczego.

Co więc zmieniła i zmienia turystyka, skoro nie wpłynęła znacząco na redukcję ubóstwa? Najciekawsze są analizy regionów najbardziej od niej zależnych, czyli Solukhumbu, Annapurny i Langtangu. Solukhumbu to rejon Everestu, gdzie pierwotnie mieszkali głównie Szerpowie, grupa etniczna pochodzenia tybetańskiego, która przez wieki trudniła się handlem transhimalajskim. W połowie XX wieku granice się jednak zamknęły, handel indyjsko-tybetański przeszedł do historii.

Jego miejsce zajęła obsługa turystyki wysokogórskiej. Dzisiaj więc istnieje słowo „szerpa” (z małej litery) oznaczające tragarza lub przewodnika górskiego. Jest to jednak do pewnego stopnia określenie rasistowskie i aż dziw, że jeszcze funkcjonuje w tak wielu językach. To tak, jakby w polskim funkcjonowało słowo „ukrainka” (z małej litery) używane zamiennie ze „sprzątaczka”. Nie ważne, że nie każda Ukrainka jest sprzątaczką, a każda „ukrainka” Ukrainką. Podobnie z Szerpami.

Jestem Ukrainką. Nie widzisz mnie

czytaj także

To, że w procesie rozwoju turystyki stracili oni po części kontrolę na nazwą swojej grupy, to jednak tylko drobiazg. Przede wszystkim na przestrzeni dekad wzrosły nierówności wewnątrz ich grupy, bo jedni zyskali, a inni stracili. Zyskali ci, którzy posiadali ziemię wzdłuż wytyczonych przez władze szlaków górskich i udało im się założyć hotele, restauracje czy agencje turystyczne; reszta musiała pozostać przy rolnictwie, zepchniętym na drugi plan, mniej dochodowym.

Koniec końców jednak stracili wszyscy, bo w Solukhumbu i w rejonie Annapurny wraz z rozwojem turystyki doszło do deforestacji. Potrzeba było przestrzeni pod infrastrukturę, drewna na opał dla dodatkowych osób i do budowy. Wkrótce zemściło się to na mieszkańcach, bo coraz częstsze stały się lawiny błotne i osuwanie się gruntów podczas pory deszczowej. Wreszcie to, o czym już dziś wszyscy wiemy bardzo dobrze: turyści, i ci w niższych i w wyższych górach, to dodatkowe odpady na ogromną skalę. O systemie zarządzania śmieciami nikt do niedawna w górach Nepalu nie myślał.

Czy kobiety mają o co walczyć?

Na początku rozwoju turystyki wydawało się też, że mogą zyskać na nim szczególnie kobiety, a na redukcji nierówności płci zależało i władzom, i zagranicznym organizacjom pomocowym wspierającym Nepal. To jednak również okazało się mitem. Kobiety zyskały bowiem do pewnego stopnia szansę na zarobek i większy wpływ na gospodarstwo domowe, jeśli ich dom znajduje się w pobliżu szlaku, z drugiej jednak strony ich mężowie często zostają tragarzami i przewodnikami, więc są nieobecni w domu przez większość roku. Cały ciężar zarządzania domem, opieki nad starszymi i dziećmi, a czasem też własnym biznesem, spadł więc na nie.

Pułapką jest zresztą także emigracja zarobkowa mężczyzn. W takich rodzinach częściej córki nie idą do szkoły, bo potrzebna jest osoba, która przejmie część obowiązków matki, tymczasowej zarządzającej domem. Zwykle spada to właśnie na młode kobiety. One też są najbardziej narażone na handel ludźmi, a turystyka nieuchronnie generuje popyt na usługi seksualne.

„Cheap Eastern European girls”, czyli tajlandyzacja magicznego Krakowa

To tylko wybrane przykłady minusów i kosztów pośrednich rozwoju turystyki, które widzimy po kilku dekadach. Nikt nie zastanawia się na tym, jaki koszt dla środowiska stanowią na przykład loty krótkodystansowe odbywane przez osoby uprawiające turystykę wysokogórską.

Dziś bowiem niewiele osób, a na pewno nie zdobywcy ośmiotysięczników, idzie całą trasę pieszo od najbliższej przejezdnej drogi na szczyt. To dodatkowy tydzień czy dwa mało spektakularnego marszu w górę, a lotniska takie jak Lukla w Solukhumbu na wysokości 2 800 metrów n.p.m. tę drogę skracają. Ląduje tam rocznie 30 tysięcy osób. Do tego dochodzą coraz popularniejsze loty wycieczkowe nad Himalajami oraz loty między dwoma głównymi miastami, Kathmandu i Pokharą, które dzieli jedynie 200 kilometrów, ale samolot jest wciąż szybszy niż autokar.

Wraz z rozwojem turystyki doszło do deforestacji. Wkrótce zemściło się to na mieszkańcach.

Czym wyższa jest świadomość problemów płynących z turystyki, tym częściej pada pytanie, czy władze Nepalu biorą to pod uwagę, czy dokonują rachunku zysków i strat? Czy podwyższane co roku opłaty za pozwolenia na wejście na szczyty i do parków narodowych są wydawane na ochronę i oczyszczanie Himalajów, czy na kampanie reklamowe, które przyciągną kolejne osoby i zwiększą dochody?

Niestety od wielu lat promocja turystyki jest dla władz ważniejsza niż inne aspekty rozwoju, jak również niż szacowanie długofalowych kosztów pośrednich. Nie dziwi to o tyle, o ile Nepal jest krajem, który jak wiele państw słabo rozwiniętych ekonomicznie żyje tym, co tu i teraz, a praca dla obywateli i obywatelek oraz konkretne wpływy walutowe są realną korzyścią. Wiele osób ma bowiem świadomość, że jest to branża bardzo podatna na zmiany i nawet największe wysiłki i inwestycje mogą nie przynieść owoców.

Przykładem takiej nieprzewidywalnej, niszczącej siły było trzęsienie ziemi, a wcześniej wojna domowa na niektórych terenach górskich, ale do tego dochodzą czynniki zewnętrzne mające wpływ na sukces lub porażkę – globalna koniunktura gospodarcza czy ceny paliw, które przekładają się na ceny biletów lotniczych. Może nim być też utrata reputacji kraju jako destynacji turystycznej, a czym więcej informacji medialnych, jak te z Everestu w maju, tym trudniej jest Nepalowi kreować image kraju jako górskiego raju ze wspaniałą naturą.

„Tourists go home”! Hiszpania ma dość turystów

Polityka władz nepalskich może dziwić, oburzać czy wywoływać frustrację, ale na koniec warto zapytać, co świat mógłby zrobić, żeby im pomóc, jeśli w ogóle jest recepta na turystykę, która przynosi korzyści raczej niż straty społeczeństwu przyjmującemu. Nietrudno wskazać najprostsze recepty samych dla turystów i turystek: nie zamawiaj pizzy w górskim schronisku, skoro na obiad możesz zjeść lokalny posiłek, wybieraj autobus zamiast samochodu czy samolotu i bądź gotów zapłacić za usługi więcej, niż wynosi często nieludzko niska cena rynkowa, którą zaniża nadpodaż rąk do pracy.

Pomogłaby też na pewno zmiana myślenia o wymarzonej destynacji: nie trzeba wybierać obleganego szlaku w rejonie Everestu, można wydać swoje pieniądze w mniej popularnej, a równie pięknej części Himalajów. Ale możliwa jest też niewątpliwie zmiana całej krajowej polityki turystycznej, na przykład na modłę sąsiedniego Bhutanu, gdzie za dzień pobytu trzeba zapłacić 250 dolarów (cena ustalona odgórnie pokrywająca zakwaterowanie, jedzenie, transport i przewodnika). To byłoby dla Nepalu ryzykowne posunięcie, jednak przy wsparciu zagranicznych donorów zmiana systemowa być może byłaby do wprowadzenia.

Postturyści, czyli jak podróżować, żeby nie kolonizować

Póki to się nie stanie, turystyka pozostanie dobrodziejstwem i przekleństwem Himalajów, a Nepalczycy i Nepalki wciąż chętniej będą migrować do półniewolniczej pracy w Arabii Saudyjskiej niż nosić plecaki zagranicznym turystom.

Korzystałam m.in. z książki R. R. Kunwara „Fire of Himal. An Athropological Study of the Sherpas of Nepal Himalayan Region”

Bio

Weronika Rokicka

| Indolożka, politolożka
Doktor nauk humanistycznych, absolwentka indologii i nauk politycznych na Uniwersytecie Warszawskim, obecnie adiunktka na Wydziale Orientalistycznym UW; jako stypendystka rządu indyjskiego i programu Erasmus Mundus razem dwa lata studiowała w Indiach i Nepalu. W latach 2011-18 pracowniczka polskiej sekcji Amnesty International, gdzie zajmowała się obszarem praw kobiet i dyskryminacji. Ze względu na zainteresowania naukowe i pracę zawodową blisko śledzi stan przestrzegania praw człowieka i sytuację polityczną w Indiach, Nepalu i Bangladeszu, w tym szczególnie problematykę praw kobiet i przemocy wobec kobiet.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.